„Seryno, nie biegać tak szybko! Upadniesz. Dlaczego musisz to robić za każdym razem, gdy przyjeżdżamy w odwiedziny?” – krzyczy Thorne, goniąc mnie. W jego głosie brzmi irytacja, ale wyczuwam głęboko skrywaną troskę.
Skacząc po kamieniach i ostrych skałach, z bosymi stopami umazanymi mokrą ziemią, biegnę w stronę twierdzy, która mnie wzywa. Służący witają moją energię uśmiechem, gdy ich mijam, a mój śmiech jest na tyle głośny, że słyszy go każdy wilk. Zdążyli się już przyzwyczaić do moich wybryków.
„Pospiesz się, Thorne!” – pisk mojego głosu przebija się przez gwar rozmów. Wilki z porozumiewawczym uśmiechem schodzą mi z drogi, oczyszczając ścieżkę, zanim na nie wpadnę.
„Dzień dobry, Seryno” – wita mnie Bartha, ochmistrzyni twierdzy, niosąc kosz pełen białych koców.
„Dzień dobry, Bartho. Gdzie on jest?” – pytam, zatrzymując się przed nią z poślizgiem i podskakując jak dziki zając. Moje serce bije mocno z ekscytacji na myśl o pełnym zabawy dniu, który na mnie czeka.
„A gdzieżby indziej? Tam gdzie zawsze” – szepcze, spoglądając za mnie na mojego brata, który zdaje się zostawać w tyle. Choć jest ode mnie szybszy, celowo biegnie z tyłu, by mnie chronić.
„Dziękuję!” – rzucam, ruszając znów pędem, na co mój brat odpowiada sfrustrowanym jękiem kapitulacji. Mówi, że nie ma pojęcia, skąd mam tyle energii z samego rana. Może dlatego, że nie trenuję tak ciężko jak on i nie przechodzę nauk, których ojciec mu udziela.
Wiatr jest dziś rano ostry, smaga moją skórę, mierzwiąc włosy i rzucając mi je na oczy, co rusz zasłaniając mi widok, dopóki nie założę ich z powrotem za ucho.
Przebiegam obok znanej mi już białej klatki z gołębiami w stronę naszego stałego miejsca spotkań. W nocy lało jak z cebra i wciąż jeszcze mży, przez co ojciec z całą pewnością odwołałby dzisiejsze plany. Ja jednak nie poddałam się bez walki. Użyłam jedynego znanego mi sposobu, by dostać to, czego pragnęłam. Płaczu.
„Jesteś tu już?” – pytam w ciszę ogrodu, bo ptaki jeszcze śpią, a służby tu nie ma.
Nie otrzymując odpowiedzi, powitana jedynie chłodem, marszczę brwi i stawiam drobne, powolne kroki w stronę ukrytego wejścia z boku. Łuk porośnięty jest gęstymi pnączami, których nikt by nie zauważył, gdyby naprawdę ich nie szukał. Pokazał mi to wejście kilka miesięcy temu; należało do niego. Sam je stworzył. Żaden wilk o nim nie wie oprócz niego i mnie.
Zazwyczaj o tej porze już tu jest. Czyżby nie skończył jeszcze dzisiejszego treningu? Bicie mojego serca wraca do normalnego rytmu, a ja czuję smutek, że moje oczy nie zastały widoku, który tak bardzo chciały ujrzeć.
„Jestem tutaj, Seryno”. Niski szept tuż przy moim prawym uchu sprawia, że krzyczę, a nagły, potworny strach przejmuje nade mną kontrolę. Odwracam się gwałtownie, gotowa rzucić się na intruza, i napotykam oceaniczne oczy, które zdają się uśmiechać, gdy na mnie patrzą.
„Rogan! Musisz mi to robić? Mam dopiero sześć lat!” – wrzeszczę, a w moich oczach płoną iskry gniewu, bo on uwielbia mnie straszyć przy każdej okazji. Przychodzi mu to z łatwością, gdyż posiada umiejętności ducha. Nigdy nie wiadomo, kiedy jest w pobliżu lub kiedy obserwuje cię z upiornej ciemności.
