Kiedy opuszczałam kancelarię prawną, moje emocje były wirującą mieszanką triumfu i niepokoju.
Właśnie pozwałam mojego szefa, pana Vargasa, a konsekwencje tego śmiałego kroku jeszcze do mnie w pełni nie dotarły.
Mój telefon zadzwonił, a ja niezdarnie próbowałam go odebrać. Znajomy głos po drugiej stronie przyprawił mnie o dreszcz na plecach. To był Declan.
„Sienno” – powiedział, a jego głos przepeł






