Margot wyszła z łazienki owinięta w biały ręcznik, wsunęła stopy w futrzane klapki i podeszła do telefonu, który wydał dźwięk powiadomienia.
Podniosła go, otworzyła zdjęcie wysłane przez informatora i uśmiechnęła się. Była to fotografia Evangeline wysiadającej z taksówki z bagażami.
Wykręciła numer, a rozmówca odebrał niemal natychmiast. „Pani Margot”.
„Dokąd ona się udaje?” – zapytała.
„Nie wiem. Śledzę ją, odkąd rano wymeldowała się z hotelu”.
„Nie spuszczaj jej z oka” – poleciła.
Musiała pozbyć się tej kobiety z ich życia raz na zawsze.
„Zgarnijcie ją, gdy nadarzy się okazja, i nastraszcie. Pogroźcie jej. Powtarzam, macie ją tylko zastraszyć, żeby trzymała się z dala od Alistaira. Nie bądź idiotą i nie wymieniaj mojego imienia. Upewnij się, że jest wystarczająco przerażona, zanim ją puścisz. Zrozumiano?”
„Tak jest”.
„Dobrze” – dodała Margot i rozłączyła się.
Rzuciła telefon na łóżko, podeszła do stolika, wzięła kieliszek wina i upiła powoli łyk.
Wczoraj wieczorem, gdy Alistair był u niej, powiedział, że podpisała papiery rozwodowe.
Prawdopodobnie nie wiedział, że Evangeline opuściła dom już rano, ale ona o tym wiedziała, bo miała ludzi śledzących każdy krok tej kobiety.
Początkowo zamierzała czekać, aż Alistair sam wyrzuci ją z domu, ale trwało to dłużej, niż planowali.
Plan zakładał rozwód po roku ich aranżowanego małżeństwa.
Kiedy wydawało się, że Alistair nie zamierza tak szybko odprawić Evangeline, próbowała wygrzebać na nią jakieś brudy. Ale, niech to szlag, Evangeline była zbyt oddana temu układowi.
Nie miała więc innego wyjścia, jak zrobić to po swojemu.
Zapłaciła jakiejś podrzędnej prostytutce, zrobiła jej zdjęcia, a potem zleciła ich obróbkę w Photoshopie.
Technologia poszła do przodu. Nikt nie uwierzy, że to nie Evangeline była na tych sprośnych zdjęciach.
Wysłała je anonimowo do pani Eleanor Blackwood, matki Alistaira.
Była pewna bardziej niż czegokolwiek, że pani Eleanor tego tak nie zostawi.
I oczywiście Alistair się na to złapał!
W końcu on też potrzebował powodu, by pozbyć się tej kobiety.
Zrobiłaby wszystko, by pomóc mu ją usunąć, jeśli oznaczałoby to bycie z Alistairem.
Ona i Alistair byli przyjaciółmi z dzieciństwa i od małego obiecywali sobie ślub.
Wszyscy wiedzieli o ich miłości – jej rodzice, matka Alistaira – z wyjątkiem jego dziadka, który nagle stał się wobec niej chłodny z powodów znanych tylko sobie.
Mało ją to obchodziło. Nie wiedziała, jak wielki wpływ ten starzec miał na Alistaira, dopóki ten nagle nie kazał mu ożenić się z Evangeline. I ku jej ogromnemu zdziwieniu, Alistair zgodził się bez większego sprzeciwu!
Po spędzeniu nocy z Alistairem Margot odniosła wrażenie, że on zaczyna mieć wątpliwości co do rozwodu. Może to tylko jej wyobraźnia, bo wiedziała doskonale, że Alistair nie mógłby znieść tej kobiety blisko siebie.
Musiała sprawić, by Evangeline wyjechała daleko z własnej woli. Gdyby Alistair nagle zechciał odnaleźć byłą żonę, doszłoby do katastrofy. W końcu Alistair był nieprzewidywalny.
***
Evangeline w końcu przestała iść i rozejrzała się wokół. Szła już od dłuższego czasu i nie miała pojęcia, jak daleko zaszła.
Uświadomienie sobie, że nie ma dokąd pójść, sprawiło, że łzy znów napłynęły jej do oczu.
Przed małżeństwem z Alistairem była osobą, która miała niewielu przyjaciół, a gdy rozeszła się wieść o jej ślubie z miliarderem, ludzie zaczęli jej unikać.
Nie miała domu, do którego mogłaby wrócić, ani nikogo, kto by na nią czekał.
Noc spędziła w hotelu, ale wiedziała, że nie może tam zostać na zawsze. Musiała wyjść i znaleźć inne miejsce do życia.
Wciąż miała trochę pieniędzy i miała nadzieję, że wystarczą, zanim Alistair wyśle obiecaną odprawę.
Może była zbyt impulsywna? Może gdyby została i bardziej go błagała, dałby jej kolejną szansę?
„Och, biedna Seraphino, to zdecydowanie nie jest czas na obwinianie się. To już koniec!” – skarciła się w myślach.
Niedługo potem zauważyła czarną furgonetkę, która powoli toczyła się za nią.
Początkowo myślała, że to wyobraźnia, dopóki nie zatrzymała się przed motocyklem i zerkając w lusterko, nie zobaczyła, że furgonetka również stanęła.
Ci ludzie ją śledzili, była tego pewna.
Kto ich nasłał?
Alistair?
Matka Alistaira?
A może Margot?
Ruszyła dalej, tym razem szybciej niż wcześniej.
Nie minęło dużo czasu, gdy furgonetka zajechała jej drogę z głośnym piskem opon.
Evangeline wzdrygnęła się, nieświadomie upuściła torbę i spojrzała na otwierające się drzwi pojazdu.
„Cześć, dokąd to się wybierasz? Możemy cię podwieźć” – powiedział jeden z nich z szerokim uśmiechem.
„N… nie, dziękuję” – zadrżała i pochyliła się, by podnieść torbę.
„Daj spokój, nie bądź uparta!” – mężczyzna wysiadł i chwycił ją za rękę.
„Nie potrzebuję podwózki. Już jestem w domu. To mój dom, tam” – trzęsła się, wskazując na chybił trafił.
„Tam? Tam nie ma żadnego domu”.
Evangeline odwróciła się, by spojrzeć w miejsce, które wskazała, a zanim zdążyła zareagować, mężczyzna podniósł ją i wrzucił do środka.
Inny mężczyzna ją przytrzymał, podczas gdy pierwszy chwycił jej torbę, wrzucił ją do furgonetki i sam wskoczył do środka.
„Dokąd mnie zabieracie?! Czy wiecie, kim jestem?” – krzyknęła, gdy tylko samochód ruszył.
„Och, proszę, ucisz ją w końcu” – jęknął kierowca.
„Ile wam zapłacono? Dam wam więcej. Mam mnóstwo pieniędzy i…” – mówiła, gdy nagle poczuła chusteczkę przyciśniętą do nosa. Nie mogła długo stawiać oporu, zanim ogarnęła ją ciemność.
***
Evangeline otworzyła oczy z grymasem i powoli rozejrzała się dookoła. Zdając sobie sprawę, że jest sama w pojeździe, gwałtownie usiadła, a fala nudności przypomniała jej, że jest w ciąży i musi dbać o bezpieczeństwo swoje i dziecka.
Przesunęła się na skraj siedzenia i wyjrzała z otwartej furgonetki, uświadamiając sobie, że znajduje się w nieznanym, odludnym miejscu.
Wysiadła ostrożnie, na palcach, i zaczęła powoli odchodzić. Nie uszła daleko, gdy usłyszała: „Dokąd ty się, do diabła, wybierasz?”.
Odwróciła się, zobaczyła mężczyzn stojących przy aucie i rzuciła się do ucieczki.
„Cholera, brać ją!” – krzyknął jeden z nich, a ona tylko przyspieszyła.
„Boże, jest szybka!” – usłyszała krzyk za plecami, ale biegła dalej.
Nie pozwoli tym ludziom się zabić. Chyba nie mieli pojęcia, jak silny jest jej instynkt przetrwania.
*
Po dłuższej chwili biegu Evangeline gwałtownie się zatrzymała i spojrzała w dół. „Boże, to ślepy zaułek” – wymamrotała do siebie, potrącając kamień, który spadł w przepaść.
„Nie ma już dokąd uciec, moja pani?” – jeden z facetów w końcu dobiegł, ciężko dysząc, a wkrótce dołączyli do niego pozostali.
„Czego ode mnie chcecie?! Czy to Alistair was nasłał?!” – krzyknęła.
„Właśnie dlatego nie powinnaś mieć obsesji na punkcie czegoś, co nie należy do ciebie” – odparł.
„Ile wam zapłacił? Dam wam każdą kwotę, o jaką poprosicie. Uwierzcie mi, mam pieniądze. Nie wierzycie, prawda?” – zapytała z uśmiechem.
Uśmiechem, który sprawiał wrażenie, że postradała zmysły.
„Co ona wygaduje?” – jeden z nich zmarszczył brwi.
Zrobił krok w jej stronę, wyjął nóż z kieszeni i obnażył ostrze, co sprawiło, że kobieta nieświadomie się cofnęła.
„Chcę cię tylko ostrzec. Jestem teraz wspaniałomyślny. Wyjedź z kraju i nigdy nie wracaj” – mówił, idąc ku niej.
„Mów stamtąd. Nie podchodź bliżej!” – krzyknęła Evangeline.
„Chcę tylko, żebyś mnie dobrze zrozumiała. Trzymaj się bardzo daleko od Alistaira, jeśli nie chcesz spotkać się ze śmiercią”.
„Co on mówi? Myślę, że zaraz zginę” – pomyślała z rozpaczą.
„Odpowiedz mi!” – z tymi słowami mężczyzna rzucił się na nią.
Nieświadomie jej noga się ześlizgnęła, a ona próbowała odzyskać równowagę.
„Cholera, nie!” – jeden z mężczyzn krzyknął i rzucił się, by złapać jej dłoń.
Było za późno.
Patrzył, jak kobieta spada w przerażający sposób w przepaść.
„Boże. Spadła?” – zapytał jeden z nich.
„Co? Spadła? Czy jesteś ślepy i nie widzisz, co się właśnie stało?!” – zagrzmiał drugi.
„Kurwa, co robimy?!”
„Powiedzieć jej?”
„Powinniśmy. Pewnie ucieszy się z tych wieści”.
„Co? Przecież wyraźnie powiedziała, że mamy jej nie dotykać, cholera!”
„Więc co? Zaprzeczyć? Lepiej jej powiedzmy. Jeśli dowie się później sama, mamy przerąbane! Wiesz o tym!”
===
Pięć lat później.
„Co powiedziałaś?” Seraphina Thorne jest najbardziej rozchwytywaną prawniczką w Stanach Zjednoczonych.
„Właśnie przyszła wiadomość od Vanguard Global. Proponują stanowisko doradcy prawnego” – powtórzyła Maya, jej sekretarka.
„Dobrze!” – Seraphina klasnęła w dłonie.
„Czy nie masz już zbyt dużej obsesji na punkcie V.G.? Skoro oferta właśnie przyszła… tylko nie mów mi, że zamierzasz stąd wyjechać”.
„Dlaczego? Masz tu dla mnie jakąś pracę?” – Seraphina uniosła brew.
„Nie. Nie mam” – pokręciła głową i zacisnęła usta.
Lepiej było nic więcej nie mówić. Jej szefowa była bardzo przerażająca, gdy wpadała w gniew.
„Odwołaj moje dzisiejsze spotkania. Wychodzę” – Seraphina chwyciła płaszcz i wyszła z biura.
*
Ignorując powitania młodszych pracowników, wsiadła do samochodu, zapaliła silnik i odjechała.
Jej marzenie sprzed lat w końcu się spełniało. Teraz, gdy miała wrócić do USA, na jej twarzy odmalował się niesmak.
Po wielu minutach jazdy zatrzymała samochód przed domkiem, wysiadła, podeszła do bramy i przyłożyła palec do czytnika linii papilarnych, który natychmiast odblokował zamek.
„Mama!” – rozległ się cieniutki głosik jej córki, Willow.
„Cześć, skarbie. Jak bardzo za mną tęskniłaś?” – schyliła się i podniosła ją z ziemi.
„Bardzo!” – Willow wyszczerzyła zęby.
„Ojcze” – powiedziała cicho Seraphina, gdy tylko weszła do salonu.
„Dostałaś wiadomość? V.G. chce cię zatrudnić” – powiedział zamiast powitania.
„Skąd wiedziałeś?” – zmarszczyła brwi. Dostała te wieści niecałą godzinę temu.
Ale z drugiej strony, nic nie umykało uwadze jej przybranego ojca.
„Więc wyjeżdżasz?” – zapytał, a Seraphina powoli skinęła głową.
„Dlaczego? Nie cieszysz się? Czekałaś na to wiele lat” – uniósł brwi.
„Wiem, ale… czuję się teraz taka niepewna” – pokręciła głową.
„Chodź tutaj” – poklepał miejsce na fotelu obok siebie.
„Będę wspierał każdą twoją decyzję. Wiesz o tym” – poklepał ją po plecach.
„Wiem”.
„Dobrze. Rób to, co uważasz za słuszne, a ja będę cię wspierał, Evangeline” – powiedział i przytulił ją.
„Dziękuję ci bardzo, ojcze” – pociągnęła nosem.
Seraphina westchnęła. Długo wyczekiwany dzień nadchodził. Wkrótce miała spotkać tych, którzy próbowali ją zabić.
***
Miesiąc później, USA.
Seraphina w końcu weszła do wysokiego budynku po wielu minutach stania z przepoconymi dłońmi i podeszła do recepcji.
„Przyszłam na spotkanie z przewodniczącym” – powiedziała.
„Czy jest pani umówiona?”
„Tak. Nazywam się Seraphina Thorne” – oświadczyła.
Patrzyła, jak kobieta podnosi słuchawkę i dzwoni, nieświadomie rozglądając się wokół.
„Dobrze, pan przewodniczący panią przyjmie” – powiedziała recepcjonistka.
„Proszę iść prosto, po lewej stronie znajdzie pani windę. Musi pani wjechać na 67. piętro” – poinstruowała, a Seraphina tylko skinęła głową i odeszła.
*
Seraphina czekała, aż winda się otworzy, weszła do środka, nacisnęła przycisk 67. piętra, a potem odsunęła się dla dwóch kobiet, które właśnie weszły, i czekała, aż drzwi się zamkną.
Po czasie, który wydawał się wiecznością, winda w końcu się zatrzymała, drzwi otworzyły i wyszła na zewnątrz.
Niespokojnie zacisnęła pięści, kierując się do drzwi z napisem „Przewodniczący”.
Zapukała, a gdy po chwili nie otrzymała odpowiedzi, pchnęła drzwi i weszła do środka.
Szła powoli, rozglądając się po ogromnym gabinecie, aż jej wzrok padł na szklaną tabliczkę na biurku z wygrawerowanym nazwiskiem. „Przewodniczący Alistair Blackwood” – przeczytała cicho i wtedy drzwi się otworzyły.
Seraphina gwałtownie się odwróciła i napotkała wzrok wysokiego mężczyzny, który wyglądał na tak chłodnego i aroganckiego, jak przedstawiano go w wiadomościach.
„Słucham?” Jego niski głos odbił się echem w jej uszach, przypominając jej, jak długo była z dala od tego człowieka, który nie postarzał się ani o dzień.
W końcu odzyskała rezon, wbiła w niego wzrok, a jej usta wygięły się w delikatnym uśmiechu. „Nazywam się Seraphina Thorne, doradca prawny Vanguard Global”.
„Och. Alistair Blackwood” – odpowiedział i wyciągnął dłoń.
Seraphina skinęła głową, spojrzała na jego dłoń, a na jej policzkach wykwitł uśmiech.
„Nigdy nie zapomnę twojego nazwiska” – powiedziała w myślach.
Jak słodka będzie jej zemsta?
CDN…






