– Och, nie. Tylko nie teraz... – jęknęła Maya przez zaciśnięte zęby, wpatrując się w Juliana, który zmierzał w ich stronę.
– Hej, panno... Uhm, Mayo – uśmiechnął się, a następnie zerknął na Willow, która odwzajemniła uśmiech.
– Cześć, panie Vane.
– O rany! Myślałem, że zgodziłaś się na mówienie sobie po imieniu – zmarszczył brwi i splótł dłonie.
– Ach, racja.
– A tak przy okazji, czyje to dziecko?






