– Nie! – warczę z frustracją na starszyznę watahy.
– Bądźcie rozsądni – odszczekuje Jonas, jeden ze starszych wiekiem członków starszyzny. Suszy nam głowy o wybranie partnerki od dnia, w którym skończyliśmy osiemnaście lat.
– Mamy być rozsądni! Chcecie, żebyśmy wzięli sobie wybraną partnerkę! Gdzie tu rozsądek? – żądam odpowiedzi, a z każdym kolejnym komentarzem moja frustracja rośnie.
– Markus – nakazuje Calyx, którego głos jest zaledwie szeptem, ale wciąż dominuje w pomieszczeniu. – Rozumiem wasz punkt widzenia, ale zgadzam się z bratem. Nie przyjmiemy partnerki z wyboru. Wiemy, że ona tu jest, i znajdziemy ją.
– Opowiadacie te bajki odkąd skończyliście osiemnaście lat – wzdycha ze znużeniem Allison. Jest jedną z dwóch kobiet w starszyźnie. Znalazła swojego przeznaczonego partnera wiele lat temu. Spodziewałbym się po niej większego wsparcia w kwestii odnalezienia naszej. – Rozumiem, że chcecie odnaleźć swoją przeznaczoną, ale poznaliście i rozmawialiście z każdą kobietą, jaką mamy.
– Kończy nam się czas – oświadcza mój ojciec, przyszpilając nas obu groźnym spojrzeniem. – Z każdym dniem zmagamy się z coraz większą liczbą ataków samotników. Wataha zacznie słabnąć, jeśli wkrótce nie przejmiecie władzy.
– Ojcze, wciąż jesteś dość silny, by przewodzić, podczas gdy my będziemy jej szukać – twierdzi Cal.
Żaden z nas nie lubi tego wyciągać, ale od lat obserwowaliśmy, jak siły ojca słabną. Nasza matka zginęła dwa lata temu podczas ataku samotników. To cud, że nasz ojciec nie postradał zmysłów, kiedy więź pękła. Alfowie z naszej linii czują głębiej niż zwykłe wilki. Mamy silniejszą więź z naszą przeznaczoną, ale przekłada się to również na zdolność odczuwania emocji członków watahy i posiadania z nimi silniejszej więzi.
– Ojcze, proszę – zaczynam błagać. – Jeszcze tylko trochę czasu?
– W przyszłym tygodniu kończycie dwadzieścia trzy lata. Ogłosicie, kto jest waszą Luną, albo zrzekniecie się roszczeń do tytułu Alfa – warczy na nas nasz ojciec.
– Alfo Mathew! – krzyczy kilkoro ze starszyzny, a w ich głosach wyraźnie słychać szok.
– Chłopcy potrzebują ultimatum – warczy ojciec, po czym wściekły opuszcza salę.
Reszta starszyzny idzie w jego ślady. Jonas i jeszcze jeden członek starszyzny ignorują nas podczas wychodzenia. Pozostała czwórka skinieniem głowy żegna się z nami.
– Cóż, to poszło gładko – śmieje się James, wchodząc spacerkiem do sali posiedzeń. James to nasz Beta. Jest świetnym przyjacielem, a jeszcze lepszym Betą.
– Mogło pójść lepiej – syczy Sam. To nasz Gamma. Sam wrodaje się w Calyxa – jest bardzo poważny i bardzo ponury.
– Co mnie ominęło? – pyta Nick, wbiegając do pokoju. Nick jest najmłodszy z grupy. Ma osiemnaście lat w porównaniu do naszych dwudziestu dwóch, dwudziestu trzech Jamesa i dwudziestu jeden Sama.
– Nic by cię nie ominęło, gdybyś czekał przed salą spotkań – stwierdza strofującym tonem Sam.
– Przepraszam, musiałem dokończyć sprawdzian. To nie moja wina, że nadal chodzę do liceum – mruczy w obronie Nick.
– W porządku, Nicky – wzdycham, siadając przy stole.
– Więc, jaki mamy plan? – pyta James, siadając obok mnie.
– Nie mam pojęcia – wzdycham z rezygnacją.
