languageJęzyk

Rozdział piąty

Autor: Icerenia27 mar 2026

Kim do kurwy nędzy jest ta kobieta? – zastanawiał się Matteo. Zasnęła wtulona w niego prawie godzinę wcześniej, kiedy wreszcie udało mu się opanować chaotyczny żal. Ten dzień był jednym z najgorszych w jego życiu, zaraz obok tego, w którym powiedziano mu, że jego matka i Antonio zostali zamordowani. Oglądanie, jak obie trumny zostają opuszczone razem do grobu obok nagrobka jego ojca, pchnęło jego umysł w mściwą otchłań krwi i nienawiści. Chciał odnaleźć odpowiedzialnych za to ludzi i wyciągnąć im każdy narząd przez tyłek, aż zostaną z nich tylko puste worki ze skóry.

Bonnie zamruczała przez sen, próbując odsunąć się od jego coraz ciaśniejszego uścisku. Zmusił się do rozluźnienia, a chwilę później ona zrobiła to samo. Westchnęła i otarła policzek o jego szyję, po czym ponownie zapadła w głęboki sen. Ponownie przesunął dłonią po jej mahoniowych włosach. Boże, była zapierająco dech w piersiach piękna. Jedynym minusem tego, że spała na nim, było to, że nie mógł zobaczyć jej oszałamiających, lodowatobłękitnych oczu, które przejrzały go na wylot przez maskę i rozpalały jego serce.

Gdyby to było tydzień temu i gdyby do niego podeszła, nie czekałby ani sekundy, by zabrać ją do toalety w barze i pieprzyć ją do nieprzytomności, aż przysięgłaby mu, że będzie jego na zawsze. Nawet gdyby okazała się wredną żmiją, mógłby to znieść dla prawa posiadania jej zaokrąglonego, kobiecego ciała, które tak przyciągało jego pierwotne instynkty. Odkrycie, że ma również złote serce i dowcip tak ostry, jak jego ulubiony nóż, oznaczało, że przepadł bez reszty... Tyle że wiedział, czym to jest. Jednorazową przygodą. Sama to powiedziała. Poszła z nim do domu tylko po to, by uniknąć kolejnej zapłaty. Jego wzrok spoczął na pierścionku na jej prawej dłoni. Widział, jak bawiła się nim, podczas gdy obserwował ją kątem oka przez całą noc. Kiedy podeszła i zaoferowała mu ogień, uznał, że Bóg musiał zdecydować się obdarzyć go odrobiną litości.

Oczywiście wiedział, kim ona jest, od momentu, w którym zobaczył ją z Mallory i narzeczoną Louisa. To była standardowa procedura, gdy któryś z jego ludzi chciał wziąć ślub, by przeprowadzić obszerny wywiad na temat przyszłych teściów. Szybko przejrzał raport, który dał mu jego zastępca, dopóki nie natknął się na zdjęcie przyrodniej siostry. Szczerze mówiąc, nie pamiętał jej imienia, ale rozpoznałby te oczy wszędzie. Zdjęcie, które mu dano, przedstawiało ją i innego mężczyznę, który mocno trzymał ją w talii. Wpatrywał się w tego mężczyznę z tak płonącą zazdrością, że aż był w szoku, że kawałek papieru nie stanął w płomieniach.

– Wciąż nie śpisz – wyszeptała kobieta, sprawiając, że drgnął. Owinęła ramiona jeszcze bardziej wokół jego klatki piersiowej, wsuwając dłonie między jego plecy a miękki materac.

– Mhmm – odparł, powoli wypuszczając powietrze, by nie zdradzić swojego ryzykownego toku myślenia.

– Myślałam, że mówiłeś, że to zawsze działa – mruknęła, wciąż na wpół śpiąc.

– Nigdy tego nie próbowałem – przyznał.

Ciało na nim usztywniło się. Zacisnął uścisk, by powstrzymać ją przed usadowieniem się i spojrzeniem na niego, ale mimo to uniosła się na łokciach. Zmrużyła na niego oczy, a on stłumił śmiech na widok wyrazu twarzy, który miał budzić grozę.

– Mówiłeś...

– Kłamałem – przerwał, lekko wzruszając ramionami.

– Dlaczego?

– Jestem harcerzem. Zobaczyłem kobietę potrzebującą pomocy i zadziałałem odpowiednio. To część mojej przysięgi – powiedział, przeciągając kciukiem po jej policzku.

Czerwony żar wypełzł z jej klatki piersiowej na policzki, a on stłumił jęknięcie. Przesunął biodra, by uchronić ją przed poczuciem dowodu jego pożądania. Ostatnią rzeczą, jakiej pragnął, było to, by uciekła.

– Były setki sposobów na to, by oszukać te kobiety, by myślały, że wróciłam z tobą do domu.

