Spokojnie kontynuowałam jedzenie śniadania, zachowując się tak, jakby nic się nie stało.
Jednak ledwie uszłam trzy kroki za próg stołówki, gdy zauważyłam, że na mnie czekają. Dziewczyna, której głowę parę minut wcześniej zdobiła sałatka, stała tam z przyjaciółką; obie ściskały otwarte kartony mleka, a ich twarze wykrzywiał wyraz pełnego satysfakcji oczekiwania.
Myślały, że zapędziły mnie w kozi róg. Jakie to urocze.
— Myślisz, że jesteś mądra, co? — syknęła Sałatkowa Dziewczyna, z tuszem do rzęs wciąż rozmazanym po wcześniejszym upokorzeniu. — Nikt nas nie ośmiesza i nie uchodzi mu to na sucho.
Jej przyjaciółka, blondynka ze zbyt dużą ilością błyszczyka na ustach, zachichotała. — Dopilnujemy, żeby wszyscy zapamiętali, co spotyka grubych nikogo, kto nie zna swojego miejsca.
Oceniłam sytuację w milisekundach. Dwie amatorskie napastniczki, kiepska postawa, wyraźne sygnalizowanie zamiarów. Planowały oblać mnie mlekiem, prawdopodobnie nagrywając to ukrytym w pobliżu telefonem. Klasyczna wojna w liceum.
— Zobaczymy, jak ci będzie do śmiechu w mleku, świnio — warknęła Sałatkowa Dziewczyna, gdy obie ruszyły do przodu.
Udałam przestraszony krok w tył, celowo przenosząc ciężar ciała tak, jakbym traciła równowagę. Ich oczy rozbłysły na widok tego, co uznały za słabość. Gdy rzuciły się na mnie z kartonami mleka, wykonałam zwrot na lewej stopie, a moja prawa dłoń wystrzeliła w precyzyjnym, wyliczonym ruchu.
Uderzyłam jednocześnie w dno obu kartonów, przykładając siłę wystarczającą, by przekierować ich pęd w górę i w tył. Reszty dokonała fizyka.
Dwa strumienie mleka wystrzeliły w powietrze, lądując prosto na ich starannie ułożonych włosach i markowych ubraniach. Płyn przesiąkł przez koszule, spływając po ich zszokowanych twarzach.
— Ty...! — wrzasnęła Sałatkowa Dziewczyna, cofając się gwałtownie. Jej obcas zahaczył o nierówny chodnik, przez co runęła prosto na przyjaciółkę. Obie wylądowały w niezdarnej kupie mokrych ubrań i rozmazanego makijażu.
Kątem oka dostrzegłam Chloe chowającą się za rogiem. Obserwowała to, prawdopodobnie mając nadzieję, że zobaczy moje upokorzenie. Teraz wymykała się stamtąd, przerażona samą myślą o byciu kojarzoną ze mną.
Przeszłam nad dziewczynami bez drugiego spojrzenia, kierując wzrok na nowy cel. Peyton Kinsley stała sparaliżowana przy szafkach. Tak zwana królowa szkoły Silverton High, odpowiedzialna za organizowanie większości udręk, jakich doznała oryginalna Rowan.
Jej twarz zbielała, gdy podeszłam prosto do niej.
— Czego chcesz? — zażądała, a jej głos lekko drżał.
Nie zatrzymałam się, dopóki nie znalazłam się centymetry od jej twarzy, przypierając ją do szafek.
— Nie możesz mnie tknąć — szepnęła, a drżące usta zdradzały jej strach.
Mało się nie roześmiałam. W poprzednim życiu stawiałam czoła bossom karteli i rządowym zabójcom. Ta dziewczyna myślała, że stanowisko jej tatusia ją uratuje.
Uniosłam pięść, patrząc, jak wzdryga się i zaciska oczy. Zamiast ją uderzyć, z impetem uderzyłam knykciami w szafkę tuż obok jej głowy, a metal wgiął się pod wpływem uderzenia.
Peyton otworzyła szeroko oczy, wpatrując się w idealne wgniecenie, jakie moja pięść zostawiła w stali.
— Trzeciej szansy nie będzie. — Cofnęłam się, dając jej przestrzeń, by mogła znów zaczerpnąć tchu.
Szok Peyton zmienił się we wściekłość, gdy tylko odzyskała rezon. — Rowan Carmichael — wypluła — nie żyjesz. Słyszysz mnie? Nie żyjesz!
Ja już odchodziłam, a jej groźby były dla mnie równie znaczące, co napady złości dziecka.
— Rowan!
Odwróciłam się i zobaczyłam Corbina kulejącego pośpiesznie korytarzem; na jego twarzy malował się niepokój.
— Wszystko w porządku? — zapytał, lekko zdyszany wysiłkiem, by do mnie dotrzeć. — Słyszałem, że jakieś dziewczyny planowały zasadzkę na ciebie po śniadaniu.
— W porządku — zapewniłam go. — Nic, z czym bym sobie nie poradziła.
Corbin rozejrzał się po pobojowisku. — Tak, widzę. — Mały, niepewny uśmiech przemknął przez jego twarz. — Ty... ostatnio się zmieniłaś.
Wzruszyłam ramionami. — Po prostu przestałam znosić to gówno.
— Ale nigdy wcześniej się nie stawiałaś. Zawsze mówiłaś, że nie warto zachodu.
— Niektóre rzeczy są warte zachodu — odpowiedziałam, nagle świadoma, jak obco te słowa muszą brzmieć w ustach oryginalnej Rowan. — Poza tym, wcześniej byłam po prostu leniwa.
Corbin przyglądał mi się z mieszaniną dezorientacji i podziwu. — Cóż, cokolwiek się zmieniło, myślę, że mi się to podoba.
Nasz moment przerwał śmiech dobiegający z głębi korytarza. Nadchodził Gideon z jednym ze swoich kolegów, który wskazywał w naszą stronę.
— Patrzcie, kto to — powiedział kumpel głośno, tak byśmy mogli go usłyszeć. — Grubaska i kaleka. Elita Silverton.
Przyjrzałam się Gideonowi uważnie po raz pierwszy od mojego odrodzenia. Według wspomnień oryginalnej Rowan, miała na jego punkcie obsesję od lat. Patrząc na niego teraz, nie rozumiałam dlaczego. Był co najwyżej przeciętnie przystojny — symetryczne rysy, wysportowana sylwetka, markowe ciuchy. Nic specjalnego. Z pewnością nie był wart tego żałosnego wzdychania, któremu oddawała się oryginalna Rowan.
— Zamknij się — wymruczał Corbin, a jego wcześniejsza pewność siebie wyparowała.
— Co mówiłeś, kuśtyku? — zakpił chłopak, podchodząc bliżej. — Nie słyszałem cię przez ten dźwięk szurania twoją nogą.
Poczułam, jak coś poruszyło się w mojej piersi. Zanim zdążyłam to przeanalizować, ruszyłam do działania.
Jednym płynnym ruchem chwyciłam chłopaka za kołnierz i obróciłam go, przygniatając do poręczy na korytarzu. Jego plecy wygięły się na metalowym pręcie, a oczy rozszerzyły się z szoku, gdy trzymałam go w zawieszeniu, a jego stopy ledwie dotykały ziemi.
— Puść go! — krzyknął Gideon, ruszając do przodu.
Nawet nie spojrzałam w jego stronę. — Zamknij się. To nie twoja sprawa.
Szok na twarzy Gideona był niemal komiczny.
— Przeproś mojego brata — powiedziałam do chłopaka głosem lodowato spokojnym.
— Wal się — wydyszał, wciąż próbując zgrywać twardziela mimo strachu w oczach.
Nachyliłam się bliżej. — Wyjaśnię ci coś bardzo wyraźnie. Jeśli jeszcze raz usłyszę słowo „kaleka”, „kuśtyk” lub jakąkolwiek inną żałosną obelgę z twoich ust, to ty będziesz tym, który kuleje. Z tym że twoje kalectwo nie będzie tymczasowe. Zrozumiano?
Wokół zebrał się już mały tłum, studenci szeptali i wskazywali palcami.
— Powiedziałam: przeproś mojego brata.
Chłopak zbladł. — Ja... przepraszam, Corbin.
— Tak, żeby brzmiało to szczerze — nalegałam, zwiększając odrobinę nacisk.
— Przepraszam, Corbin! — pisnął Gavin. — Już więcej tego nie zrobię. Przysięgam!
Puściłam go, a on odsunął się chwiejnie, masując gardło.
Dzwonek na następną lekcję rozproszył tłum gapiów. Corbin gapił się na mnie, jakby widział kogoś obcego.
— Nie musiałaś tego robić — powiedział cicho, gdy szliśmy w stronę naszych klas.
— Musiałam.
— A co z Gideonem? — zapytał po chwili Corbin. — Myślałem, że go kochasz.
Prychnęłam. — Nigdy nic nie czułam do tego gościa.
Corbin zatrzymał się. — Co? Przecież masz na jego punkcie obsesję od pierwszej klasy. Masz cały dziennik wypełniony bazgrołami „Pani Rowan Fletcher”.
W duchu przeklęłam oryginalną Rowan za jej żenującą fiksację. — Ludzie się zmieniają. Po prostu zdałam sobie sprawę, że nie jest wart mojego czasu.






