Rhea
„Wejść”.
Głos należał do Alfy Eliasa, ale obezwładniająca obecność, która dominowała w pokoju, należała w całości do potwora wylegującego się w skórzanym fotelu.
Alfy Arona z Watahy Krwawego Pazura.
Nie mrugnął. Jego ciemne, otchłanne oczy wpiły się w moją drżącą sylwetkę, gdy stałam zamarła w progu. Srebrna taca w moich dłoniach trzęsła się niekontrolowanie, a szlachetna porcelana głośno brzęczała w duszącej ciszy.
„Ach, Rhea. Postaw to na stole” – powiedział Alfa Elias stojący przy oknie, zdając się nie zauważać gęstego, przerażającego napięcia wysysającego tlen z pokoju. Elias, mój własny Alfa, człowiek, który trzymał w dłoniach moje życie, wydawał się wręcz znikomy w obecności Arona.
Zmusiałam moje nogi z ołowiu do ruchu. Jeden krok. Potem kolejny. Każdy instynkt we mnie krzyczał, abym odsłoniła szyję na znak uległości, padła na kolana i się schowała. Odurzający zapach sosny i deszczu owinął się wokół mnie niczym fizyczny łańcuch, zacieśniając się mocno na mojej klatce piersiowej.
Opuściłam tacę na skraj mahoniowego biurka, a moje zabandażowane palce drżały tak gwałtownie, że omal nie przewróciłam dzbanka z kawą.
„Właśnie mówiłem Alfie Aronowi, że może u nas zostać tak długo, jak tego potrzebuje” – kontynuował Elias, odwracając się do nas z uprzejmym uśmiechem.
„Mój pobyt będzie... krótki” – mruknął Aron. Jego głos był niskim, wibrującym pomrukiem, który rezonował bezpośrednio w moich kościach. Nie spojrzał na Eliasa. Jego czarne jak smoła spojrzenie pozostało utkwione wyłącznie w mojej bladej, przerażonej twarzy. „Znalazłem dokładnie to, po co przyszedłem. Muszę to tylko odebrać”.
Przestałam oddychać. Ukryta groźba w jego słowach była bezbłędna. Ja. Mówił o mnie.
„To będzie wszystko, Rhea” – odprawił mnie Elias niedbałym machnięciem dłoni.
Szybko pochyliłam głowę, zdesperowana, by uciec, i odwróciłam się na pięcie. Dosłownie wybiegłam przez ciężkie podwójne drzwi, łapiąc powietrze w sekundzie, w której wpadłam na wyłożony dywanem korytarz.
Ale nie zaszłam daleko.
Zanim zdążyłam dotrzeć do wielkich schodów, duża, zrogowaciała dłoń zacisnęła się na moim ramieniu. Zostałam obrócona i brutalnie – acz ostrożnie – przyciśnięta do ściany korytarza.
Aron.
Poruszał się szybciej, niż moje oczy były w stanie to zarejestrować. Jego masywna klatka piersiowa uwięziła mnie, zasłaniając światło z żyrandoli.
„Czy naprawdę myślałaś, że ucieczka zeszłej nocy cię uratuje?” – wyszeptał, pochylając się tak blisko, że jego usta niemal musnęły muszlę mojego ucha. Ciepło emanujące od jego ciała było parzące, roztapiające wszelkie racjonalne myśli, jakie mi pozostały.
„P-proszę” – jęknęłam, kuląc się przy tapecie. „Alfa Elias to…”
„Elias nie zrobi nic” – przerwał Aron, a mroczny, kpiący chichot zawibrował w jego klatce piersiowej. „Jeśli powiem mu, że jesteś moją Przeznaczoną, owinie cię w kokardę i odda mi, by ocalić swoją żałosną watahę. Ale nie chcę, żeby cię przekazywał. Chcę, żebyś sama do mnie przyszła”.
Przycisnął płasko dłoń do ściany obok mojej głowy, całkowicie mnie więżąc.