Uśmiecha się, jakby uważał to za świetną zabawę. Mruży oczy, gdy mruga, a ja wpatruję się w niego. „Nadal się do mnie nie przyzwyczaiłaś, Seryno?” – pyta.
Z fuknięciem mijam go, by zająć swoje stałe miejsce pod drzewem. „Niygdy się do ciebie nie przyzwyczaję. Masz w sobie coś przerażającego” – szepczę, posyłając mu drobne, żartobliwe, gniewne spojrzenie.
„Coś przerażającego? Tej mojej strony jeszcze nie widziałaś, Seryno” – mruczy pod nosem, ale udaje mi się to usłyszeć.
Podchodzi i siada po mojej lewej stronie. Przyciąga kolana do klatki piersiowej, opiera na nich łokcie i bierze głęboki oddech z zamkniętymi oczami, rozkoszując się rześkim, choć chłodnym porannym powietrzem.
„Więc czego mnie dzisiaj nauczysz?” – pytam z narastającą ekscytacją. On jedynie patrzy w dół na moje zabłocone stopy. Lustruje je z przekrzywioną głową, po czym otwiera usta, by zadać mi pytanie.
„Biegłaś boso?”
Prostuję się i przysuwam bliżej niego. Kiwam głową z wypiętą piersią. „Tak. Owszem, biegałam” – oświadczam dumnie.
Wyciąga rękę i mierzwi moje włosy, niszcząc ich staranny ład, ale nie zwracam na to uwagi. „Jestem z ciebie dumny, Seryno” – mówi, a na jego twarzy wykwita łagodny uśmiech.
Mama często uczy mnie, jak być „kobiecą”, a ja pilnie chłonę te lekcje i powoli się nią staję. Schludna, pełna wdzięku i elegancka – tego mnie uczy, powtarzając, że muszę opanować znaczenie tych słów, by w przyszłości zbierać plony tego, co zasiałam.
But Rogan... on uczy mnie innych rzeczy. Uczy mnie, jak być dziką. Wolną. Uczy mnie, jak być sobą.
„Przez całą drogę miałam na sobie te buty na niskim obcasie, które wybrała mama, ale gdy tylko stanęłam na waszej ziemi, zrzuciłam je z nóg!” – oznajmiam z podbródkiem zadartym ku niebu, łaknąc kolejnych pochwał. Sprawia mi to ogromną radość, gdy zapewnia mnie o swojej dumie.
„Doprawdy? Dobra robota, Seryno” – podśmiewa się, delikatnie szczypiąc mnie w prawy policzek.
„Nie odpowiedziałeś na moje pytanie!” – marudzę, przysuwając się jeszcze bliżej niego. Moje ciało często jest zimne, niezależnie od pogody; nawet gdy słońce stoi wysoko, marznę. Rogan bije jednak wyjątkowym ciepłem, w które często uwielbiam się wtulać.
„Odpowiem, gdy umyjemy ci stopy. Dzisiejszy dzień nie był odpowiedni na bieganie boso, Seryno. Ziemia jest przemoczona. Przeziębisz się” – mówi stanowczo, po czym szybko wstaje i patrzy na mnie z góry. Kiedy się nie ruszam, daje mi krótkie skinienie głowy, wyciągając dłoń. Z westchnieniem podnoszę rękę, którą on szybko chwyta, pomagając mi wstać.
„Chodź” – szepcze, a ja idę za nim w stronę twierdzy. Czuję się trochę tak, jakbym właśnie dostała burę.
Zanim jednak udaje mi się zrobić krok do wnętrza, on kuca, uginając kolana i patrząc przed siebie. Marszcząc brwi, cofam się o krok. „Co robisz?” – pytam.
„Wskakuj na plecy, Seryno. Służący dopiero co umyli podłogi. Chcesz je pobrudzić?” – pyta, odwracając lekko głowę i spoglądając na mnie spod rzęs.
Bez słowa wspinam się na jego plecy, oplatając ramiona wokół jego szyi, a nogi wokół pasa. On podtrzymuje mnie, opierając dłonie pod moimi udami, i z łatwością mnie unosi.
Zaczyna nieść mnie do środka i po schodach na górę, do swojego pokoju. Z moich ust wyrywa się śmiech. „Tata też mnie tak nosi! Na barana!” – piszczę, wyrzucając pięść w powietrze i wymachując nogami, a mój śmiech niesie się echem po korytarzu.
Służący ustępują nam drogi, niektórzy podśmiewają się z mojego zachowania. „Nie wierć się tak, Seryno. Spadniesz” – stęka, pokonując po dwa stopnie naraz.
„Gdybym miała spaść, nie złapałbyś mnie?” – pytam, szepcząc mu do prawego ucha, dokładnie tak, jak on zrobił to w ogrodzie.
Biorąc głęboki oddech i prostując się, kiwa głową. „Oczywiście, że bym cię złapał. Bez wahania” – odpowiada, podchodząc do drzwi swojego pokoju.
Kopnięciem otwiera drzwi, wnosząc mnie do swojego królestwa. Bywałam tu już wielokrotnie, by przeglądać książki poukładane alfabetycznie na półkach. Nie rozumiem ich treści, ale sprawia mi to frajdę, bo obrazki w nich są niezwykle interesujące.
„Włóż stopy do wanny” – mówi, a ja natychmiast słucham jego polecenia. Siadam na krawędzi wanny i zanurzam stopy w jej białej głębi.
Klęka na podłodze, sprawdzając dłonią temperaturę wody płynącej z kranu. Kręci kurkami, dopóki woda nie staje się przyjemnie ciepła.
Nabiera na dłonie trochę mydła i rozciera je, tworząc pianę. Unosząc moją kostkę, myje mi stopy. Przyglądam się temu cierpliwie, ale w głębi duszy budzi się we mnie osobliwe uczucie.
Nawet mama tak mnie nie rozpieszcza. Każe mi robić wszystko samej, a za błędy muszę ponosić karę. Rogan jednak tak bardzo mi pobłaża, że gotowa jestem przekraczać wszelkie granice, byle tylko usłyszeć z jego ust chociaż jedną pochwałę.
„Seryno” – szepcze.
„Mmm?” – mruczę, wciąż przyglądając się, jak myje mi stopy. Jak to możliwe, by samiec miał tak delikatne dłonie? Kiedy mama dotyka mojej skóry swoimi palcami, nie wydają się one tak miękkie jak jego, choć przecież dba o nas jak o własne szczenięta.
„Nie bądź taka wyrywna i impulsywna. Uczę cię sprytu, a nie niezdarności” – mówi, wycierając moje stopy świeżo podgrzanym, puszystym ręcznikiem.
„Potrafię o siebie zadbać” – mówię, zaciskając dłoń tak mocno, że paznokcie wbijają mi się v skórę.
„Nie, nie potrafisz. Jesteś tylko szczeniakiem” – oświadcza, spoglądając w górę, by napotkać mój wzrok.
Zaciskając zęby, tupię nogą. Czy każdy młodzik i dorosły musi mi to powtarzać? Przypominać za każdym razem, że jestem bezsilna i jestem tylko szczeniakiem. Mam już serdecznie dosyć słuchania tego, bo to jedyne, co potrafią mówić. Nikt nie odważy się nazwać Thorne'a szczeniakiem; zamiast tego wspierają go i powtarzają, że jest przyszłym Alphą.
„Wydaje mi się, że moje słowa ci się nie spodobały” – głośno wyraża swoje domysły.
„Tak. Nie lubię, gdy nazywa się mnie *szczeniakiem*” – syczę.






