– Jeśli zniszczysz moją nowiutką sukienkę, podczas gdy będę w szkole, zatłukę cię na śmierć – syczy Melissa, popychając mnie na ścianę. Jej dłoń zaczyna zaciskać się na mojej szyi. To słaby chwyt, który nie robi na mnie żadnego wrażenia.
– Nawet nie tknę twojego pokoju, dopóki będziesz na uczelni – stwierdzam z oczami utkwionymi w podłogę, żeby nie rzucać jej wyzwania. Mam ochotę prychnąć i przewrócić oczami na to, jak bardzo jest dramatyczna. Mam ochotę ją odepchnąć i uderzyć w twarz.
– Nazywaj mnie Luną. W końcu wkrótce będę twoją Luną. Kiedy Mark i Cal zobaczą mnie w tej sukience, będą błagać, żebym nią została. Chcę usłyszeć: »Tak jest, Luno« – chełpi się.
Muszę ugryźć się w język, żeby powstrzymać Beren przed warknięciem na Melissę. Niestety Medea, wilczyca Melissy, zauważa mój gniew. Warczy i zaciska dłoń Melissy na moim gardle. Wysuwa się na pierwszy plan i oświadcza: – Nie warczy się na swoją przyszłą Lunę. Będziesz robić to, co mówię, albo skrzywdzę to szczenię.
Na te słowa Beren rzuca się naprzód z jeszcze większą furią. – Tknij tylko palcem moje szczenię, a pożałujesz dnia, w którym się urodziłaś! – odwarkuje zaciekle Beren.
Słowa Medei wprawiają mnie w osłupienie. Skrzywdziłaby Rose, swoją własną krew. Co za matka groziłaby własnemu, małemu szczenięciu. W głowie mi się kręci i nie zauważam, co robi Medea.
Medea zaczyna ulegać, po czym nagle wrzeszczy: – Ał, tatusiu, ona nas rani! Medea oddaje kontrolę Melissie. Ta potyka się i uderza o ścianę, jakby otrzymała cios.
Korytarz wypełnia odór alkoholu. Obezwładnia mnie, zanim zdążę cokolwiek z tym zrobić. – Co ty narobiłaś? – grzmi Thomas, wpadając na korytarz.
– Nic! – próbuję się bronić. Wiem, że to na nic, ale nie powstrzymuje mnie to przed próbami. – Ona groziła Rose!
– Gówno mnie obchodzi, czy zabije tego bachora, masz nie podnosić ręki na siostrę! – wrzeszczy, górując nade mną.
Wiem, że powinnam na tym poprzestać. Powinnam była upaść i okazać uległość. Powinnam była zrobić, czego ode mnie chciał. Ale zamiast tego, rzucam mu wyzwanie. Beren napiera z całą siłą, tym razem za moim przyzwoleniem, i warczy: – Nie ważcie się grozić mojemu szczenięciu!
– Będę jej groził, kiedy i jak tylko zechcę! – krzyczy Thomas, zaciskając dłoń na mojej szyi.
Tym razem przeraża mnie to, co on może zrobić. Kiedy Melissa próbowała mnie dusić, mogłam się z tego tylko śmiać. Nie brała treningów na poważnie. Medea była słabą wilczycą, przynajmniej fizycznie. Jej umysł za to jest bardzo przebiegły.
Tym razem wiedziałam, że to zwiastuje kłopoty. Mój ojciec był kiedyś dobrym wojownikiem, a przynajmniej tak mi powtarzano, kiedy byłam w szkole i na treningach. Teraz, nawet jako pijak, i tak jest ode mnie silniejszy. I dusi mnie bez cienia litości.
– Marie! Przynieś łańcuchy! – rozkazuje Thomas, nieustannie naciskając na moje gardło.
Moje pole widzenia zaczyna ciemnieć na krawędziach. Jednak na wzmiankę o łańcuchach, próbuję walczyć. Drapię jego dłoń, zaciśniętą na mojej szyi. Łańcuchy, o których wspomniał, były odlane ze srebra. Założą mi jedne na nadgarstki, a drugie na kostki. Łańcuchy będą palić żywym ogniem i powstrzymają Beren przed udzieleniem mi pomocy. Nie pozwolą mi się uleczyć.
– Wyjdź – rozkazuje Melissie.
Mam przelotną nadzieję, że zostanie i zaoponuje chociaż przeciwko użyciu srebrnych łańcuchów. Żaden wilkołak nie powinien być traktowany srebrem. Mogę znieść bicie i obelgi. Mogę znieść noszenie srebra przez krótki czas. Ale jeśli nałożą na mnie łańcuchy, zostawią je na długie dni. Łańcuchy pozostaną na mnie, dopóki nie nauczę się rozumu.
Będę musiała je nosić całymi dniami. Przez ten czas nie będę mogła brać Rose na ręce. Nie będę w stanie jej pocieszyć, dopóki będę je nosić. Rose będzie przerażona, czując zapach palonego od srebra, żywego mięsa, a ja nie będę mogła jej ukoić. Mogłabym ją poparzyć. Bez jej wilka, ślady po oparzeniach stałyby się bliznami. Nie mogę jej tego zrobić.
– Proszę, nie! – wyduszam z siebie wraz z resztką powietrza.
– Wrócę przed piętnastą – sarka Melissa, ruszając na uczelnię.
– Proszę – próbuję znowu, patrząc jak matka, ubrana w rękawice spawalnicze, niesie parę łańcuchów. W moich płucach brakuje już powietrza.
– Skrzywdziłaś moją córkę – syczy Marie, zapinając okowy na mojej kostce.
Szarpnęłam się gwałtownie, gdy pierwsza srebrna obręcz dotknęła mojej skóry. Próbuję krzyknąć: »Ja też jestem twoją córką«. Ale wydobywa się ze mnie jedynie niemy krzyk. Thomas zmienia chwyt na moim gardle, dając Marie lepszy dostęp do reszty moich kończyn. Druga bransoleta zatrzaskuje się wokół mojej drugiej kostki. Zagryzam wargę tak mocno, że z kącika ust płynie krew. Warkot Beren cichnie pod wpływem działania srebra. Marie uśmiecha się drwiąco, zatrzaskując kolejne okowy na moim prawym nadgarstku. Wyciągam lewą rękę, próbując złapać cokolwiek, co znajduje się w moim zasięgu. Mój wzrok wciąż zanika, bo Thomas ani na moment nie rozluźnia uścisku. Odtrąca moją dłoń i zapina ostatnią bransoletę na moim lewym nadgarstku.
Thomas rzuca mnie na podłogę. Próbuję krzyczeć z powodu uderzenia o ziemię i palącego srebra, ale jedyne, na co mnie stać, to zaczerpnąć chrapliwy oddech, by wypełnić płuca. Próbuję wziąć głębokie wdechy. Gdy łapię powietrze, but ląduje z impetem w moim brzuchu. Wypycha ze mnie cały cenny tlen, który zaledwie ułamek sekundy temu wchłonęło moje ciało.
– Jak śmiesz ranić moją córkę! – wrzeszczy na mnie Marie.
– Trzeba było przerwać ciążę, kiedy tylko się o niej dowiedziałaś – drwi Thomas, po czym jego stopa znów ląduje w moim brzuchu.
– Myślałam, że bardziej się do czegoś przyda. A poza tym, zanim trafiłam do lekarza watahy, ciąża była zbyt zaawansowana. Ten głupiec mi nie pozwolił – odsykuje. W każdym jej słowie słyszałam ociekającą wściekłość i pogardę.
Mam ochotę zażądać wyjaśnień, dlaczego tak bardzo mnie nienawidzą. Jestem ich córką. Ich pierworodną. Wielu wierzyło, że pierworodne dziecko przynosi rodzinie szczęście. Drugie dziecko również było błogosławieństwem. Oznaczało to, że Księżycowa Bogini obdarzyła dany ród licznym potomstwem. A twoje dziedzictwo będzie silne i bezpieczne.
Dlaczego jestem znienawidzona, skoro miałam przynieść szczęście? Dlaczego ludzie, którzy powinni być najważniejsi w moim życiu, zadawali mi najwięcej bólu? Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?
– Mamo? – dobiega mnie szept, który mrozi mi krew w żyłach.