„Masz czas do zachodu słońca, Rhea. Przyjdź do moich komnat dobrowolnie, zaakceptuj więź, a będziesz traktowana jak moja Luna. Jeśli słońce zajdzie, a ty tam nie będziesz…” Przerwał, a jego ciemne oczy błysnęły z przerażającą, dziką obietnicą. „Rozniosę ten dom watahy cegła po cegle, aby cię znaleźć. I nie będę delikatny, kiedy to zrobię”.
Puścił mnie, a nagły brak jego ciepła sprawił, że gwałtownie zadrżałam.
„Zachód słońca” – rozkazał cicho, po czym odwrócił się i wszedł z powrotem do biura Eliasa, jakby nigdy nic się nie stało.
Zbiegłam po schodach, a moje serce wybijało gorączkowy, nierówny rytm o żebra. Zachód słońca. Miałam czas do zachodu słońca. Nie mogłam z nim pójść. Bycie Przeznaczoną potwora oznaczało życie pełne tortur. Słabeusze byli zabawkami, workami treningowymi. Zostałabym rozszarpana na strzępy w Watasze Krwawego Pazura.
Desperacja zaćmiła mój umysł. Musiałam się ukryć. Musiałam stać się niewidzialna.
Uciekłam z domu watahy, szukając schronienia w jedynym miejscu, gdzie nikt nie pomyślałby, by szukać: na błotnistych, rozległych terenach treningowych na skraju lasu. Wojownicy w większości odpoczywali po długiej nocy świętowania. Tereny były puste, usłane tępymi toporami, drewnianymi tarczami i manekinami treningowymi.
Chwyciłam ciężki kosz i zaczęłam z furią zbierać porozrzucaną broń, pozwalając fizycznej pracy uśmierzyć absolutne przerażenie pożerające moją poczytalność. Ukryj się. Po prostu nie rzucaj się w oczy. Nie znajdzie mnie tutaj.
Ciągnęłam ciężkie pudło z toporami w stronę magazynu, kiedy padł na mnie cień, zasłaniając słabe popołudniowe słońce.
„Proszę, proszę. Kogo my tu mamy”.
Zesztywniałam. Głos ociekał złośliwą radością. Odwróciłam się powoli, a krew zmroziła mi się w żyłach.
Stał tam Ezra, dowódca wojowników Gamma, w otoczeniu Samuela, sadystycznego Delty. Byli wielcy, pokryci bliznami i patrzyli na mnie z tym samym obrzydzeniem, jakie rezerwowali dla wyrzutków bez watahy.
„Ciężko pracujesz, Słabeuszu?” – zadrwił Ezra, podchodząc bliżej. Kopnął pudło z toporami, które trzymałam, przewracając je. Ciężkie, metalowe ostrza rozsypały się po ziemi.
„Tylko sprzątam” – wymruczałam, utrzymując spuszczony wzrok i modląc się, by tylko mnie obrazili i odeszli.
Samuel strzelił knykciami, a na jego twarzy wykwitł okrutny uśmiech. „Właśnie pomyśleliśmy, że potrzebujemy treningu z ruchomym celem. Drewniane manekiny robią się zbyt nudne”.
Mój żołądek runął w dół. „Nie” – wyszeptałam, robiąc spanikowany krok w tył. „Ethel potrzebuje mnie w środku. Muszę iść”.
Zanim zdążyłam się odwrócić, Ezra rzucił się na mnie, a jego dłoń wystrzeliła i złapała mnie za gardło. Zakrztusiłam się, moje dłonie powędrowały w górę, by drapać jego żelazny uścisk.
„Nigdzie nie idziesz, Słabeuszu” – warknął Ezra, z łatwością wlokąc moje wierzgające ciało w kierunku gęstej, ciemnej linii drzew, gdzie ukryta była strzelnica do łucznictwa i rzucania toporami. „Zagramy w małą grę. A ty będziesz główną atrakcją”.






