– To nie przejdzie – mówię władczym tonem do stojącego przede mną mężczyzny.
– To najlepsze, co możemy pani zaoferować, panno Smith – odpowiada natychmiast. Niemal arogancko.
Siedzę w tej sali konferencyjnej od około dwóch godzin. Do niczego nie dochodziliśmy. Zaczynałam tracić cierpliwość.
Wpatruję się w Williama, wiceprezesa Majestic Ltd. To firma tekstylna, z którą Claire chciała, żebyśmy nawiązali współpracę.
„Próbuje nas oskubać” – mruczy Blue, poirytowana.
To samo już wcześniej wykoncypowałam. Było coś w sposobie, w jaki na mnie patrzył. Jakby widział we mnie kogoś gorszego od siebie.
Kogoś niegodnego prowadzenia odnoszącej sukcesy firmy. Jakbym była głupia, a on nie widział problemu w zawyżaniu cen.
Zgaduję, że był typem mężczyzny wychowanego w przekonaniu, że kobiety powinny całować ziemię, po której stąpają.
Że kobiety nie mogą przewodzić. Że kobiety nie mogą odnieść sukcesu o własnych siłach. Że jedynym celem kobiety jest wykonywanie poleceń mężczyzn i wychowywanie dzieci. Że mają być widziane, a nie słyszane.
Nienawidziłam tego typu stereotypów. Nienawidziłam mężczyzn, którzy patrzyli na kobiety z góry. Nie mam pojęcia, dlaczego do cholery Claire go wybrała, ale miałam już dość jego bzdur.
Wstaję z krzesła. – W takim razie kończymy.
Nie zamierzałam tracić więcej czasu. Mogłam znaleźć inną, lepszą firmę. Poza tym nie widziałam problemu w firmie tekstylnej, z którą obecnie współpracowaliśmy.
– Proszę poczekać, panno Smith. Jestem pewien, że możemy wynegocjować lepszą ofertę – mówi z oślizgłym uśmiechem.
Naprawdę myślał, że jestem głupia. Przejrzałam ten jego cholerny uśmiech. To, co się za nim kryło. Ani trochę mi się to nie podobało.
– Zmarnował pan już wystarczająco dużo mojego czasu.
Wychodząc, nie zaszczycam go ponownym spojrzeniem. Słyszę, jak woła moje imię, ale go ignoruję.
Wsiadam do windy. Po kilku minutach wychodzę. Opuszczam budynek i kieruję się w stronę samochodu.
Docieram do niego i właśnie mam go otworzyć. Nie dostaję jednak szansy. Chusteczka zakrywa mój nos i po kilku chwilach tracę przytomność.
Budzę się przy dźwięku silnika samochodowego. Jestem nieco zdezorientowana, ale dociera do mnie, co się właśnie stało. Zostałam, kurwa, porwana.
– Obudziłaś się – mówi głęboki głos.
Zastyga, bo znam ten głos. Moje podejrzenia potwierdzają się, gdy podnoszę wzrok i napotykam wpatrzone we mnie zielone oczy.
Nie ma w nich ani śladu emocji. Tylko puste, beznamiętne spojrzenie. Spojrzenie, którego nienawidzę, bo nie potrafię odczytać, o czym on myśli.
– Nie lubię, gdy robi się ze mnie głupca, Ruda. Kiedy mówię ci, żebyś spotkała się ze mną w Rosevelt, oczekuję, że tam będziesz.
W jego tonie brzmi nuta czegoś niebezpiecznego. Czegoś, czego powinnam się bać. Jednak z jakiegoś powodu się nie bałam.
– Właśnie o to chodzi, kazałeś mi, zamiast zapytać – odpowiadam hardo. – Nie jestem dobra w wykonywaniu poleceń.
Jak zapewne zgadliście, nie poszłam na spotkanie z Sebastianem. To było około dwóch dni temu. Uznałam, że byłoby z tego więcej kłopotów, niż to wszystko warte. Pakowanie się w układy z taką potęgą jak Sebastian nie wróży mi niczego dobrego.
Byłam sceptyczna i słusznie. Raz już związałam się z alfą. Zobaczcie, jak katastrofalnie się to dla mnie skończyło. Nie miałam pojęcia, jaka będzie jego propozycja, ale byłam pewna, że nie chcę o niej wiedzieć.
– A ja nie jestem dobry w puszczaniu płazem takiego nieposłuszeństwa, powinnaś to o mnie wiedzieć. Jeśli mnie naciśniesz, ja nacisnę w odpowiedzi i uwierz mi, gdy mówię, że nie spodoba ci się mój odwet. – Jego oczy są zimne, a głos jedwabiście gładki.
Jest spokojny, ale wiem, że to cholerna fasada. Pod tym garniturem kryje się bestia. Blue z jakiegoś dziwnego powodu ożywia się. Ignoruję ją jednak. Ona jest nim oczarowana, ale ja wiem, że to niebezpieczny człowiek.
– Dokąd mnie zabierasz? Zdajesz sobie sprawę, że to jest uznawane za porwanie, prawda? – pytam, zmieniając temat.
Stąpałam po nieznanych, niebezpiecznych wodach. Jeden fałszywy ruch i prawdopodobnie wpakuję się w sytuację, z której nie będę mogła się wygrzebać.
– Jestem Sebastian Ashford, posiadam to całe przeklęte miasto i mogę robić, co mi się, kurwa, podoba, Ruda.
Szlag! Miał rację. Darren jest potężny, ale Sebastian był królem tego miasta. Nic dziwnego, że Miranda na niego polowała. Była dziwką lecącą na kasę. Darren jej nie wystarczał. Chciała kogoś potężniejszego. Bardziej znaczącego. Z większymi pieniędzmi.
Niestety dla mnie, ja nie wystarczyłam Darrenowi. W momencie, gdy ta suka wróciła, uznał, że po prostu już się nie nadaję.
Gorzke uczucie zaczyna wzbierać w mojej piersi. Spycham je w dół, nie pozwalając mu przejąć kontroli. Nie w obecności Sebastiana. Ostatnią rzeczą, jakiej chciałam, było to, by zobaczył mrok, który ukrywałam w środku.
Patrzę przez okno, decydując się mu nie odpowiadać. I tak nie było sensu z nim walczyć. Nie było mowy, bym mogła uciec.
Wkrótce przekraczamy bramę luksusowej posiadłości. Kierowca parkuje samochód przed wielką, trzypiętrową rezydencją. Była piękna i imponująca.
Wysiadamy z auta. Sebastian delikatnie chwyta mnie za przedramię i prowadzi do środka domu. Idziemy tak żwawo, że nie mam czasu podziwiać wnętrz. Wchodzimy do gabinetu, a on sadza mnie na wygodnym krześle, po czym przechodzi za biurko i zajmuje swoje miejsce.
– Co ja tu robię, panie Ashford? – pytam złośliwie.
– Przestań, kurwa, pyskować, Ruda – niemal warczy.
– Jeśli nie dostałeś wiadomości, mam na imię Lauren, a nie Ruda.
Dlaczego go prowokuję?
Coś przemyka w jego oczach. Znika, zanim zdążę to odczytać. Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, dlaczego do cholery tak mu dogryzam. Jedyne wyjaśnienie, jakie przychodzi mi do głowy, to że czerpię z tego jakąś dziwną satysfakcję.
– Będę cię nazywał, jak mi się, kurwa, podoba. A teraz zamknij się, zanim stracę cierpliwość – odpowiada z twardym wyrazem twarzy.
Co on ma, do cholery, za problem? Był kompletnym dupkiem i był absolutnie nieuprzejmy. Nienawidziłam braku szacunku, a w moim odczuciu dokładnie to właśnie robił.
Wstaję. – Wychodzę. Jesteś skończonym palantem, a ja nie muszę tu siedzieć i pozwalać ci na brak szacunku i zastraszanie.
To był ten cholerny problem z mężczyznami takimi jak Sebastian. Myśleli, że świat kręci się wokół nich. Że wszyscy powinni bić przed nimi pokłony. Wielbić ich, jakby byli jakimiś pieprzonymi bogami. Tak jak mówiłam, miałam już dość dupków takich jak on.
Już mam wyjść, kiedy jego słowa zatrzymują mnie w miejscu.
– Wiem, że dziczejesz – mówi cicho, co kompletnie mnie szokuje.
Powoli odwracam się i patrzę na niego. Naprawdę na niego patrzę. Wpatruje się we mnie z czymś, co może być współczuciem. Nie mam jednak pewności. Wątpię, by Sebastian był zdolny do takich uczuć.
– Skąd o tym wiesz?
– Siadaj na tyłku, a wszystko ci wyjaśnię – komenderuje.
Nie trzeba mnie długo namawiać. Bez słowa siadam. Wygląda na to, że ma odpowiedzi, których ja desperacko pragnę. Nawet jeśli oznacza to schowanie dumy do kieszeni i słuchanie jego rozkazów.
– No więc? – pytam go po minucie ciszy.
Jak już mówiłam, byłam cholernie zdesperowana.
– Znam objawy. Sam przez to przechodziłem, więc łatwo je rozpoznaję – zaczyna. – I tu pojawia się moja propozycja. Zapobiegnie ona twojemu zdziczeniu i da nam szansę na wyrównanie rachunków z tą dwójką skurwysynów – kończy, a w jego głosie słychać narastający gniew.
Szczerze mówiąc, jestem w szoku. Że tak potężny i budzący postrach człowiek jak on był kiedyś w mojej sytuacji. Chcę zapytać o historię, która za tym stoi, ale to będzie musiało poczekać. To, co proponował, miało w moich myślach większy priorytet.
Boję się dowiedzieć, jaka jest jego propozycja, ale i tak pytam: – Co proponujesz?
W tym momencie spróbowałabym wszystkiego. Tylko po to, by powstrzymać siebie i Blue przed zdziczeniem. Może dzięki tej propozycji uda mi się odbudować relację z Krystal.
Jego oczy wbijają się głęboko w moje, gdy odpowiada:
– Kontraktowe partnerstwo.
Jasna cholera, tego się nie spodziewałam.






