Pięć lat później
Athena
Ta biała suknia ciąży mi na szyi niczym łańcuch.
Wpatruję się w siebie w lustrze apartamentu dla nowożeńców, moje odbicie zamazuje się przez łzy, którym nie pozwalam popłynąć. Kobieta, która odwzajemnia moje spojrzenie, to nieznajoma; zapadnięte policzki, cienie pod oczami starannie ukryte pod makijażem, uśmiech, który nie dociera do oczu.
Suknia, którą wybrał Daxon, wisi na mojej sylwetce, teraz zbyt duża po miesiącach ledwo przełykania jedzenia, stąpania jak po kruchym lodzie, kurczenia się w sobie coraz bardziej i bardziej, aż w końcu niemal całkowicie zniknęłam.
— Wyglądasz pięknie — szepcze Elena, jedna z samic omega ze stada, przydzielona do pomocy w moich przygotowaniach. Jej głos jest łagodny, ale dostrzegam, jak jej wzrok zatrzymuje się na grubej warstwie podkładu wokół mojego lewego oka, i na tym, jak rękawy mojej sukni są ułożone tak, by ukryć zasinienia w kształcie odcisków palców na moich ramionach.
Pięknie. To słowo ma w moich ustach gorzki smak. Kiedy ostatnio czułam się piękna? Kiedy ostatnio czułam cokolwiek innego niż strach?
— Dziękuję — udaje mi się wykrztusić, a mój głos ledwie przypomina szept.
Przez cienkie ściany słyszę członków stada zbierających się w głównej sali. Ich podekscytowane głosy drażnią moje nerwy jak papier ścierny. Nie mają pojęcia, co właściwie świętują.
Myślą, że są świadkami zaślubin swojego Alfy i jego wybranej przeznaczonej. Nie wiedzą, że oglądają pogrzeb, śmierć tego, co jeszcze zostało z kobiety, którą kiedyś byłam.
Elena poprawia mój welon, a jej palce są zaskakująco delikatne. — Alfa prosił, abyś zostawiła rozpuszczone włosy — mówi ostrożnie. — Stwierdził, że tak lepiej okalają twoją twarz.
Oczywiście, że tak. Daxon ma zdanie na każdy temat. Jak powinnam się ubierać, jak powinnam mówić, jak powinnam oddychać. Chociaż kwestia włosów to nowość.
Przez ostatnie trzy lata upierał się, abym je upinała — profesjonalnie, by nie przyciągać do siebie uwagi. Ta zmiana przyprawia mnie o gęsią skórkę. Czego on teraz chce? Jaki nowy sposób znalazł, by mnie kontrolować?
Moje palce wodzą po srebrnym naszyjniku na mojej szyi — "prezencie" od Daxona z dzisiejszego poranka. Ciąży na mojej skórze, zimny i ograniczający. Wszystko, co mi daje, wiąże się z niewidzialnymi sznurkami, niewidzialnymi łańcuchami, które z każdym mijającym dniem przykuwają mnie do niego coraz mocniej.
Drzwi otwierają się bez pukania i jego sylwetka wypełnia próg. Nawet po trzech latach Daxon Sullivan wciąż zapiera mi dech w piersiach, ale już nie w taki sposób jak kiedyś. Teraz to strach kradnie powietrze z moich płuc.
Wygląda zniewalająco przystojnie w swoim czarnym smokingu, jego ciemne włosy są idealnie ułożone, a jego aura Alfy dominuje w pomieszczeniu. Dla wszystkich innych jest panem młodym idealnym. Ja wiem, jaka jest prawda.
— Drogie panie, czy mogłybyście dać nam chwilę? — Jego głos to gładki jedwab, ton, którego używa, gdy czegoś chce.
Elena i pozostałe pomocnice szybko wychodzą gęsiego, zostawiając nas samych. Nie odrywam wzroku od swojego odbicia, obserwując w lustrze, jak się zbliża. Zatrzymuje się za mną, jego dłonie spoczywają na moich ramionach, a ja muszę walczyć, by się nie wzdrygnąć.
— Idealnie — mruczy, a jego ciepły oddech owiewa moje ucho. — Wyglądasz absolutnie idealnie.
To słowo smakuje gorzko. Idealnie do czego? Na pokaz? Dla jego wizerunku? Idealna ofiara?
Jego dłonie zaciskają się na moich ramionach, nie na tyle mocno, by zostawić siniaki — nauczył się bardziej uważać na widoczne ślady — ale na tyle, by jasno przekazać, o co mu chodzi.
— Wiem, że ostatnie tygodnie były... trudne. Ale po dzisiejszej nocy wszystko się zmieni. Żadnych więcej wątpliwości. Żadnego wahania. Będziesz całkowicie moja.
Całkowicie. Na to słowo żołądek podchodzi mi do gardła. Już teraz czuję, jakbym znikała, kawałek po kawałku, dzień po dniu. Co ze mnie zostanie po dzisiejszej nocy?
— Kocham cię — mówi, przyciskając usta do czubka mojej głowy. Te słowa brzmią jak wyuczone, puste. Kiedy ostatni raz je wypowiedział i naprawdę miał to na myśli? Kiedy ostatni raz w nie uwierzyłam?
— Ja ciebie też — szepczę w odpowiedzi, bo tego właśnie oczekuje. To kłamstwo ma w moich ustach smak miedzi.
Puszcza mnie i sprawdza zegarek. — Dziesięć minut. Nie spóźnij się, Atheno. I nie zawiedź mnie. — Groźba zawisa w powietrzu między nami, niewypowiedziana, ale zrozumiała. Kiwam głową, nie ufając własnemu głosowi.
Gdy wychodzi, opadam na krzesło, a moje nogi nagle stają się zbyt słabe, by mnie utrzymać. Dziesięć minut. Dziesięć minut, zanim przejdę do ołtarza i zwiążę się z nim na zawsze. Dziesięć minut, zanim zniknie jakakolwiek droga ucieczki, jakakolwiek nadzieja, jakakolwiek przyszłość, która nie obejmuje jego pięści, jego furii i jego duszącej kontroli.
Mój telefon wibruje na toaletce. Wiadomość z nieznanego numeru: Myślę dziś o tobie. Zasługujesz na szczęście. - Przyjaciel
Wpatruję się w tę wiadomość z walącym sercem. Kto mógł to wysłać? Nie mam już przyjaciół. Daxon o to zadbał, powoli izolując mnie od każdego, kto mógłby dostrzec prawdę, zadawać pytania, zaoferować mi drogę ucieczki.
Kolejna wibracja: Jesteś silniejsza, niż myślisz.
Moje dłonie drżą, gdy kasuję te wiadomości. Jeśli Daxon je zobaczy, jeśli pomyśli, że rozmawiam z kimś za jego plecami... Nie potrafię nawet dokończyć tej myśli. Ostatnim razem, gdy uznał, że mam przed nim "tajemnice", nie mogłam normalnie usiąść przez tydzień.
Pukanie do drzwi sprawia, że podskakuję. — Panno Morrison? Już czas.
Elena zagląda do środka, a jej uśmiech jest promienny i pełen wyczekiwania. Za nią słyszę początek muzyki procesyjnej. Moment, którego bałam się od miesięcy, w końcu nadszedł.
Wstaję na drżących nogach, wygładzając suknię. W lustrze kobieta, która na mnie patrzy, wygląda jak duch. Może nim jestem. Może umarłam dwa miesiące temu w naszym mieszkaniu, wykrwawiając się na podłodze w łazience, a to tylko moje zwłoki odgrywające swoją rolę.
— Gotowa? — pyta Elena.
Nie. Nie jestem gotowa. Nigdy nie będę na to gotowa.
— Tak — kłamię.
Droga do ołtarza przypomina chodzenie pod wodą. Wszystko jest stłumione, zniekształcone, nierealne. Widzę twarze w tłumie, członków stada, którzy uśmiechają się, potakują, niektórzy płaczą ze szczęścia. Myślą, że są świadkami czegoś pięknego. Nie mają pojęcia, że patrzą na kobietę idącą na własną egzekucję.
Daxon czeka przy ołtarzu, przystojny i pewny siebie, z idealnym uśmiechem dla aparatów fotograficznych. Ale ja znam ten uśmiech. Wiem, co on ukrywa. Wiem, jakich wymaga kosztów.
Mistrz ceremonii rozpoczyna zaślubiny, a jego głos niesie się echem po sali, gdy mówi o świętych więzach i wiecznym zaangażowaniu. Te słowa spływają po mnie jak biały szum. Jedyne, o czym potrafię myśleć, to srebro na mojej szyi, siniaki ukryte pod makijażem i dziecko, które straciłam, bo nie byłam dość silna, by odejść.
— Daxon, muszę ci coś powiedzieć...
Byłam tego dnia taka podekscytowana, pędząc do domu z gabinetu lekarskiego z wiadomością, która miała zmienić wszystko. Staraliśmy się od miesięcy i wreszcie, wreszcie się udało. Byłam w ciąży. Dopiero drugi tydzień, ale byłam w ciąży.
Znalazłam go w salonie; słowa uwięzły mi w gardle, gdy go zobaczyłam. Gdy ich zobaczyłam. Jego sekretarka, Jessica, była pochylona nad naszym kuchennym blatem, a jej spódnica była zadarta do talii, podczas gdy mój przeznaczony — mój rzekomy przeznaczony — brał ją od tyłu jak zwierzę w rui.
Nadal ściskałam w dłoni test ciążowy, gdy zauważył, że tam stoję. Pozytywny. Drugi tydzień. Rodzina, o której rozmawialiśmy, przyszłość, którą planowaliśmy, powód, dla którego przekonywałam samą siebie, by zostać mimo wszystko.
— Athena — powiedział, nawet nie zadając sobie trudu, by z niej wyjść. — Wróciłaś wcześniej.
Jessica zaśmiała się, naprawdę się zaśmiała, poprawiając ubranie. — Ups — rzuciła tonem, w którym nie było ani krztyny skruchy. — Powinnam już iść.
I wtedy zostaliśmy sami. Tylko ja, stojąca w naszej kuchni z dowodem naszej przyszłości w dłoniach, i on, wciąż w połowie rozebrany, patrzący na mnie, jakbym była uciążliwym problemem.
— Będziemy mieli dziecko — szepnęłam, unosząc test. Może to sprawiłoby, że poczułby wyrzuty sumienia. Ale nigdy w życiu bardziej się nie myliłam.
Jego twarz pobladła, potem poczerwieniała, a następnie przybrała jeszcze mroczniejszy wyraz. — Kłamiesz.
— Nie kłamię. Mam wyniki badań, zdjęcia z USG. Właśnie wracam od lekarza. Będziemy mieli dziecko, Daxon. Zostaniemy rodzicami. — Spojrzałam na niego, niepewna tego, co tak naprawdę czułam.
Ale byłam gotowa puścić to, czego właśnie byłam świadkiem, w niepamięć dla dobra naszej rodziny. Rodziny, którą mieliśmy zbudować. — Chciałam poczekać do czasu po kolacji, żeby było wyjątkowo — dodałam cichym, powolnym głosem.
— Wyjątkowo? — Zaśmiał się, ale nie było w tym za grosz humoru.
— Kłamiesz, bo myślisz, że to mnie zatrzyma. Myślisz, że złapanie mnie w pułapkę na szczenię powstrzyma mnie przed odejściem od ciebie. Uważasz, że jestem na tyle głupi, by się na to nabrać?
Jego słowa wbiły się w moje serce. O czym on w ogóle mówił? Pomyślałam, że może był pijany. Mówi to wszystko, bo jest pijany. Tak.
— Odejściem? Daxon, o czym ty mówisz? Pobieramy się za dwa miesiące... — Próbowałam przemówić mu do rozsądku. Wyjaśnić mu to.
— Dwa miesiące udawania, że faktycznie tego pragnę. Dwa miesiące odgrywania szczęśliwej pary przed stadem. Masz w ogóle pojęcie, jakie to wyczerpujące udawać, że kocha się kogoś takiego jak ty?
Te słowa uderzyły we mnie jak fizyczne ciosy. — Kogoś takiego jak ja?
— Słabą. Żałosną. Zaborczą. Jesteś nikim, Athena. Jesteś zerem. Jedynym powodem, dla którego się z tobą żenię, jest to, że się tego ode mnie oczekuje, ponieważ Alfa potrzebuje przeznaczonej. Ale nie łudź się, że to dlatego, że cię kocham. — Po trzech latach właśnie na to zasłużyłam?
Zaczął iść w moją stronę, a każdy instynkt w moim ciele krzyczał, bym uciekała. Cofałam się przed nim, a moje dłonie instynktownie powędrowały, by osłonić brzuch. — Nie mówisz tego poważnie. Jesteś po prostu przerażony dzieckiem, albo zdenerwowany.
— Nie jestem przerażony. Jestem zniesmaczony. Sama myśl o tym, że nosisz moje dziecko, przyprawia mnie o mdłości.
Właśnie wtedy mnie uderzył. Nie w twarz — zdążył już się nauczyć, by bardziej uważać na widoczne siniaki. Tym razem jego pięść uderzyła w moje żebra, wybijając całe powietrze z moich płuc. Zgięłam się wpół, łapiąc oddech, a on chwycił mnie za włosy, odchylając moją głowę do tyłu, bym na niego spojrzała.
— Pozbądź się tego — warknął. — Nie obchodzi mnie jak. Po prostu się tego pozbądź.
— Nie. — To słowo opuściło moje usta zaledwie jako szept, ale było najsilniejszą rzeczą, jaką wypowiedziałam od miesięcy. — Nie zrobię tego.
Jego drugi cios był wymierzony w mój brzuch. Trzeci w plecy, gdy upadłam na podłogę. Czwarty znów w żebra i usłyszałam, jak coś pęka.
Moja wilczyca obnażyła kły, próbując się uwolnić, ale z całych sił ją powstrzymywałam. Nie chciałam już bardziej rozwścieczać Daxona. Nie mogłam. Musiałam po prostu chronić moje dziecko.
Zwinęłam się w kłębek, próbując chronić to malutkie życie, które we mnie rosło, ale było już za późno. Skurcze zaczęły się godzinę później. Krwawienie rozpoczęło się tamtej nocy.
Nie mogłam chodzić, w pobliżu nie było nikogo. Straciłam moje dziecko na podłodze w łazience, zupełnie sama, podczas gdy Daxon był w biurze, "pracując do późna". Ta maleńka grupka komórek, która była moją nadzieją na przyszłość, wymknęła mi się z rąk, a wraz z nią moja wiara w miłość, w dobroć, w możliwość zaznania szczęścia.
Kiedy wrócił do domu i mnie tam znalazł, wyglądał na autentycznie zszokowanego. — Athena? Co się stało?
— Zabiłeś nasze dziecko — wyszeptałam.
Po raz pierwszy od miesięcy wyglądał na kogoś, kto naprawdę żałuje. — Nie wiedziałem. Nie wiedziałem, że naprawdę byłaś w ciąży. Myślałem, że kłamiesz, próbując mną manipulować. — Miałam ochotę uderzyć go w twarz, ale nie mogłam, nie wtedy, gdy nie chciałam mieć złamanych kolejnych dwóch żeber.
— Nigdy cię nie okłamałam. Ani razu.
Wziął mnie w ramiona, zaniósł do łóżka, zadzwonił po lekarza stada, by mnie zbadał. Przez trzy dni był mężczyzną, w którym się zakochałam — łagodnym, troskliwym, przerażonym tym, co zrobił.
— Przepraszam — szeptał w kółko. — Bardzo cię przepraszam. Nie chciałem, żeby to się stało. Kocham cię, Athena. Tak bardzo cię kocham i będę lepszy. Obiecuję, że będę lepszy.
Chciałam mu wierzyć. Boże, jak bardzo chciałam mu wierzyć. Ale obietnice to tylko słowa, a słowa to tylko powietrze. A powietrze nie uchroni cię przed ciosami pięści.
— Czy ty, Daxon Sullivan, bierzesz tę kobietę za prawowitą małżonkę, by ją mieć i zachować, w chorobie i w zdrowiu, w bogactwie i w biedzie, w dobrej i złej doli, dopóki śmierć was nie rozłączy?
— Biorę. — Jego głos jest silny, pewny siebie. Głos mężczyzny, który nigdy nie wątpił w swoje prawo do posiadania tego, czego tylko zapragnie.
— A czy ty, Athena Morrison, bierzesz tego mężczyznę za prawowitego męża, by go mieć i zachować, w chorobie i w zdrowiu, w bogactwie i w biedzie, w dobrej i złej doli, dopóki śmierć was nie rozłączy?






