Na parkiecie mężczyźni w zaledwie muśniętych zadrapaniami kowbojkach i gigantycznych, nieskazitelnie czystych kapeluszach, którzy pewnie nigdy nie widzieli konia, a co dopiero na nim jeździli, tańczyli z wystrojonymi jak z żurnala kobietami, których fryzury wznosiły się na przeróżne wysokości.
Marszczyłam nos, gdy Mack pchnął drzwi z tabliczką „prywatne” i wciągnął mnie do obszernego pomieszcz






