languageJęzyk

Rozdział 3 Amalie

Autor: Aeliana Moreau 4 kwi 2026

Wzdycham, patrząc, jak we troje opuszczają dom. – Szlag by to – przeklinam, podnosząc się i wyłączając kuchenkę. Świetnie, teraz mam przypalony gulasz wołowy na kuchence i w dodatku złamałam własną zasadę powstrzymywania się od przekleństw przy Rose. Czyszczenie tego będzie później prawdziwą udręką.

– Mamusiu? – szepcze Rose, wiedząc, że jest już bezpiecznie.

– Wszystko w porządku – próbuję ją pocieszyć.

– Kto bliźniacy? – pyta Rose.

Wiedziałam, że moja bystra dziewczynka zauważyła, jak zesztywniałam na samą wzmiankę o nich.

– To nasi przyszli Alfowie Watahy Księżycowego Kamienia, naszej watahy. Ich ojciec, nasz obecny Alfa, chciał, aby znaleźli swoją przeznaczoną partnerkę przed przejęciem władzy – tłumaczę, wiedząc, że i tak nie zrozumie z tego zbyt wiele.

– Przywódcy? – pyta, wstając. Rose wyciąga w górę rączki, dając mi znak, że chce, bym ją podniosła.

Uśmiecham się i spełniam jej prośbę. – Tak, bliźniacy to dobrzy mężczyźni – szepczę. Mogłam przynajmniej mieć nadzieję, że wciąż byli dobrymi mężczyznami. Przyjaźniłam się z nimi oboma w podstawówce, aż do czasu, gdy zostałam zmuszona do życia w zamknięciu. Czuję się zdecydowanie zbyt mocno jak Roszpunka. Moje myśli uciekają w stronę bliźniaków i dnia, w którym spotkałam ich po raz pierwszy.

Wspomnienie

– Hej! – krzyczy na mnie pewien chłopiec, gdy idę w stronę szkoły.

To był pierwszy dzień pierwszej klasy. Błagałam mamę, żeby zaplotła mi warkocze. Mocno narzekała, ale skończyła pleść warkocz, zanim wyprawiła mnie za drzwi. W drodze do szkoły wplotłam we włosy wstążkę. Wstążka była prezentem od babci Rose. Dała mi niebieską wstążkę, mówiąc, jak bardzo pasuje do moich oczu.

A więc oto byłam, idąc w stronę szkoły naszej watahy. Moja matka rozpływała się w zachwytach nad tym, jak to moja młodsza siostra zaczyna przedszkole. Wsadziła siostrę do fotelika samochodowego i zawiozła ją do przedszkola na drugim końcu terytorium watahy. Mój mały mózg zawsze zastanawiał się, dlaczego były one po przeciwnych stronach. Ale byłam tylko dzieckiem i mogłam się jedynie zastanawiać.

Przeszłam kilka przecznic, zanim moje rozmyślania zostały przerwane.

– Hej! – krzyczy na mnie ponownie Markus.

Ignoruję go. Tatuś i mamusia powtarzali, że nie wolno mi z nikim rozmawiać. Nie chciałam denerwować rodziców.

– Daj spokój – mówi inny chłopiec. Wygląda identycznie jak ten pierwszy. Musieli być bliźniakami. Ten drugi rzuca pierwszemu znaczące spojrzenie.

– Nie, chcę mieć nową przyjaciółkę! – stwierdza pierwszy, stając jak wkopany i wpatrując się we mnie.

Zatrzymuję się, przysłuchując się ich rozmowie.

– Nie możemy się spóźnić – karci brata drugi chłopiec. Jego włosy są czarne i proste. Ma zielone oczy, które wyglądają jak klejnot w pierścionku mojej matki.

– Nie spóźnimy się, jeśli pójdzie z nami! – stwierdza z dumą pierwszy. On także ma czarne włosy, ale jego lekko się kręcą. Jego oczy również przypominają klejnoty, lecz mają w sobie złote plamki.

– Nie powinnam z nikim rozmawiać – mamroczę.

– Ale my jesteśmy twoimi przyjaciółmi i przyszłymi Alfami! – wykrzykuje chłopiec, jakbym właśnie wyznała zbrodnię.

– Przedstaw się – strofuje go brat.

– Racja! Jestem Markus, albo Mark, a to mój starszy brat Calyx – oświadcza radośnie.