– Ona wciąż tu jest – oznajmia Cal, wpatrując się w okno.
– Stary, ja wiem! Ale szukaliśmy wszędzie! Sprawdzaliśmy nawet domy podczas zebrań watahy. Jeśli Amalie wciąż przebywa na naszym terytorium, trzymają ją naprawdę w dobrym ukryciu – mówię. Martwię się o nią. Obaj wiedzieliśmy, że jest naszą przeznaczoną, kiedy zaczynaliśmy liceum. Czekaliśmy, aż zyska swojego wilka, aby móc to ogłosić. Czuję, że wciąż znajduje się w granicach naszego terytorium, ale nie wiem, gdzie dokładnie. Bogini, to jest takie frustrujące. Chciałbym, abyśmy mieli wolną rękę, by użyć naszego głosu Alfy na watasze i kazać im ją odnaleźć.
*Powinniśmy byli uznać ją za naszą w chwili, gdy tylko się objawiliśmy*, warczy Aziz w mojej głowie. Aziz to mój czarny wilk, który góruje nad większością watahy. Z wyjątkiem Zviada, wilka Calyxa, i wilka naszego ojca, Samsona.
*Wiesz, że nie mogliśmy tego zrobić. Mama i tata mieli rację. Pozwolenie światu na to, by wiedział, że nasza linia zyskuje wilka w młodszym wieku, jest niebezpieczne*, wzdycham. Choć nie znosiłem tego przyznawać, staraliśmy się chronić Amalie.
*Nic mnie to nie obchodzi, nasza przeznaczona jest uwięziona, a mogliśmy ją ochronić*, odwarkuje.
Krzywię się słysząc, jak staje się głośny.
– Aziz? – pyta Cal, pocierając skronie, jakby łapała go migrena.
Kiwam głową. – Zgaduję, że Zviad też przyprawia cię o ból głowy? – pytam.
– Mówi, że ona tu jest – warczy, chwytając się parapetu.
– Myśleliście o tym, żeby przyjrzeć się jej rodzinie? – pyta Nick.
– Rany, dlaczego nie pomyśleliśmy o tym lata temu? – ironizuje James.
– Nie o to chodzi, idioto! – wrzeszczy Nick, stając z Jamesem twarzą w twarz. Jako najmłodszy, wciąż próbował coś udowodnić. – Chodzi mi o zapach jej rodziców lub siostry. Jeśli przebywają w jej pobliżu, powinni nosić na sobie ślady zapachu Amalie.
Cała nasza czwórka zastyga. Czy to naprawdę takie proste? Pójść się z nimi zobaczyć i sprawdzić, czy przesiąkli jej zapachem? Byliśmy u nich zaledwie kilka razy na przestrzeni lat. Ale zawsze ich uprzedzaliśmy o naszym przybyciu, ponieważ rodzice kazali nam okazywać im zwykłą uprzejmość. Pierwszy raz miał miejsce tuż po jej odejściu. Dom nadal nią pachniał, więc to nic nam nie dało. Drugim razem była to rocznica jej zniknięcia. Melissa wypsikała się taką ilością perfum, że ich zapach unosił się wokół nas przez kolejne dwa dni. Za trzecim i czwartym razem w domu był tylko jej ojciec. Był pijany i cały dom cuchnął alkoholem. Od tamtej pory to Sam, Nick i James zakradali się tam i węszyli podczas zebrań watahy i innych spotkań.
– To jest w sumie świetny pomysł – stwierdza Sam, rozglądając się po nas.
– Nie zaszkodzi spróbować – mówię. Jej matka, Marie, nie używa perfum. Gdybyśmy zdołali zbliżyć się do niej na tyle, by ją wyczuć, prawdopodobnie odkrylibyśmy, czy nosi na sobie zapach Amy.
– Jutro, kiedy Nick skończy zajęcia w szkole, pójdziemy z nimi porozmawiać. We pięciu będziemy mogli zyskać absolutną pewność – oświadcza stanowczo Cal.
– Jutro ją odnajdziemy – przytakuję.






