languageJęzyk

Rozdział 2 Amalie

Autor: Aeliana Moreau 4 kwi 2026

– Z drogi! – rozkazuje mi Melissa, przemykając obok z impetem. Wyszła tylnymi drzwiami, żeby wsiąść do swojego samochodu.

Składałam ręczniki i resztę prania przy kuchennym stole. Specjalnie na mnie wpadła, żeby pranie spadło. Ugryzłam się w język, żeby nic nie powiedzieć, rzucając się do łapania sterty ręczników, które ledwie kilka chwil wcześniej skończyłam składać.

*Zarozumiała suka*, prycha Beren w naszej głowie. *Powiedz coś!*

*Co mam powiedzieć?* żądam odpowiedzi, podnosząc stos ręczników. *Jeśli to zrobię, wyżyją się na Różyczce. A poza tym, po co, już jej nie ma.*

*Jak oni śmią!* wyje Beren, wściekła na samą myśl o tym, że ktoś mógłby skrzywdzić nasze szczenię.

*Właśnie, wiedzą, że nie mogą tak naprawdę zranić nas. Blokujemy w sobie ból i znęcanie, ale Rose...* milknę w gniewie, kierując się do bieliźniarki. Odkładam ręczniki do szafki i staram się nie trzasnąć drzwiczkami.

– Ciociu – woła Rose z miejsca, gdzie siedziała przy stole. Obserwuję, jak błądzi wzrokiem dookoła, szukając zagrożenia. Rose nazywa mnie Ciocią tylko przy innych. Kiedy byłyśmy same, nadal mówiła do mnie mamo lub mamusiu. Bawi się kolorowanką, którą jeden z członków watahy dał jej na ostatnim spotkaniu watahy. Pokolorowała już wszystkie obrazki i teraz rysuje po marginesach.

– Tak, kochanie? – pytam, wracając do kuchni.

– Ja pomóc? – pyta.

– Jasne, kochanie – uśmiecham się, podnosząc ją z krzesła. Sadzam ją na blacie. Podaję jej pognieciony ręcznik do rąk, a ona próbuje go złożyć.

Rose uśmiecha się, a jej uśmiech jest taki szeroki, gdy oddaje mi ręcznik. – Ja pomóc, ja pomóc.

– Tak, Różyczko, pomożesz – uśmiecham się, gdy na mnie spogląda. – A co powiesz na bułeczki i gulasz wołowy? – pytam, przestawiając ją na inny blat.

– Gulasz? – pyta Rose, próbując wypowiedzieć nowe słowo.

– Gulasz – uśmiecham się i łaskoczę ją. – Umyjmy te rączki. – Pomagam Rose umyć ręce, podczas gdy ona nadal podśpiewuje o tym, że pomaga.

– Żadnego gulaszu wołowego! – wrzeszczy Marie, wkraczając do kuchni. – Zdejmij ją z blatu.

Muszę na siłę stłumić warknięcie Beren, kiedy Marie, moja matka, znieważyła nasze szczenię.

Rose kuli się we mnie na te głośne dźwięki. Ponad rok temu nauczyła się nie płakać w obecności swojej rodziny, jeśli nie było tam tylko mnie. Moja Różyczka była mądrą dziewczynką i wiedziała, że nikt poza mną jej nie kocha i się o nią nie troszczy.

– Chcę kurczaka Alfredo – rozkazuje.

Staram się nie wzdychać, naprawdę, ale jedno westchnienie mi się wymyka, gdy oświadczam: – Nie mamy kurczaka, śmietany ani potrzebnych serów.

– Nie pyskuj mi – rozkazuje Marie, uderzając mnie w twarz otwartą dłonią.

Rose chowa się za moimi plecami, więc nie widzi, jak dostaję cios. Ale słyszała uderzenie. – Ja lubię wołowinę – szepcze.

Moja matka wzdycha i wychodzi wściekła.

Odwracam się i przytulam moje szczenię. Szepczę: – Idź malować.

Ze łzami w oczach kiwa głową. Już nie chce pomagać.

Zabieram się za przygotowanie kolacji.

*Powinnyśmy ich zabić*, warczy Beren, gdy patrzymy, jak Rose siedzi ze łzami w oczach.

*Nie możemy*, odwarkuję. Nie możemy. Nie że byśmy nie zdołały, ale nie możemy. Jeśli zabijemy naszych rodziców, według prawa watahy również zostaniemy zabite. Wtedy, gdyby coś stało się mnie, moim rodzicom i mojej siostrze, Rose trafiłaby do mojego wuja. Tego samego wuja, który przed laty próbował mnie zgwałcić. Nie mam pojęcia, gdzie teraz mieszka, bo nie widziałam go od lat. Więc nie, nie mogę zabić moich rodziców i siostry. Zniosę ten ból i cierpienie, żeby zapewnić Rose bezpieczeństwo. Zawsze przyjmę na siebie ból, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. *Muszę ugotować kolację*, warczę, po czym odcinam nasze połączenie myślowe.

Biorę się do pracy i przygotowuję gulasz wołowy, tak jak planowałam. Nie obchodzi mnie to, na co moja matka miała ochotę. I tak nie mam składników potrzebnych na kurczaka Alfredo. Warcząc pod nosem przez cały ten czas, przygotowuję posiłek. Gdy gulasz gotuje się na wolnym ogniu, wyciągam to, czego potrzebuję do zrobienia bułeczek. Moje warczenie staje się głośniejsze, kiedy odkrywam, że skończyła nam się mąka. Nie zorientowałam się, że zużyłam jej resztkę do zasmażki do gulaszu.

– Mamo? – szepcze Rose, zsuwając się z krzesła i podchodząc do mnie.

– Wszystko w porządku, kochanie – odpowiadam, oplatając ją ramionami.

Jedyną rzeczą, jakiej moja matka nienawidzi bardziej ode mnie, byłam ja w sytuacji, kiedy mówiłam, że coś zrobię, a potem tego nie robiłam. To nie moja wina, że ojciec pijał na umór alkohol zaprawiony tojadem, matka uprawiała hazard, a siostra wydawała resztę pieniędzy na zakupy, by zaimponować innym. Trzy nałogi, a ja zostawałam z resztkami, z którymi musiałam sobie radzić. To nie tak, że mogłam iść do pracy i zarabiać pieniądze. Miałam pozostać w domu i nie rzucać się w oczy.

– Wszystko dobrze – stwierdzam, wtulając twarz w jej blond loki. – Skończyłaś malować? – pytam, próbując odwrócić naszą uwagę.

Już ma odpowiedzieć, kiedy do kuchni wpada mój ojciec. Cuchnie tanią whiskey. – Gulasz – drwi ze mnie, skulonej na podłodze z moim szczenięciem.

– Tylko to mieliśmy – mamroczę, spuszczając wzrok. Mój ojciec nienawidzi, kiedy rzucam mu wyzwanie.

– Bezużyteczna – warczy na mnie. Thomas już miał mnie uderzyć, kiedy do kuchni wbiegła z powrotem Melissa.

Zaskakuje mnie, że wróciła tak szybko, skoro wyszła zaledwie godzinę temu. Zazwyczaj znikała na wiele godzin. W tej chwili nie zamierzam narzekać. Powstrzymała ojca przed uderzeniem mnie. Czy to było nieumyślne? Tak. Czy i tak byłam za to wdzięczna? Również tak.

– Tatusiu! Potrzebuję nowej sukienki. Bliźniacy kończą dwadzieścia trzy lata w przyszłym tygodniu! – piszczy z ekscytacji Melissa.

– Co? – pyta zdezorientowanym tonem. Zaprawiona whiskey, którą pił, nie pozwalała mu zbyt szybko łączyć faktów.

Melissa zaczyna paplać o swoich przyjaciółkach i o tym, jak kilka z nich stwierdziło, że bliźniacy wybiorą sobie partnerkę na Lunę.

Nie zwracam na nią zbytniej uwagi, starając się przesunąć siebie i Rose w stronę drzwi do piwnicy.

– Dobrze, pojedziemy kupić ci tę cholerną sukienkę. Ale tylko dlatego, że musimy wyjść coś zjeść – oświadcza Thomas, piorunując mnie wzrokiem. – Marie! Wychodzimy coś zjeść.

– Chwała Bogini. Mam ochotę na kurczaka Alfredo – marudzi jak nastolatka. Czasami zastanawiam się, dlaczego moja matka zachowuje się, jakby była młodsza od dwójki swoich dzieci.

– Kiedy wrócimy, to miejsce ma lśnić – wrzeszczy Thomas. Uderza w rączkę rondla, sprawiając, że ten zsuwa się na tył kuchenki, rozchlapując gulasz na wszystkie strony.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki