Emilia Susannah Caine. Podobało mu się to imię. Emilia – po przyjaciółce z dzieciństwa, którą stracił przez raka, i Susannah – po jej matce.
W końcu mógł zabrać ją do domu; zaraz po pełni księżyca wrócił do szpitala, by ją odebrać.
Pani Grace już wcześniej świetnie radziła sobie z opieką nad nią.
Płakała coraz rzadziej, ale coś mówiło Gabrielowi, że to będzie najmniejsze z jego zmartwień.
Emilia była jak wszystkie inne niemowlęta: właściwie jedyne, co robiła, to jadła, spała, robiła kupę i płakała, i do każdego z tych zadań podchodziła bardzo poważnie.
Jadła bardzo dużo, pochłaniała butelkę za butelką, do tego stopnia, że nawet mleko od dawczyni nie wystarczało i musieli dokarmiać ją mieszanką. Sporo spała w ciągu dnia, więc o ile nikt w domu nie hałasował, jej drzemki pozostawały niezakłócone. Równie dużo się załatwiała; gdy Gabriel po raz pierwszy musiał zmienić jej pieluchę, był zdruzgotany. Zadzwonił do lekarza z pytaniem, czy kupa niemowlaka naprawdę powinna być zielona?!
Lekarz odpowiedział, że to normalne. A ten zapach! Och, smród docierał wszędzie, jej cuchnące pieluchy były wystarczającym utrapieniem dla jego delikatnego wilkołaczego węchu. Potrafił je wyczuć z odległości pół mili, i bez sprawdzania pieluchy wiedział, kiedy wymaga zmiany.
Emilia miała dziwne pojęcie o czasie: w ciągu dnia spała, a nocami ich terroryzowała. Prawdę mówiąc, przez pierwsze dwie noce w ogóle nie zmrużył oka.
Niezależnie od tego, co i jak robił, nie potrafił sprawić, by przespała całą noc, a starał się, jak mógł, by nie niepokoić Grace w nocy. Za dnia miała już i tak wystarczająco dużo na głowie, poza tym Grace nawet u nich nie mieszkała.
To był zresztą jeden z powodów, dla których zaczął rozważać perspektywę zatrudnienia niani.
To, oraz fakt, że Grace była za stara na opiekę nad noworodkiem.
Grace poleciła pannę Wyatt, twierdząc, że taki układ wyjdzie młodej kobiecie na dobre. Ponadto i tak oddawała jej już swoje mleko. Gabriel był sceptyczny, ale postanowił uszanować życzenie Grace i złożyć ofertę.
Loretta Wyatt. Ta kobieta była zagadką. W internecie niewiele o niej znalazł, nie miała nawet konta w mediach społecznościowych. Przeszukał jej dane w bazie danych miasta – jedyne, co wyskoczyło, to garść informacji i ziarniste zdjęcie z prawa jazdy. Miała dwadzieścia dwa lata, była młoda, bardzo młoda. Miała bardzo ciemne włosy i wielkie, piwne oczy. Była piękna, ale było w niej też coś mrocznego i tajemniczego.
Z tego co widział, nie miała kartoteki kryminalnej, jednak Gabriel nie mógł pozbyć się przeczucia, że to nie wszystko. W dodatku była w ciąży, i choć straciła dziecko, musiała gdzieś mieć rodzinę albo partnera.
Kazał prawnikowi przygotować umowę, którą, jak był pewien, każda by szybko przyjęła. Gdy dokument był gotowy, pojechał do knajpy u Jaya, gdzie pracowała, by jej go wręczyć.
Nawet z wnętrza zaparkowanego na parkingu samochodu mógł obserwować, jak pracuje. Miała drobną, smukłą sylwetkę – nie mógł uwierzyć, że to ta sama kobieta, która zaledwie dwa tygodnie temu rodziła. Poruszała się z wdziękiem i elegancją, a jej twarz nie zdradzała żadnych emocji. Była bystra i zwinna, jednak w jej oczach czaiło się nieobecne spojrzenie. Spojrzenie kogoś, kto się poddał.
Był jej ciekawy. Bardzo ciekawy.
Powoli wysiadł z auta i ruszył w stronę jadłodajni.
Kiedy się do niej zbliżył, poczuł jej zapach. To było interesujące: wyczuwał woń ziół, z nutą krwi i delikatnym zapachem lawendy.
Spojrzał na nią ponownie; nie wyglądała, jakby gdziekolwiek krwawiła. Chyba że miała miesiączkę. Bycie wilkołakiem bywało czasami uciążliwe. Oznaczało, że czuł wszystko: czuł chorobę w ciele innego człowieka, czuł krew, wyczuwał emocje – przypominało to smak na języku.
Zdecydowanie łatwiej było mu stwierdzić, czy ktoś jest wilkołakiem. U ludzi było to nieco trudniejsze, ale nie całkowicie niemożliwe, zwłaszcza dla niego jako Alfy.
Jego węch, podobnie jak inne wyostrzone zmysły, był jednocześnie darem i przekleństwem.
"Panna Wyatt? Czy to pani jest panną Wyatt?"
Zapytał, stając za nią, podczas gdy ona wycierała brudny stół. Grace nazywała ją Lori; postanowił zwracać się do niej w ten sposób, zamiast używać pełnego imienia.
"Tak."
Odrzekła, nawet nie odwracając głowy.
"Czy moglibyśmy gdzieś usiąść i porozmawiać?"
Wreszcie się odwróciła i spojrzała na niego, a Gabriel poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go w brzuch. Właśnie w tym momencie poczuł nić, jakby jakaś niewidzialna siła związała go z kobietą stojącą przed nim.
Przełknął nerwowo ślinę, wpatrując się w nią.
Przeznaczona. Była jego przeznaczoną partnerką.
Spojrzał na nią znowu – w jej oczach nie było cienia zrozumienia, żadnego rozpoznania. Musiała być człowiekiem, dlatego nie odczuła więzi wynikającej z przeznaczenia. U niej potrwa to dłużej. Zajmie jej tygodnie, a może nawet miesiące, by to sobie uświadomić. Musiała najpierw się w nim zakochać, by móc to pojąć.
Gdy wracał do samochodu, po tym jak kazała mu zaczekać na koniec swojej zmiany, zatonął w myślach. Dlaczego? Dlaczego akurat ona?
Od małego wilczka zawsze wyobrażał sobie, jaka będzie jego partnerka. Nigdy nie przypuszczał, że będzie się czymkolwiek od niego różnić. Jego partnerką była wilkołaczka. Powinna nią być.
Księżycowa Bogini często działała w zagadkowy sposób, stwarzając tego typu sytuacje, ale ta była wyjątkowo zawiła.
Był Alfą. Alfą jednej z najlepszych watah, jaka kiedykolwiek istniała. Alfą watahy o jednej z najsilniejszych linii krwi. Jak jego Luna mogła być słaba? Jak mogła być człowiekiem?
To po prostu nie miało najmniejszego sensu.
Zatrzyma to dla siebie. Zachowa tę informację w tajemnicy. Przynajmniej dopóki nie wymyśli, co z nią począć.
Kilka chwil później wyszła z knajpy w warstwowej czerwonej sukience i botkach. Rozpuściła włosy, pozwalając im swobodnie opadać. Bez mundurka wyglądała znacznie lepiej, wręcz ładniej.
Wysiadł z auta i podszedł by otworzyć jej drzwi; dostrzegł zaskoczenie na jej twarzy, ale nie powiedziała ani słowa.
Znowu poczuł jej zapach, tym razem woń lawendy była silniejsza, wręcz przytłaczająca – to musiały być jej perfumy.
To będzie trudne. Bardzo trudne. Skoro miała zostać nianią Emilii, będzie musiał trzymać się od niej z daleka. Im silniejsza stawała się więź z przeznaczoną, tym trudniej będzie mu odrzucać uczucia, którymi ją darzył.
Dziesięć tysięcy dolarów miesięcznie. Lori nigdy w życiu nie posiadała takich pieniędzy, ani nawet ich na oczy nie widziała. To brzmiało jak coś nieprawdopodobnego, niemal niemożliwego, by ten mężczyzna chciał jej zapłacić tyle pieniędzy tylko po to, by została nianią jego córki.
Mógł odmówić Grace i wybrać kogoś innego, kogokolwiek bardziej profesjonalnego od niej. Kogoś lepszego.
A jednak zechciała mu ją wybrać.
Gdyby tylko znali jej przeszłość, może nie byliby tak chętni. Może gdyby wiedzieli, co zrobiła, w ogóle by jej tego nie zaproponowali.
Odrzuciła umowę na stolik kawowy, wzięła telefon stacjonarny i ponownie wybrała numer Fullerów. Zgłosiła się poczta głosowa, tak jak zawsze.
Nie odbierali.
Lori westchnęła.
Być może nadszedł w końcu czas, by się z nimi skonfrontować. Nigdy nie była w ich domu, ale znała adres. Zapisała go kiedyś, gdy dostrzegła go na jednym z dokumentów. Fullerowie traktowali ją bardzo oficjalnie, dlatego nigdy nie zaprosili jej do siebie.
Może to był właśnie odpowiedni moment.
Pomyślała, po czym przeszła do swojej małej sypialni i wyciągnęła z szafy wyblakłe czarne jeansy i duży szary T-shirt. Zmieniła botki na płaskie buty i przemyła twarz, po czym wyszła.
Dom Fullerów znajdował się około dwudziestu minut drogi od jej mieszkania. W zupełnie innej części miasta.
Wciąż pamiętała dzień, w którym po raz pierwszy spotkała panią Anne Fuller. Był to ten sam dzień, w którym dowiedziała się, że jest w ciąży. Poszła do szpitala z myślą, że zatruła się jedzeniem, ponieważ nie mogła nic przełknąć, a lekarz oznajmił, że jest w trzecim miesiącu ciąży. Miała nieregularne miesiączki, więc krwawienia w ciągu tych trzech miesięcy uznała za znak, że nie zaszła w ciążę.
Jej pierwszą myślą była aborcja; chciała to zrobić natychmiast, ale ciąża była już za bardzo zaawansowana, a sama myśl o zabiegu napawała ją przerażeniem.
Pielęgniarka przyszła do sali i wręczyła jej ulotkę o adopcji, którą Lori przyjęła i wyszła ze szpitala. Po drodze wpadła na drobną, szczupłą kobietę. Kobieta pomogła jej podnieść broszurę, a potem się przedstawiła.
Zaproponowała Lori podwózkę; w tamtym momencie Lori nie miała pojęcia, dlaczego obca kobieta jest dla niej tak miła. Po drodze zatrzymały się w barze szybkiej obsługi, a kobieta spytała, czy zjadłaby coś, a że Lori była głodna i starała się nie narzucać, zgodziła się. W trakcie posiłku Anne Fuller zapytała, czy jest w ciąży i czy myśli o oddaniu dziecka do adopcji. Lori kiwnęła głową. Wtedy Anne Fuller opowiedziała historię swojego życia, o tym, jak ona i mąż od dziesięciu lat starali się o dziecko.
Powiedziała wprost, że chciałaby adoptować dziecko Lori. Lori poczuła się zagubiona, to wszystko działo się tak szybko.
Na początku była sceptycznie nastawiona, ale później zrobiła rozeznanie i odkryła, jak wiele dzieci w samym tylko jej mieście czeka na adopcję. Lori sama dorastała w placówkach opiekuńczych, więc wiedziała, jak to wygląda, wiedziała, czym to pachnie.
Później pani Fuller stała się bardziej nieustępliwa: przynosiła Lori posiłki, dzwoniła każdego dnia, oferowała podwózkę na wizyty lekarskie, i po trzech tygodniach Lori uległa. Byli dobrymi, życzliwymi ludźmi, jej dziecko trafiłoby w bezpieczne ręce.
W niespełna tydzień sporządzono umowę. Lori podpisała ją, zrzekając się swoich praw do bycia matką natychmiast po narodzinach. Fullerowie postawili warunek, by nie kontaktowała się z dzieckiem, a nawet gdyby do tego doszło, by nigdy nie ujawniła, że jest jego biologiczną matką.
Lori przystała na to. Zgodziła się na wszystko. To było dla jego dobra – wmawiała sobie. Będzie mu z nimi lepiej. Z wyjątkiem tego, że wydarzyło się nieuniknione.
Taksówka zatrzymała się przed rezydencją Fullerów: pięknego, białego domu z drewnianym płotkiem, w którym aż chciałoby się założyć rodzinę. Trawnik był idealnie wypielęgnowany, a w oknach paliło się światło.
Fullerowie byli w domu.






