languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Aeliana Moreau 4 kwi 2026

  Danielle

  – Co jest nie tak z Maverickiem?

  – Tylko cipa mogłaby używać imienia Maverick.

  – A co, jeśli takie imię nadali mu rodzice? – rzuciłam wyzwanie.

  – Wtedy, gdyby nie był cipą, to by je zmienił.

  Powstrzymałam uśmiech. – Nie powiem mamie Mavericka, że to powiedziałeś.

  – Znasz jakiegoś Mavericka? – zapytał.

  Skinęłam głową. – To jedno z moich dzieciaków. Uczę w przedszkolu.

  – Ja pierdolę. Oczywiście, że tak – mruknął i wjechał na autostradę.

  Znowu przysunęłam torebkę do siebie. Z jakiegoś powodu fakt, że nie wydawał się zachwycony moim wyborem zawodu, zabolał mnie. A nie powinien. Nie znał mnie i na litość boską, prawdopodobnie był przestępcą, ale to ja czułam się zawstydzona.

  – Jak się nazywa twoja grupa? – brnęłam dalej, a moja niezdolność do milczenia, gdy się denerwowałam, działała przeciwko mnie.

  – Moja grupa? – Uniósł brew.

  – Twój klub. Zwał jak zwał.

  Znów skupił wzrok na drodze. – Dogs of Fire.

  – Dlaczego wybraliście taką nazwę? – zapytałam.

  – To nie ja wybierałem.

  – Dlaczego twoja grupa... to znaczy klub, wybrał właśnie to?

  Booker wzruszył ramionami. – Nie wiem.

  – Nie wiesz, dlaczego to wybrali? – Przestudiowałam jego profil i zobaczyłam, jak zaciska szczękę. – Przepraszam, to nie moja sprawa.

  Ani nie potwierdził, ani nie zaprzeczył.

  – Potrzebujesz mojego adresu? – Byłam najwyraźniej niewiarygodnie zdesperowana, by podtrzymać rozmowę.

  – Mam go.

  – Jasne – wymamrotałam. Oczywiście, że miał. Sama mu go napisałam. Znów mu się przyjrzałam. Boże, był piękny. Oblizałam usta i skupiłam się z powrotem na drodze. – Więc... pracujesz w Big Ernie's?

  – Czasami.

  – Czyli to nie jest twoja stała praca?

  – Nie.

  – Najwyraźniej nie jesteś mechanikiem – zamyśliłam się.

  – Dlaczego tak twierdzisz?

  – Jesteś za czysty – wypaliłam. – To znaczy, twoje ręce nie są umazane czarnym olejem i w ogóle. Przepraszam. Nieważne. To nie mój interes.

  Zachichotał.

  – Co w tym takiego zabawnego? – zażądałam odpowiedzi.

  – Nie lubisz ciszy, co?

  – Lubię ciszę... po prostu nie wtedy, gdy się denerwuję. Szlag. Nieważne. Ignoruj mnie.

  – Mała, próbuję cię ignorować od sekundy, gdy zobaczyłem twój gówniany samochód pełznący moją ulicą – powiedział.

  Sapnęłam, a moja irytacja wzrosła, dołączając do tańca z moimi nerwami. – Cóż, wcale nie musiałeś mnie ratować. Nie prosiłam cię o to. – Znowu zachichotał, a ja zamrugałam, powstrzymując łzy, czując jednocześnie złość i niepewność. – Przepraszam, jeśli moje gadanie cię wkurzyło. Próbowałam tylko być przyjazna – kontynuowałam, bo serio, byłam najwyraźniej masochistką. – Tak właśnie robią mili ludzie, kiedy inni im pomagają. Pytają ich o życie i szukają wspólnego gruntu w próbie nawiązania konwersacji.

  – Tak właśnie robią? – zapytał.

  – Zazwyczaj tak – szepnęłam i odwróciłam się w stronę okna.

  Udało mi się zachować myśli dla siebie, gdy wjechaliśmy do Hazel Dell i na prywatny podjazd na moje osiedle. Nie była to najlepsza część miasta, ale nie była też najgorsza. Na to było mnie stać i na razie mi to odpowiadało.

  – To tutaj – powiedziałam, wskazując na schody prowadzące do mojego mieszkania na drugim piętrze.

  Skinął głową. – Odprowadzę cię na górę.

  – Nie musisz tego robić.

  – Wiem – powiedział i wysiadł z pick-upa.

  Zbierając swoją torebkę, otuliłam się ciaśniej kurtką i pchnęłam drzwi. Booker stał po drugiej stronie i znowu poczekał na mnie, zanim zamknął drzwi i odprowadził po schodach na górę. Otworzyłam zamek do mieszkania i pchnęłam drzwi, zapalając światło przed wejściem do środka.

  – Dziękuję ci za wszystko – powiedziałam.

  – Zadzwonię do ciebie jutro lub w piątek w sprawie samochodu.

  Szlag, racja. Będę musiała zapłacić za naprawę mojego głupiego samochodu. – Tak. Yyy, zapomniałam zapytać. Przyjmujecie karty kredytowe?

  Zmarszczył brwi, ale potem skinął głową. – Ta, mała, przyjmujemy karty kredytowe.

  Rozluźniłam się. – Okej, to dobrze. Dziękuję. Cóż, miło było cię poznać, Austin. Jeszcze raz dziękuję za wszystko.

  W odpowiedzi uniósł tylko podbródek, po czym odwrócił się i nonszalanckim krokiem zszedł po schodach. Wiem na pewno, że szedł nonszalanckim krokiem, ponieważ wychyliłam się za drzwi i patrzyłam, jak odchodzi. Jego długie, muskularne nogi i idealny tyłek sprawiły, że westchnęłam. Zdałam sobie sprawę, że pewnie mnie usłyszał, więc wślizgnęłam się z powrotem do środka, zamknęłam drzwi na klucz i oparłam się o nie, żeby złapać oddech.

  Booker

  Miałem przejebane. Królewsko przejebane. W sekundzie, w której zobaczyłem tę ładną, małą blondynkę próbującą wymusić na swoim samochodzie jazdę po ulicy, wiedziałem, że jej pomogę. Nie bardzo mogłem się powstrzymać. Była wspaniała. Drobna, zaokrąglona, duże cycki, fajny tyłek, a do tego pachniała niesamowicie, ale to te okulary zepchnęły mnie w przepaść. Potrafiłem wyobrazić ją sobie w pończochach do połowy uda, perłach i tych okularach, gdy siadała na mnie okrakiem i ujeżdżała.

  Kiedy wyciągnąłem ją z samochodu i zaczęła gadać, a jej oczywiste poczucie humoru dało o sobie znać pomimo przerażenia, z fascynacją obserwowałem, jak każda odczuwana przez nią emocja maluje się na jej twarzy w czasie rzeczywistym. Nie przypominałem sobie, bym kiedykolwiek spotkał kobietę piękniejszą... i tak, kurwa, niewinną. Przedszkolanka i córka komendanta policji. Kurwa.

  Wybrałem numer Macka i odpaliłem pick-upa.

  – Siemasz.

  – Odstawiłeś samochód do Hatcha? – zapytałem.

  Hatch Wallace był naszym sierżantem do spraw broni i miał własny warsztat w pobliżu. Zabieraliśmy do niego wszystkie nasze trudniejsze zlecenia, bo był geniuszem, jeśli chodzi o silniki.

  – Ta – odparł Mack. – Jest rozjebany. Może być konieczna odbudowa silnika.

  – Kurwa. – Skierowałem się na autostradę. – Będę za dwadzieścia minut.

  Rozłączyłem się i gapiłem na drogę przede mną, próbując wymyślić, jak do cholery z tego wybrnę i czy w ogóle tego chcę.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki