Czasami było to okrutne. Najczęściej to, że życie nigdy się nie zatrzymywało. Nie zatrzymało się z powodu bólu Lori. Nie mogła nawet wziąć urlopu, by odpowiednio przejść żałobę, inaczej straciłaby pracę. Więc zaledwie po dwóch dniach spędzonych w domu, Lori wróciła do knajpy na swoją zwykłą zmianę.
Niemal tak, jakby nic się nie stało.
Niemal tak, jakby w zeszłym tygodniu nie straciła dziecka.
Minęły dwa tygodnie i nie, ból nie minął, po prostu znalazła sposób, by z nim żyć.
Wszyscy jej współpracownicy wiedzieli, że zamierza oddać dziecko do adopcji. Było to wiedzą powszechną, więc kiedy Birdie zastała ją płaczącą w łazience w połowie zmiany, jej pytanie brzmiało:
„Ale przecież i tak od początku nie chciałaś tego dziecka. Nie rozumiem, dlaczego teraz jesteś smutna”.
Jej słowa zabrzmiały chrapliwie, tnąc jej wnętrzności niczym nóż. Natychmiast otarła łzy i wróciła do pracy; od tamtej pory nie odezwała się już do Birdie.
Jedyną częścią jej dnia, która zdawała się dawać jej krótką chwilę radości, była wizyta pani Grace, przyjeżdżającej po mleko dla małej.
Lori udawało się odciągać pokarm rano i po pracy, a następnie pakowała, datowała i zamrażała mleko.
Umówiły się na wizyty co trzy dni, ale z jakiegoś powodu Lori nie mogła przestać produkować coraz więcej mleka, więc pani Grace czasami musiała przyjeżdżać już następnego dnia; zastanawiała się, czy nie pogarsza sytuacji, oddając mleko.
Pani Grace była bardzo miła. Czasami, gdy wpadała po mleko, przynosiła Lori jedzenie. Domowe posiłki. Raz przyniosła jej lasagne, a innego dnia tartę limonkową.
Wydawało się również, że nigdy nie męczyło jej informowanie Lori o postępach dziecka, mimo że Lori udawała brak zainteresowania, ilekroć mowa była o małej.
W końcu nadali jej imię. Nazywała się Emilia. Emilia Caine. Czasami nazywali ją w skrócie Emmy.
Jared również się nie pojawił, być może wciąż czuł się winny całemu zajściu. W końcu, gdyby jej nie popchnął, nie zaczęłaby przedwcześnie rodzić.
Część z niej cieszyła się, że trzymał się z daleka, choć znając go, nigdy nie zniknie na zbyt długo. Modliła się i miała nadzieję, że tym razem odszedł na dobre.
Potrzebowała stabilizacji w swoim życiu. Stabilizacji i normalności.
Jared był rozdziałem, który desperacko musiała zamknąć. Próbowała zamknąć ten rozdział od miesięcy.
"Lori! Stolik trzeci potrzebuje dolewki!"
Zawołała Birdie, a Lori kiwnęła głową, podchodząc do stolika z dzbankiem kawy w dłoni.
"Hej! Widziałem cię tu już wcześniej. Czy nie byłaś w ciąży?"
Zapytał klient, a Lori przytaknęła.
"Tak. Byłam."
Wzrok mężczyzny przesunął się po niej w sposób, który znała aż za dobrze.
"Wow. Wyglądasz świetnie! Znaczy, jak na kogoś, kto właśnie urodził dziecko, jesteś cholernie gorąca!"
Skomentował, a Lori wymusiła uśmiech. Nieproszone komentarze i koszmarne komplementy – z czymś takim najczęściej mierzyła się w tej pracy.
"Dzięki."
Wymamrotała, odchodząc od jego stolika.
Gorąca?
Nie czuła się gorąca. Nic w niej nie było gorącego.
Czuła ból. Zranienie i złamanie. I bała się, że może nigdy nie pozbierać się po bólu, który odczuwała, po brutalnym ściskaniu w klatce piersiowej.
Wciąż była pogrążona w swoich uczuciach i nie zauważyła, kiedy do restauracji wszedł pewien mężczyzna.
Skupiła się na wycieraniu stolika, przy którym dziecko narobiło bałaganu.
"Panna Wyatt? Czy to pani jest panną Wyatt?"
Zapytał głęboki głos.
Lori nawet się nie odwróciła.
"Tak."
Odpowiedziała. Kiedy skończyła, odwróciła się i zobaczyła przed sobą wysokiego mężczyznę.
Zrobiła mały krok w tył.
Był wysoki. W jego obecności było coś górującego.
Dominującego.
Bardzo wysoki.
Miał prawdopodobnie metr dziewięćdziesiąt, miał na sobie czarny garnitur, skrojony tak, by idealnie przylegał do każdego centymetra jego ciała. Miał krótkie, ciemne włosy, gładko ogoloną twarz, z wyjątkiem malutkich wąsów, które zostawił, miał głęboko niepokojące niebieskie oczy, które wydawały się zbyt niebieskie, by mogły być naturalne, szczękę, która mogłaby przeciąć lód, i kości policzkowe tak piękne, że jego twarz wyglądała, jakby wyrzeźbił ją jakiś idealny bóg.
Przełknęła głośno ślinę i odwróciła wzrok, łapiąc się na tym, że się gapi; działał tak na ludzi i prawdopodobnie bardzo mu to odpowiadało.
"Czy moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać?"
Zapytał, a Lori zerknęła na Birdie, która obserwowała ją jak jastrząb.
"Teraz? Jestem w trakcie zmiany."
"Kim pan jest?"
Zapytała.
"Nazywam się Gabriel Caine. Jestem ojcem małej dziewczynki, której oddawała pani swoje mleko przez ostatnie dwa tygodnie."
"Och. Z Grace mam się spotkać dopiero później w ciągu dnia."
Mruknęła Lori, a mężczyzna skinął głową.
"Wiem... Chciałem po prostu z panią porozmawiać."
Birdie już się do nich zbliżała.
Lori spojrzała na nią z naburmuszoną miną.
"Okej. Kończę za dziesięć minut, czy możemy porozmawiać po mojej zmianie? I tak jestem na okresie próbnym i nie chcę denerwować mojego szefa jeszcze bardziej."
Powiedziała, a on przytaknął.
"Dobrze. Będę czekał na panią w tym czarnym samochodzie na zewnątrz."
Powiedział, wskazując na elegancki czarny wóz stojący na ulicy. Bez słowa wyszedł z lokalu.
Po zmianie Lori poszła do szatni i się przebrała.
Całe szczęście, że przynajmniej ubrała się w miarę przyzwoicie. Jej wyblakła czerwona sukienka i stare buty marki Doc Martens były przynajmniej wciąż na tyle zadbane, by się w nich pokazać.
Kiedy wychodziła z restauracji, pan Gabriel Caine zdążył już wysiąść z samochodu i przejść na drugą stronę, żeby otworzyć jej drzwi.
Dżentelmen?
Wow, to zaskakujące. Lori nie mogła sobie przypomnieć, kiedy jakiś mężczyzna otworzył jej drzwi.
Wsiadając do luksusowego auta, natychmiast poczuła zapach jego wody kolońskiej; wyczuła ją już w knajpie, ale tutaj, w samochodzie, był to jedyny zapach, który czuła. Niesamowicie seksowny, piżmowy i pewny siebie. Przejechała dłonią po skórze fotela samochodowego – była prawdopodobnie warta więcej, niż kiedykolwiek w życiu widziała.
Cholera, to musiało kosztować majątek.
Podejrzewała, że rodzina małej Emilii jest zamożna, ale nie wiedziała, że są aż tak bogaci.
"Po pierwsze, chcę pani podziękować za pomoc. Pani dobroć względem mojej córki, nawet pomimo własnego bólu, jest godna podziwu."
"Nie wiem, jak kiedykolwiek się pani odwdzięczę."
Lori pokręciła głową.
"Nie potrzebuję zapłaty, panie Caine."
Grace z pewnością ją zaproponowała już pierwszego dnia, gdy przyjechała po mleko i zobaczyła jej blok mieszkalny. Zaproponowała to.
"Wiem. I w normalnych okolicznościach bym pani tego nie oferował, ale mam dla pani propozycję, panno Wyatt."
"Propozycję?"
Lori powtórzyła.
Co bogaty, wpływowy mężczyzna, taki jak pan Gabriel Caine, mógł mieć wspólnego z kimś takim jak ona?
"Jak pani już wie, Grace jest jedyną opiekunką mojej córki. Odkąd się urodziła, dba o nią."
"Emilia straciła matkę przy narodzinach."
Lori kiwnęła głową.
"Ale Grace jest starszą osobą i szybko się męczy. Zdecydowaliśmy się zatrudnić nianię, a Grace powiedziała, że jest pani jedyną osobą, którą mogłaby polecić."
"Nianię?!"
Zawołała Lori, a Gabriel skinął głową.
"Uszanuję pani decyzję o odmowie, panno Wyatt, ale byłbym równie wdzięczny, gdyby zdecydowała się pani przyjąć tę pracę. Zamierzam panią sowicie wynagrodzić za usługi."
Powiedział, wręczając jej umowę.
Lori wzięła ją drżącymi rękami.
Czy to działo się naprawdę?
Przejrzała strony. Rzuciła jej się w oczy kwota dziesięciu tysięcy dolarów miesięcznie, wraz z dodatkowymi korzyściami.
Coo?
Dziesięć tysięcy dolarów?!
Wymagania były dość proste: miała zamieszkać u nich jako niania, być odpowiedzialna za opiekę nad Emilią oraz okazywać jej miłość i troskę.
"Co pani o tym myśli?"
Zapytał mężczyzna, a Lori otworzyła usta, ale nie wydobyły się z nich żadne słowa.
Powoli odchrząknęła i spojrzała na niego; wpatrywał się w nią uważnie, obserwując każdy jej ruch, każdą jej emocję, niczym jastrząb.
"Potrzebuję czasu, żeby przeczytać umowę i przemyśleć pańską propozycję."
Powiedziała, z trudem przełykając ślinę.
Skinął głową.
"W porządku. Ale ma pani czas do jutra wieczorem. Proszę, oto moja wizytówka."
Wręczył jej nowiutką wizytówkę.
"Kiedy dokona pani wyboru, proszę do mnie zadzwonić. Przyjedzie samochód, by zabrać panią i pani bagaże."
Kiedy wysiadła z jego wozu, patrzyła, jak odjeżdża, podczas gdy sama z lekkim szokiem ściskała w dłoniach dokument.