Kiwam głową w lekkim ukłonie. Mamusia mówiła mi, że powinnam okazywać szacunek przywódcom watahy.

– Więc? – pyta Markus, oczekując na coś.

– Więc co? – odpytuję, zdezorientowana tym, czego on właściwie chce się dowiedzieć.

– Jak masz na imię? – pyta z naciskiem Calyx.

– Amalie – szepczę, nie będąc pewną, czy powinnam w ogóle rozmawiać z bliźniakami.

– Amy Lee? – upewnia się zdezorientowany Markus.

– Amalie – mówię głośniej i bardziej stanowczo.

– Ama, podoba mi się! – wykrzykuje Markus, chwytając mnie za ramię. – Ty, ja i Cal będziemy najlepszymi przyjaciółmi na zawsze!

– Spóźnimy się – mruczy ponownie Calyx, ruszając w stronę szkoły.

– Zbierajcie się, wy dwaj – krzyczy jakiś inny chłopiec z domu położonego przecznicę dalej.

– Już idziemy i mamy nową przyjaciółkę! – odkrzykuje Markus, ciągnąc mnie za rękę w stronę tego chłopca.

– Cześć, jestem James! – przedstawia się nowy chłopak. – Chodźcie, mamy do szkoły jeszcze całą przecznicę. Nie wierzę, że przekonaliście rodziców, by pozwolili wam iść do szkoły na piechotę.

Wyłączyłam się, przestając słuchać rozmowy trzech chłopców. Gapię się na moją dłoń, którą Mark wciąż trzyma, bym nie została z tyłu. Mrugam szeroko otwartymi oczami, gdy czuję, że Calyx chwyta moją drugą dłoń. Nie spojrzał na mnie, ale szedł przed siebie.

Koniec wspomnienia

Brakuje mi ich. Bardzo mi ich obu brakuje. Od lat marzyłam o tym, by zdołali mnie odnaleźć. Modlę się do Bogini, aby w chwili, gdy przejmą watahę, nadal wyczuwali naszą więź i przyszli mnie znaleźć. To znaczy, jeśli wciąż ich to obchodzi. Zniknęłam już na siedem lat.

Od siedmiu lat żyję w odosobnieniu. W dniu urodzin bliźniaków minie dokładnie siedem lat. Staram się o tym zbyt wiele nie myśleć. Jeśli zacznę, wpadnę w obłęd. Dlaczego moi rodzice mieliby zabrać mnie ze szkoły na kilka miesięcy przed otrzymaniem wilka. Większość zyskiwała swoje wilki w dniu szesnastych urodzin, ale z jakiegoś powodu Beren objawiła mi się kilka miesięcy wcześniej. Minęłyby nieco ponad dwa lata, zanim byłabym w stanie odnaleźć mojego przeznaczonego. Nie, w tę stronę moich myśli nie chciałam podążać.

*Pomogą*, zgadza się Beren z całego serca.

*Tak, za tydzień, po tym jak wybiorą sobie partnerkę*, stwierdzam, a moje serce boli na samą myśl o tym, że przyjmą inną. Nie miałam prawa tak się czuć.

*Przedtem!* warczy.

*Spójrz prawdzie w oczy, zapomnieli o mnie w dniu, w którym moi rodzice powiedzieli, że uciekłam z watahy*, odwarkuję. To było bezcelowe. Beren uparcie twierdziła, że byli nasi. Kłóciłam się z nią, skąd to wie. Pojawiła się po tym, jak zostałam zamknięta, i od tamtej pory ani razu nie wyczuła ich zapachu. Beren upierała się, że oni wiedzą, że wciąż tu jesteśmy.

– Mamo, jestem głodna – szepnęła Rose prosto w moje własne blond loki.

– Dobrze, Różyczko – szepnęłam, sadzając ją przy stole. Nalałam pełną miskę dla nas obu i usiadłam do stołu.

Rose nie zwlekając ani chwili wgramoliła się na moje kolana. Nie miałyśmy krzesełka do karmienia, więc musiała siedzieć mi na kolanach. Powoli karmiłam ją kęsami gulaszu. Rose mruczała z zadowolenia. Uśmiechnęłam się łagodnie i złożyłam pocałunek na czubku jej głowy.

– Proszę, ocal ją – szepnęłam do Księżycowej Bogini.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki