languageJęzyk

Rozdział 11 Cyfrowy geniusz

Autor: Isabella Wright25 maj 2026

W niecałe trzy minuty stworzyłam na laptopie kompletny system bezpieczeństwa, wyposażony w nadajniki GPS ukryte zarówno w moim telefonie, jak i komputerze, a także wielowarstwowy firewall, którego mogłaby mi pozazdrościć większość agencji rządowych.

Corbin obserwował w osłupieniu, jak kilkoma szybkimi uderzeniami w klawisze finalizuję konfigurację.

— To... niemożliwe — wykrztusił w końcu, poprawiając okulary. — Właśnie zbudowałaś całą strukturę bezpieczeństwa w kilka minut. Profesjonalnym zespołom stworzenie czegoś takiego zajęłoby całe dnie.

Wzruszyłam ramionami, uruchamiając ostatnią diagnostykę. — To nie jest aż tak skomplikowane, gdy rozumie się architekturę.

— Nieskomplikowane? — Głos Corbina załamał się z niedowierzania. — Napisałaś kod lokalizatorów, zaszyfrowane protokoły uwierzytelniania i coś, co wygląda na zaporę ogniową klasy wojskowej szybciej, niż większość ludzi wpisuje swoje nazwisko!

Pozwoliłam sobie na blady uśmiech. W moim poprzednim życiu jako Echo i haker znany tylko jako X, tworzyłam systemy zdolne wytrzymać najbardziej wyrafinowane ataki rządowe. To, co zrobiłam teraz, było przy tym dziecinną igraszką.

— Mogłabym cię nauczyć, jeśli jesteś zainteresowany — zaproponowałam, zauważając jego intensywne skupienie.

Gwałtownie podniósł głowę, a w jego oczach zapłonęła ekscytacja. — Poważnie? Nauczyłabyś mnie, jak to robić?

— Masz do tego głowę — powiedziałam, zamykając laptopa. — Ale najpierw zjedzmy coś. Umieram z głodu.

---

Hotelowa restauracja lśniła polerowanym marmurem i kryształowymi żyrandolami. Kelner w nienagannie wyprasowanym mundurze podszedł do naszego stolika, z nabożną czcią prezentując butelkę czerwonego wina.

— Château Margaux, rocznik 2009, zgodnie z życzeniem, proszę pani — ogłosił.

Wzięłam zdawkowy łyk, po czym odstawiłam kieliszek. W poprzednim życiu wyrobiłam sobie wyrafinowane podniebienie do szlachetnych win – była to umiejętność niezbędna do infiltrowania wydarzeń z wyższych sfer. Ale to ciało miało siedemnaście lat, a alkohol tylko spowolniłby mój refleks.

Przez cały posiłek czułam na sobie wzrok Corbina – obserwował nie tylko to, co jem, ale i sposób, w jaki to robię. To, jak trzymałam nóż, kąt nachylenia nadgarstka przy podnoszeniu szklanki z wodą. Wszystkie dystyngowane maniery, które przyswoiłam przez lata pracy jako wysokiej klasy zabójczyni, były teraz w pełni widoczne.

— Wydajesz się tu inna — powiedział w końcu między daniami. — Jakbyś... pasowała do takiego miejsca.

Uniosłam brew. — I to cię dziwi?

— No tak. Dorastaliśmy, jedząc obiady z mikrofali na papierowych talerzach.

Corbin zmagał się z licznymi sztućcami; podniósł niewłaściwy widelec, po czym szybko go odłożył, widząc, że ja używam innego. Jego policzki zapłonęły rumieńcem wstydu.

— Nigdy wcześniej nie jadłem w miejscu, gdzie jest więcej niż jeden widelec — szepnął.

— Przyzwyczaisz się — zapewniłam go.

Podszedł kelner z rachunkiem, dyskretnie kładąc skórzane etui obok mojego talerza. Otworzyłam je bez wahania, ale Corbin nachylił się, nie mogąc powstrzymać ciekawości. Szczęka mu opadła.

— Osiem tysięcy dwieście dolarów? — syknął drżącym głosem. — To... to obłęd!

Kelner odchrząknął. — Samo Château Margaux kosztuje pięć tysięcy, proszę pana. To edycja limitowana.

Corbin wyglądał, jakby zaraz miał zemdleć. — Przecież prawie go nie wypiłaś!

Bez słowa podałam kelnerowi kartę kredytową.

---

W taksówce jadącej do domu Corbin milczał, wpatrując się w przesuwające się za oknem światła miasta. Co chwilę dotykał kołnierzyka swojej nowej markowej koszuli, jakby wciąż nie wierzył, że należy do niego.

— Nigdy nie przeżyłem czegoś takiego — odezwał się wreszcie głosem pełnym podziwu. — To, jak nas traktowali, jak odsuwali krzesła i składali serwetki, kiedy wstawaliśmy... i to jedzenie! Połowy składników nawet nie rozpoznałem.

— To tylko kolacja, Corbin — odpowiedziałam swobodnie.

— Tylko kolacja? — Zaśmiał się cicho, kręcąc głową. — Rowan, całe życie jedliśmy makaron z serem z proszku. Tata świętuje urodziny w barze, który daje darmowe kawałki ciasta.

Jego oczy błyszczały z podekscytowania. — Marmurowe łazienki z prawdziwymi materiałowymi ręcznikami, widok na całe miasto z naszego stolika... czułem się jak w filmie.

Uśmiechnęłam się blado. — Przyzwyczajaj się od razu, Corbin. To dopiero początek.

Jego brwi wystrzeliły w górę, a na twarzy pojawił się szeroki uśmiech. — Początek czego?

Nie odpowiedziałam. Taksówka podjechała pod nasz budynek, a kontrast między luksusem, który właśnie opuściliśmy, a naszym rozpadającym się blokiem, zawisł między nami w ciszy.

---

Tego popołudnia poczekałam, aż dom opustoszeje. Brenda zabrała Chloe na zakupy, a Arthur był na podwójnej zmianie.

Wyciągnęłam spod materaca telefon typu „burner” i wykręciłam numer.

— Centrum Badań Farmaceutycznych Carver, w czym mogę pomóc?

— Poproszę doktora Wallace'a Carvera — powiedziałam. — Chodzi o specjalistyczne związki biochemiczne.

Nastąpiła pauza, po czym usłyszałam kliknięcie, jakby rozmowa była przełączana na bezpieczniejsze połączenie.

— Tu Carver. — Głos był niski i ostrożny. — Nie sądzę, byśmy wcześniej rozmawiali. Skąd ma pani ten numer?

— Pana praca nad formułami wzmacniającymi układ nerwowo-mięśniowy jest dobrze znana w pewnych kręgach — odparłam. — Potrzebuję zsyntetyzowania niestandardowego związku. Konkretnie eksperymentalnego wariantu MR-27 ze zmodyfikowaną strukturą białkową.

Po drugiej stronie linii usłyszałam gwałtowny wdech. — To... ściśle tajne badania. Kim pani jest?

— Kimś, kto jest gotów słono zapłacić za dyskrecję. Potrzebuję tego za dwa tygodnie. Przyjadę do Nowego Jorku, aby odebrać to osobiście.

— Czekaj chwilę. — Jego ton zmienił się z podejrzliwego na zaintrygowany. — Brzmisz niesamowicie młodo. Skąd ktoś taki jak ty może w ogóle wiedzieć o MR-27?

— Cóż, mam swoje źródła. Znam strukturę molekularną i wymagane czynniki stabilizujące. Wiem też, że jest pan jedyną osobą, która potrafi to poprawnie zsyntetyzować.

— Związek, o którym mowa, jest wysoce eksperymentalny — powiedział powoli. — Potencjalne skutki uboczne są...

— Jestem świadoma ryzyka — przerwałam mu. — Przygotuje go pan czy nie?

— Tak. Ale to będzie drogie. Bardzo drogie.

— Ile?

— Za coś tak specjalistycznego, bez zadawania pytań? Dwieście tysięcy. Połowa z góry.

Na chwilę zamknęłam oczy. — Mogę przelać siedemdziesiąt tysięcy teraz. Resztę przy odbiorze.

— Zgoda — przystał po chwili wahania. — Ale wciąż nie rozumiem, jak ktoś w twoim wieku może w ogóle—

Przerwałam połączenie i przelałam całe pozostałe saldo na numer konta, który Carver przysłał mi SMS-em chwilę później.

Stan konta: $0.00

Znowu zaczynam od zera. Ale będzie warto, jeśli formuła zadziała.

---

Wyciągnęłam się na łóżku na krótką drzemkę. Zamiast tego zapadłam w znajomy koszmar.

*Syreny alarmowe wyły w karaibskim ośrodku. Zimne słowa Dyrektora niosły się echem: „Obiekt przeznaczony do eliminacji po pobraniu materiału genetycznego”.*

*Po latach bycia ich idealną bronią, to była moja nagroda – porzucona jak zepsuty sprzęt. Ich zdrada paliła mocniej niż serum w moich żyłach.*

*Zaczęły się eksplozje – reakcje łańcuchowe dokładnie tak, jak zaplanowałam.*

*Ośrodek zapadał się, gdy do środka wdarła się woda morska. Ostatni wybuch wyrzucił mnie w ciemność, podczas gdy wszystko wokół implodowało—*

— ROWAN! Wstawaj, ty leniwa suko!

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki