Rhea
Przeszywający, nocny wiatr smagał moje cienkie, podarte ubrania, gdy prawie biegłam przez dwie mile z powrotem do domu mojej rodziny. Zapach sosny i mrocznej magii wciąż przylegał do mojej skóry, stanowiąc przerażające przypomnienie o potworze, któremu właśnie uciekłam. Moje płuca płonęły, a rozcięcia na palcach od stłuczonego kieliszka do szampana pulsowały z każdym uderzeniem serca.
Potrzebowałam tylko mojego łóżka. Musiałam schować się pod cienkimi kocami i udawać, że koszmar w łazience nigdy się nie wydarzył. Potrzebowałam azylu.
Jednak gdy popchnęłam zardzewiałe drzwi wejściowe naszego domu, iluzja bezpieczeństwa prysła w jednej chwili.
„Patrzcie tylko, co tu przywlekło tego brudnego przybłędę”.
Zamarłam. Mój młodszy brat, Luke, wyłonił się z cieni na korytarzu. W wieku osiemnastu lat już nade mną górował, a jego mięśnie były napięte z arogancką postawą wilka, który wiedział, że jest kimś lepszym. Jego oczy, tak bardzo podobne do oczu mojego ojca, lśniły złośliwą radością.
„Ja... ja tylko idę do swojego pokoju, Luke” – wyszeptałam, opuszczając głowę i próbując się obok niego przecisnąć.
„Nie tak szybko, Słabeuszu” – warknął, a jego ręka wystrzeliła, by chwycić mnie za garść włosów.
Sapnęłam z bólu, gdy szarpnął mnie do tyłu, z impetem wbijając mój kręgosłup w drewnianą boazerię ściany. Uderzenie sprawiło, że zadzwoniły mi zęby, a taca, którą wcześniej nosiłam, zdawała się pozostawić w moich ramionach trwały ból.
„Słyszałem, że zrobiłaś z siebie pośmiewisko tego wieczoru” – zakpił Luke, pochylając się tak blisko, że mogłam poczuć zapach zwietrzałego piwa w jego oddechu. „Rozlewanie drinków na wizytujących Alfów? Robienie z naszej rodziny żartu? Jesteś pierdolonym wstydem, Rhea. Nie wiem, dlaczego tata nie pozwolił Alfie Eliasowi cię uśpić, kiedy nie udało ci się przemienić”.
„Puść mnie!” – krzyknęłam, wyrzucając ręce w górę, by odepchnąć jego twardą klatkę piersiową, ale w porównaniu z nim byłam absurdalnie słaba.
„Uważaj na ton, ty bezwartościowy śmieciu” – zagrzmiał, popychając mnie ponownie. Moje ramię uderzyło w oprawiony obraz, strącając go na podłogę z głośnym brzękiem tłuczonego szkła.
Hałas sprawił, że moja matka wyszła ze swojej sypialni. Przez ulotną, desperacką sekundę spojrzałam na nią, mając nadzieję na choćby odrobinę matczynego miłosierdzia.
Zamiast tego jej oczy omiotły moje krwawiące palce, posiniaczone ramię i zapłakaną twarz z głębokim obrzydzeniem.
„Co to za hałasy?” – syknęła, szczelniej owijając się swoim pluszowym szlafrokiem. „Luke, puść ją. Obudzisz ojca, a on już i tak jest wystarczająco wściekły, że nas dziś upokorzyła”.
Nie kazała mu przestać, dlatego że sprawiał mi ból. Kazała mu przestać, dlatego że byłam niedogodnością.
„Ona jest dziwadłem, mamo” – splunął Luke, w końcu wypuszczając moje włosy z gwałtownym pchnięciem, przez które upadłam z powrotem na zimną podłogę. „Ona nawet tu nie pasuje”.
„Wiem” – odpowiedziała chłodno moja matka, nawet nie patrząc w dół, gdy łapałam powietrze na deskach podłogi. „Posprzątaj to szkło, Rhea. I jeśli usłyszę z twojej strony choćby jeden dźwięk przez resztę nocy, będziesz spała na zewnątrz, w błocie, tam, gdzie twoje miejsce”.
Odwróciła się na pięcie i zatrzasnęła drzwi swojej sypialni. Luke wydał z siebie kpiący śmiech, kopnął mnie mocno w udo czubkiem buta i odszedł leniwie do kuchni.
Leżałam w ciemności, a zimno przenikało mnie do kości, podczas gdy ciche łzy spływały mi po twarzy. Skrupulatnie zbierałam potłuczone szkło moimi i tak już krwawiącymi palcami. Byłam Słabeuszem. Kimś gorszym niż służba. Gorszym niż pies we własnym domu.
Gdy w końcu zwinęłam się w kłębek na wyboistym materacu w moim lodowatym, wielkości szafy pokoju, przerażająca myśl wtargnęła do mojego umysłu.
Jesteś moją Przeznaczoną.
Mrożący krew w żyłach głos Arona odbił się echem w ciemności. Moja rodzina traktowała mnie jak śmieci, których należy się pozbyć. Ale najniebezpieczniejszy Alfa na świecie patrzył na mnie tak, jakbym była czymś, co chciał pochłonąć. Nie wiedziałam, co było gorszym koszmarem.
Następnego ranka każdy mięsień w moim ciele krzyczał z protestu, gdy powlokłam się z powrotem przez bramy domu watahy. Niebo było posiniaczone, ponuro szare, idealnie pasując do mojego nastroju. Moje ramię pulsowało bólem w miejscu, w którym popchnął mnie Luke, a palce miałam owinięte tanim plastrem.
Musiałam tylko spuścić głowę i przetrwać kolejny dzień.
W chwili, gdy weszłam do kuchni, przechwyciła mnie Ethel. Wyglądała jak kobieta na skraju załamania nerwowego.
„Ty!” – warknęła, wpychając w moje ręce ciężką, ozdobną srebrną tacę. Była załadowana świeżymi owocami, rzemieślniczym chlebem i parującym dzbankiem czarnej kawy. „Goście VIP z zeszłej nocy przedłużyli swój pobyt. Zanieś to natychmiast do biura Alfy na trzecim piętrze. I na miłość Księżycowej Bogini, nie rozlej niczego tym razem, bo każę cię wyrzucić na terytoria wyrzutków!”
„Tak, proszę pani” – wymamrotałam, a moje ramiona drżały pod ciężarem.
Trzecie piętro było surowo zarezerwowane dla Alfy Eliasa i wysoko postawionych urzędników. Rzadko kiedy pozwalano mi tam przebywać. Wielkie schody wydawały się górą, a moje uda piekły z każdym krokiem. Dwóch potężnych strażników ze stopniem Delty stało przed ciężkimi, mahoniowymi, podwójnymi drzwiami biura Alfy. Prawie na mnie nie spojrzeli, gdy podeszłam.
Oparłam tacę na biodrze i zapukałam dwa razy, cicho.
„Wejść”.
Głos był przytłumiony przez grube drewno. Pchnęłam drzwi, trzymając wzrok z szacunkiem utkwiony w zawiłych wzorach dywanu.
„Przyniosłam poranną tacę dla Alfy Eliasa…” – zaczęłam, a mój głos był potulny, gdy szłam w kierunku potężnego dębowego biurka na środku pokoju.
Ale gdy zrobiłam trzeci krok, powietrze w pokoju nagle się zmieniło.
Stało się gęste. Ciężkie. Temperatura zdawała się spaść o dziesięć stopni w ułamku sekundy.
A potem uderzyło to w moje płuca. Przytłaczający, odurzający, przerażający zapach ciemnej sosny, deszczu i surowej, drapieżnej mocy.
Mój oddech się zaciął. Moje serce uderzyło w żebra tak mocno, że myślałam, że je połamie. Srebrna taca zatrzęsła się gwałtownie w moich drżących dłoniach.
Nie. To niemożliwe. Przyjęcie dobiegło końca. Miał wyjechać.
Powoli, sparaliżowana strachem, który przenikał aż do moich kości, oderwałam wzrok od podłogi.
Za ogromnym dębowym biurkiem, rozparty w fotelu Alfy Eliasa z aurą przerażającej, absolutnej własności, nie siedział Alfa mojej watahy.
To był Alfa Aron.
Był ubrany w nieskazitelnie czystą czarną koszulę, z podwiniętymi rękawami, które odsłaniały umięśnione przedramiona. A jego bezduszne, czarne jak smoła oczy były utkwione prosto we mnie, z mrocznym, zaborczym uśmieszkiem igrającym w kącikach jego ust.
Diabeł nie odszedł. Został po swoją ofiarę.