– Z których żaden nie mógł się równać z twoim faktycznym powrotem do mojego domu – powiedział jej.

Prychnęła, ale położyła policzek z powrotem na jego klatce piersiowej. Miał nadzieję, że nie poczuła, jak jego serce uderzyło w klatkę piersiową przy tym geście. – Więc jaki był plan? Poczekać, aż zasnę na amen, żeby wykonać ruch?

– Nie zamierzałem wykonywać żadnego ruchu – zapewnił ją, nie mogąc powstrzymać palców przed zsuwaniem się wzdłuż jej pleców.

– W takim razie czego chcesz, Matteo? – zapytała.

W ustach Mattea zaschło, a jego dłoń znieruchomiała na jej plecach. Zamknął oczy, rozkoszując się dźwiękiem swojego prawdziwego imienia na czyichś ustach. Jakże bardzo pragnął słyszeć je wciąż i wciąż od nowa, najlepiej poprzedzane głębokim jękiem spełnienia. Wiedział, co to jest. Może i nie pamiętał jej imienia, ale wiedział, że nie mieszka w Nowym Jorku. Nic z tego nie wyniknie. Będzie miał szczęście, jeśli uda mu się zasmakować jej ust, zanim ucieknie jutro na ślub swojej siostry.

– Matteo?

Jego imię wypowiedziane ponownie wystarczyło, by rozbić resztkę jego maski na kawałki. Przełknął ślinę i ścisnął ją mocniej, jakby usłyszenie prawdy miało sprawić, że wybiegnie za drzwi sprintem.

– Nie chciałem być sam – przyznał w końcu.

Minęło kilka chwil ciszy. Właśnie wtedy, gdy zaczynał myśleć, że zasnęła, odezwała się: – Jak mieli na imię?

Matteo przełknął gulę w gardle. – Valentina i Antonio.

Kobieta przesunęła głowę tak, by jej broda opierała się o jego klatkę piersiową. Jej oczy szkliły się, gdy badała jego twarz. – Jakie jest twoje ulubione wspomnienie z nimi związane?

Matteo spojrzał na sufit. Zastanawiał się przez kilka minut, a ona go nie poganiała. – Gotowanie. Mój ojciec był zawsze zapracowany, ale mama zawsze znajdowała dla nas czas. Gotowaliśmy razem prawie każdego wieczoru. Nawet kiedy byłem nafaszerowanym hormonami nastolatkiem, potrafiła złapać mnie za ucho i rozstawiać po kuchni, wymachując wałkiem do ciasta.

– Jakie było twoje zadanie w kuchni? – dopytywała.

– Zawsze byłem odpowiedzialny za mięso – wyszeptał.

– A Antonio?

Matteo odchrząknął, gdy nagle przypomniał sobie swojego młodszego brata stojącego na stołku, żeby dosięgnąć blatu. – Tony zawsze kroił. Kochał noże.

– Brzmi jak niebezpieczny młody człowiek.

– Nie, nie Tony. Nigdy nie był stworzony do mroczniejszej strony życia. Przebywał w Paryżu, szkoląc się na cukiernika, kiedy... – Nie potrafił tego wypowiedzieć.

– Za co twoja mama zawsze cię karciła?

Matteo zmarszczył brwi i spojrzał na nią w dół. – Słucham?

– Każdy ma coś takiego. Moją rzeczą było wymykanie się w nocy. „Ktoś cię porwie!” – tak zawsze mawiała moja mama. Co mówiła twoja?

– Jesteś jakimś psychologiem czy co?

Uśmiechnęła się, a jego serce zacisnęło się boleśnie. – Księgową.

– Nie jesteś.

– Mam na to certyfikat – sprzeciwiła się. – A ty grasz na zwłokę.

Matteo ujął jej policzek i pożałował, że nie może jej pocałować. To z pewnością pomogłoby zmienić temat. Wypuścił powietrze. – „Nie skończ jak wszyscy inni mężczyźni w rodzinie. Zostaniesz całkiem sam”.

Matteo przerwał kontakt wzrokowy, który groził mu wypatroszeniem żywcem. Jej gardło poruszyło się, gdy próbowała wymyślić sposób, by go pocieszyć. Nie było takiej potrzeby. To było niemożliwe. Wpatrywał się w okno, za którym światła miasta nigdy nie gasły.

– Dwójka ostatnich ludzi, którzy naprawdę mnie znali, odeszła, a ja nie mogłem dać im tego, czego dla mnie pragnęli.

– Nie powiedziałabym tego – wyszeptała. Spojrzał w dół, ale ona patrzyła teraz przez okno. Chwilę później jej lodowatobłękitne oczy skrzyżowały się z jego spojrzeniem. – Ja cię teraz znam... Przynajmniej trochę... Wystarczająco. Idź spać, Matteo. Nie jesteś już sam. Nie tej nocy.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki