Alistair zmarszczył brwi, patrząc, jak kobieta go mija, ignorując dłoń wyciągniętą do uścisku.
Ta kobieta jeszcze nie dostała tej pracy, a już zachowywała się wobec niego nieuprzejmie.
To nie tak, że miała zostać odrzucona. Firma potrzebowała jej w tej chwili.
„Usiądę, panie Blackwood” – powiedziała, a uśmiech nie schodził z jej twarzy, co już zaczynało go irytować.
Alistair poprawił krawat, podszedł do fotela naprzeciw niej i usiadł. Nie spuszczał wzroku z kobiety, która robiła to samo.
Jej niebieskie oczy wbijały się w jego niebieskie oczy, jakby rzucały mu wyzwanie.
„Czekam z niecierpliwością na pani pracę dla V.G. Chciałem po prostu osobiście poznać nową doradczynię prawną. Dlatego prosiłem o spotkanie. Przyniosę umowę” – Alistair w końcu przemówił.
Wstał, podszedł do biurka, chwycił interkom, wykręcił numer i czekał na połączenie.
„Przynieś umowę, już jest”.
Po kilku minutach siedzenia w milczeniu drzwi się otworzyły i wszedł Julian, dyrektor generalny V.G. i jednocześnie najlepszy przyjaciel Alistaira.
„Cześć, stary” – rzucił Julian, zerkając na kobietę.
„Dzień dobry, jestem Julian Vane” – powiedział z szerokim uśmiechem.
Podszedł do Alistaira i położył brązową kopertę z umową na stole przed nim.
„Seraphina Thorne”.
„Tak, wiem. To ja panią poleciłem” – posłał jej uśmiech.
„Och, dziękuję” – zaśmiała się.
Alistair uniósł brew z cichym prychnięciem, obserwując jej uśmiech.
Czy ona właśnie uśmiechnęła się szczerze do Juliana, podczas gdy jemu rzucała spojrzenia typu „mam cię gdzieś”?
„Tak. Byłem pod wrażeniem pani pracy, więc nie mogłem się oprzeć” – Julian uśmiechnął się ponownie i usiadł na oparciu fotela Alistaira.
„Dziękuję za komplement” – Seraphina znów się uśmiechnęła.
Lekko zirytowany Alistair odchrząknął, wziął kopertę i rzucił ją na stół przed kobietą.
„Oto ona”.
Patrzył, jak kobieta bierze kopertę, wyjmuje papiery, a potem wkłada je z powrotem bez sprawdzania treści.
„Przejrzę to i przyniosę z powrotem. Mogę tak zrobić, prawda?” – zapytała Seraphina i wstała, nie czekając na odpowiedź.
„Oczywiście, będę czekał na pani odpowiedź” – odparł.
„Miło było panią poznać, panno Thorne” – Julian wyciągnął rękę, a Seraphina bez wahania uścisnęła mu dłoń.
„Mnie również”.
„Odprowadzę panią” – powiedział Julian, a Alistair z irytacją patrzył, jak wyprowadza blondynkę z gabinetu.
„Ani trochę nie lubię tej kobiety” – oznajmił Alistair, gdy tylko Julian wrócił.
„Dlaczego? Myślę, że jest spoko” – Julian roześmiał się z gderliwości przyjaciela.
„Spoko? Zdecydowanie zakłada maskę. Przy mnie udawała, że jej nie obchodzi, kim jestem, a dla ciebie była jak słodka dziewczyna z liceum. Co to ma znaczyć?” – Alistair zmarszczył brwi, a śmiech Juliana jeszcze bardziej go rozsierdził.
Ten facet był jego najlepszym przyjacielem, ale nienawidził faktu, że nigdy nie zgadzali się w żadnej kwestii.
„Myślisz, że Seraphina udaje? Stary, ona jest jedną z najlepszych w branży, a ty sądzisz, że to maska tylko dlatego, że nie czuje przed tobą respektu” – odpowiedział Julian.
„Co? Myślisz, że jestem onieśmielający? Wyciągnąłem rękę, a ona mnie zignorowała, ale kiedy ty wszedłeś, było tylko 'och, cześć!' z tym jej dziwnym uśmiechem. Ewidentnie kogoś faworyzuje!” – syknął Alistair.
„Boże, nie wierzę, że o to marudzisz. Ta kobieta wyraźnie nie dba o to, co o niej myślisz, a ty tu siedzisz i rozpamiętujesz jej zachowanie” – Julian pokręcił głową.
Alistair prychnął i przechylił głowę: „Jej reakcja nie miała na mnie najmniejszego wpływu. Zastanawiam się tylko, jak zaszła na szczyt z takim wrednym charakterem”.
Julian otworzył szeroko oczy i pokręcił głową: „Nie wierzę, że to mówi najbardziej gburowaty przewodniczący w całym LA”.
„Wiesz, dlaczego cię nie lubię?” – Alistair zmrużył oczy.
„Nie, ty mnie lubisz”.
„Nie wspierasz mnie. Nigdy się nie zgadzamy”.
„To dlatego, że twój sposób myślenia jest dziwny” – Julian wzruszył ramionami.
„Nieważne” – syknął Alistair.
Gdy Julian nic nie odpowiedział, Alistair odetchnął nerwowo i powiedział: „Idę go dzisiaj odwiedzić”.
„Dziadka?” – Julian wytrzeszczył oczy.
„Tak”.
Odpowiedział i zauważył, że wyraz twarzy Juliana spoważniał.
„Wszystko będzie w porządku?” – zapytał Julian.
„Tak. Nie byłem u niego od dłuższego czasu tylko dlatego, że kazał mi nie przychodzić. Czuję, że powinienem go znów odwiedzić”.
„Rozumiem, że twój dziadek lubił Evangeline, ale czy to nie przesada?”
Alistair westchnął i rozmasował skronie: „Wiem, prawda?”.
==
Tymczasem…
Seraphina wyszła z windy i właśnie od niej odchodziła, gdy ktoś na nią wpadł.
No dobrze, to ona wpadła na tę osobę.
„Och, ja…” – wymamrotała, schylając się, by podnieść torebkę kobiety, która wypadła jej z ręki.
„Tak mi…” – jej głos zamarł, gdy napotkała najbardziej nienawistne spojrzenie, jakie kiedykolwiek widziała.
Margot.
Kochanka jej byłego męża, obecnie narzeczona, wciąż niezamężna po trzech latach narzeczeństwa.
Oczywiście wiedziała o wszystkim, co ci ludzie pozwalali opinii publicznej wiedzieć o swoim życiu.
Przez ostatnie pięć lat zemsta i nienawiść, którą do nich żywiła, były jedynymi rzeczami, które pchały ją do przodu.
Teraz, patrząc na kobietę, która była niemal przyczyną jej nieszczęść sprzed lat, zacisnęła pięści i zgrzytnęła zębami.
„Przepraszam…” – dodała w końcu i podała jej torebkę.
„Przepraszam? Właśnie zniszczyłaś mi torebkę!” – Margot wybałuszyła oczy, mówiąc piskliwym głosem, który był wyjątkowo nieprzyjemny dla ucha.
„Powiedziałam 'przepraszam'. Zrobiłabyś to samo, gdybyś to ty wpadła na mnie i upuściła moją torebkę” – powiedziała Seraphina, nie uśmiechając się. Nie była też jednak sroga.
„Cóż, nie wpadłam. I to nie tak, że twoja podróbka jest warta miliardy, na które mnie nie stać” – syknęła Margot.
„Twoja też nie jest warta miliardów, na które mnie nie stać” – na twarzy Seraphiny powoli wykwitł irytujący uśmiech.
„To limitowana edycja!” – wrzasnęła Margot, sprawiając, że ludzie zaczęli się odwracać w ich stronę.
„Moja też” – zachowując spokój, Seraphina wyszczerzyła zęby.
Cofnęła się o krok, otworzyła torebkę i wyjęła wizytówkę.
„Zapłacę za wszelkie szkody. To moja wizytówka. Możesz dzwonić kiedy chcesz, jestem miła” – poklepała ją po ramieniu i minęła, czując na plecach mordercze spojrzenia kobiety.
Margot mocno zacisnęła dłonie, patrząc, jak tamta odchodzi.
Ta kobieta właśnie ją wyprowadziła z równowagi, ale ona była teraz jej najmniejszym zmartwieniem.
Zmartwieniem był Alistair.
Mężczyzna, z którym była zaręczona od trzech lat i za którego wciąż nie wyszła!
===
Drzwi gabinetu otworzyły się z hukiem i Margot wpadła do środka, a za nią biegła sekretarka.
„Mówiłam jej, że…”
„Wyjdź” – przerwał jej Alistair, patrząc na narzeczoną, która miała wściekłą minę.
„Zostawię was samych” – Julian wstał i wyszedł z gabinetu, nie kryjąc faktu, że nie lubi tej kobiety.
Alistair wstał z kanapy, podszedł do swojego biurka i usiadł: „Dlaczego tu jesteś, Mar? Nie mówiłaś, że przyjdziesz”.
„Dobrze wiesz, dlaczego tu jestem, Alistairze” – rzuciła torebkę i podeszła do niego.
„Nie wiem i byłbym wdzięczny, gdybyś mi po prostu powiedziała” – odpowiedział, patrząc, jak siada na biurku przed nim i kładzie nogi na fotelu między jego udami.
„Miałeś do mnie przyjść wczoraj wieczorem” – przeciągnęła.
„Mar, byłem zmęczony. Pracowałem po godzinach i potrzebowałem odpoczynku. Przyjście do ciebie zdecydowanie nie było tym, czego potrzebowałem” – odparł.
„Dlaczego nie było tym, czego chciałeś? Alistairze, od trzech lat noszę ten pierścionek na palcu. Już najwyższy czas, żebyśmy wzięli ślub. Minęło pięć lat, odkąd skończyłeś z tamtą kobietą!” – warknęła.
„To ty się spieszysz, Mar” – powiedział.
„Spieszę się? Alistairze, minęło prawie sześć lat, a ty mówisz, że ja się spieszę?” – zmarszczyła brwi.
To, jak zawsze zachowywał spokój w każdej sytuacji, głęboko ją irytowało.
Alistair westchnął, oparł głowę o zagłówek i zamknął oczy.
To była kobieta, którą kiedyś kochał, ale musiał przyznać przed samym sobą, że wszystko się zmieniało. Margot stawała się zbyt nachalna i irytująca, a on zaczynał mieć tego dosyć.
Te drobne rzeczy, które kiedyś mu nie przeszkadzały, teraz go dusiły.
Nie miał komu o tym powiedzieć, nawet Julianowi.
W końcu przyjaciel go ostrzegał, a on go nie słuchał.
„Już mnie nie lubisz?”
Wzdrygnął się, gdy poczuła jej nogę na swoim przyrodzeniu, i gwałtownie otworzył oczy.
„Co ty wyrabiasz?”
„A jak ci się wydaje?” – uśmiechnęła się uwodzicielsko.
Uśmiech Margot powoli zgasł: „To jest moje biuro i dobrze wiesz, że nie pozwalam na TAKIE rzeczy tutaj” – skrzywił się, akcentując ostatnie słowa.
„Alie…”
On jednak nie miał na to ochoty; odsunął jej nogę i wstał z fotela.
„Muszę teraz gdzieś być. Przyszłaś w złym momencie, jeśli można tak powiedzieć” – rzucił Alistair, nawet na nią nie patrząc, gdy chwytał marynarkę.
„A kiedy jest ten właściwy moment, Alistairze?!” – wrzasnęła nieświadomie.
„Nie teraz”.
Widząc, że Alistair szykuje się do wyjścia, zeskoczyła z biurka, włożyła szpilki, chwyciła torebkę i pośpieszyła za narzeczonym.
Jeśli istniało coś, czego nie chciała pokazać ludziom, to był to ich sypiący się związek.
==
Rezydencja Blackwoodów.
Alistair wymusił uśmiech, patrząc na rozpromienioną twarz matki. Zatrzymał się przed nią i przytulił ją.
„Mój synu” – Eleanor uśmiechnęła się, obejmując ramionami potężne ciało syna.
„Myślałam, że ty też nie chcesz mnie widzieć. Nawet nie zadzwoniłeś. Nie oddzwaniałeś też” – rzuciła mu oskarżycielskie spojrzenie, gdy się rozdzielili.
„Przepraszam, byłem zawalony pracą. Miałem mnóstwo spraw na głowie” – przyznał z przeprosinami.
„Daj sobie trochę luzu, dobrze? Przemęczasz się. Oczywiście, jestem z ciebie dumna. Prasa nie przestaje pisać o twoich osiągnięciach i o wszystkim, co zdobywasz każdego dnia, ale powinieneś przystopować… i w końcu się ożenić”. Ostatnie słowa wypowiedziała niemal szeptem, ale Alistair je usłyszał.
„Mamo, proszę cię” – wywrócił oczami.
„Co? Czy nie powinieneś już poślubić Margot? Pozwalasz tej niewinnej kobiecie czekać”.
„Czy Margot była u ciebie?”
Musiał o to zapytać, jego matka była bardzo przewidywalna.
Łatwo było zgadnąć, że przekazuje wiadomość od Margot.
„Dlaczego? Czy nie mogę zjeść lunchu z moją przyszłą synową?” – Eleanor prychnęła i odwróciła wzrok.
„Nie mam na to ochoty. Jestem tu dla dziadka, jest u siebie?” – zapytał, a matka skinęła głową.
*
„Wynoś się”.
Przywitał go szorstki, ochrypły głos dziadka.
„Daj spokój, dziadku, nie bądź dla mnie taki surowy. Minęły już cztery lata” – jęknął.
Cztery lata temu, kiedy dziadek obudził się ze śpiączki trwającej ponad półtora roku, najpierw zapytał o Evangeline i był bardzo niezadowolony, że jego wnuk rozwiódł się z tą kobietą.
„Powiedziałem ci, żebyś tu nie przychodził, dopóki nie wrócisz z Evangeline!” – krzyknął.
„Jak możesz wciąż pytać o tę kobietę? Prawie splamiła wizerunek naszej rodziny. Zdradziła mnie”.
„Evangeline cię nie zdradziła. Była najuczciwszą kobietą na świecie!” – odciął się gniewnie starzec.
„Dziadku, po tych dowodach, które ci przedstawiłem?” – Alistair zmarszczył brwi.
„Kazałem ci przynieść prawdziwe dowody. A nie jakieś sfabrykowane papiery!”
„One są prawdziwe. Nie wierzysz w nie tylko przez swoją wielką miłość do tej kobiety”.
„Głupiec. Evangeline jest ruda, a ta kobieta na rzekomych dowodach? Miała winne włosy!” – wybuchnął wściekle, a Alistair zmrużył oczy.
„Co ty mówisz?”
„Twoja żona była rudowłosa, a ta kobieta na zdjęciach, które mi pokazałeś, nie. Miała włosy koloru wina” – powtórzył, tym razem stanowczo i głośno.
„Cholera”.
Pomyślał Alistair.
Jeśli tą osobą nie była Evangeline, to kto to był?






