KAEL
Dym wypala mi płuca, gdy biegniemy między drzewami. Za nami posiadłość wciąż płonie, a płomienie sięgają coraz wyżej w nocne niebo. Nikogo tam nie ma.
– Tędy – syczy Kovas, ciągnąc mnie za gruby dąb. – Musimy zawrócić do zachodniej granicy.
Opieram się o drzewo, próbując złapać oddech. Wszystko mnie boli. Nie fizycznie, chociaż to też, ale głębiej. W miejscach, które nie powinny odczuwać bólu






