Sienna
Jak mam się skupić, kiedy przed chwilą spojrzał na mnie tak, jakbym zasługiwała na litość? Nie mam zamiaru przyjmować jego litości. Ani teraz. Ani nigdy.
– Wiem, że nigdy nie będę w stanie zadośćuczynić za to, co zrobiłem – mówi po kilku minutach ciszy, obracając w palcach drogie wieczne pióro. – Ale mam nadzieję, że chociaż to w jakiś sposób pomoże.
– Z czym ma niby pomóc? – mruczę cicho, leniwie przewracając kolejną stronę kontraktu.
Cicho odkłada pióro na powierzchnię blatu.
– To – odpowiada. – Zostanie twoim klientem. Słyszałem, że miałaś problemy, i chciałem spróbować jakoś ci pomóc.
I znów się nade mną lituje.
– Dobrze sobie radziłam – burczę. – Nie potrzebowałam, żebyś ratował mnie jak jakąś damę w opałach. To nie jest bajka, a ty nie jesteś rycerzem w lśniącej zbroi.
– Wiem, że nie chcesz mojej pomocy, Sienna – chichocze. – Ale pomyślałem, że przy tej pracy i kelnerowaniu, przyda ci się pomocna dłoń.
Śmieję się z goryczą. – Wiem, że ty tego nie potrafisz zrozumieć – rzucam. – Prawie w ogóle nie musisz zapracować na cokolwiek. Hokej... kobiety... to wszystko samo wpada ci prosto w ręce, prawda, Declan?
– Czy ty w ogóle widziałaś przeprosiny, na które się zdobyłem...
– Nie bądź śmieszny – warczę. – Oczywiście, że tak.
– Okej. I?
Jęczę, ze zmęczeniem pocierając oczy. – Nie musiałeś tego robić. Robisz z tego wielką aferę, a wcale tak nie było. Cały twój fanklub robi raban o nic.
Prycha, lekceważąco machając ręką, a na jego twarzy wykwita swobodny uśmiech.
– Powinnaś wiedzieć, że nie obchodzi mnie, co one myślą, Sienna – mówi rozbawiony. – Mam dość fanek, by zaludnić cały północny kontynent. Chcę tylko wiedzieć, czy zamierzasz przyjąć moje przeprosiny.
Prawie zobaczyłam tył własnej głowy, tak mocno przewróciłam oczami. – Jesteś śmieszny.
– Och, przecież wiesz, że mnie uwielbiasz – chichocze, puszczając do mnie zalotnie oko. – Przyznaj, Sienna. Podobało ci się, kiedy błagałem cię w telewizji na kolanach.
Szlag by go trafił. Musiał wiedzieć, jak działa na mnie to głupie puszczanie oka. Nie pozwolę, by zobaczył we mnie brak profesjonalizmu.
– Moje stanowisko pozostaje bez zmian – mówię w końcu, przerywając ciszę między nami. – Co się stało, to się nie odstanie, Declan. Oboje dostaliśmy to, czego chcieliśmy. Koniec historii.
– No weź – zaśmiał się. – Chcę ci to po prostu wynagrodzić. Dałem dupy, przyjmując ten zakład. Nie jestem już tym samym niedojrzałym dzieciakiem z liceum. Zmieniłem się.
– Gratulacje. Czego chcesz? Medalu? – pytam ze zmęczeniem. – Chcesz, żebym została twoją dziewczyną? Bo to na pewno nie skończy się katastrofą. Zostanę prawniczką. Nie potrzebuję, żeby jakieś brukowce wypisywały o mnie obrzydliwe rzeczy tylko dlatego, że to dobry materiał na historię. Myślę, że ty też tego nie potrzebujesz.
Kiwa głową. – Wiem.
– Po prostu przez to przebrnijmy i zobaczymy, co z tego wyniknie – wzdycham, ponownie zagłębiając się w dokumentach.
– Dlaczego wyjechałaś z miasta? – pyta.
Zamykam znużona oczy, biorąc głęboki wdech, by powstrzymać się przed zrobieniem czegoś nieprofesjonalnego. Na przykład przed zdzieleniem go tą ogromną teczką w jego śliczną głowę.
Śmieję się. – Poza pójściem do szkoły prawniczej i rozkręceniem kariery?
– Mogłaś przynajmniej zrugać mnie, zanim wyjechałaś, ale tego nie zrobiłaś – mówi, marszcząc z ciekawością brwi.
– Wybacz mi, że nie chciałam patrzeć na chłopaka, który wykorzystał mnie do seksu – prycham.
– Myślałem, że ty też mnie wykorzystałaś – droczy się ze mną. – A może to kolejne gówniane kłamstwo od mojej pani mecenas?
Prawie wybucham śmiechem. Musiałam przygryźć wewnętrzną stronę policzka, by się nie roześmiać. Nie mogłam pozwolić, żeby znowu zobaczył, jak ulegam jego urokowi. To byłby mój koniec, wiem o tym.
Zawsze zaczyna się od śmiechu. Rozbraja mnie bezczelnym żartem, który jest zbyt uroczy i czarujący, by nie wywołać żadnej reakcji. Potem przysuwa się bliżej. Wdziera się powoli w moją przestrzeń osobistą, czasem muskając palcami moje ramię. A na koniec patrzy na mnie, posyłając diabelski uśmiech, by mnie wykończyć.
A wtedy pękam. Poddaję się w ułamku sekundy. Wiem, że tak by było. Minęło zbyt wiele czasu, odkąd czułam, że ktoś mnie pragnie. Oddałabym mu się, nawet gdybym wciąż była zła i miała złamane serce przez to, co zrobił.
Przygnębiająca była myśl o tym, jak bardzo zdesperowana byłam, by dostać coś, co nigdy nie nadejdzie.
Prostuję ramiona, odganiając tę mrzonkę, zanim sprawi, że zrobię coś całkowicie lekkomyślnego i głupiego.
– Nie odpowiem na to – mówię, odzyskując nad sobą kontrolę.
– Kurczę – chichocze. – Warto było spróbować.
– Panie Vance – ostrzegam. – Proszę pozwolić mi pracować.
– Niech pani przyzna, panno Mercer – uśmiecha się kpiąco. – Prawie panią na to nabrałem.
– Och, odwal się – besztam go. – Powiedz mi dokładnie, co próbujemy tu osiągnąć.
Declan wzdycha ciężko, pocierając brodę. – Muszę się wyplątać z tego kontraktu – odpowiada w końcu.
– Ale wynegocjujesz nową umowę? – pytam.
– O ile zarząd postąpi właściwie – wzdycha z ociąganiem.
– A co się dzieje z zarządem?
Declan parska śmiechem. – A co się nie dzieje z zarządem?
– Panie Vance – mówię wprost. – Nie możesz owijać w bawełnę. Muszę wiedzieć wszystko, co zaszło między tobą a klubem.
Wzdycha. – Nawet nie jestem pewien, czy mogę. Kazali mi podpisać umowę o poufności.
Zamykam oczy. – Z tobą z pewnością nigdy nie jest łatwo – wzdycham. – Muszę zobaczyć to NDA. Masz je przy sobie?
Kiwa głową. – Jest w teczce. Na samym końcu.
– Przynajmniej wiesz, że chroni cię tajemnica adwokacka – mówię po prostu. – Zgodnie z prawem nie wolno mi dzielić się z nikim niczym, co powiesz, poza tym pokojem.
Jego ramiona nieco opadają, gdy w jego oczach pojawia się ulga. – To dobrze – mówi, z trudem przełykając ślinę.
Kiwam głową.
– Więc powiedz mi, o co chodzi – ponaglam.






