Siedziałam na lekcji zaawansowanej analizy matematycznej u pana Stricklanda, tępo wpatrując się w białą tablicę. Moje myśli nie krążyły wokół pochodnych czy całek — potrzebowałam pieniędzy, i to szybko. Bez gotówki połowa rzeczy, które musiałam zrobić, była niemożliwa. Moje umiejętności jako Echo były w zasadzie bezużyteczne bez odpowiedniego finansowania.
Mogłabym włamać się na kilka kont — moje zdolności jako „X” pozostały nienaruszone — ale wykorzystanie tych umiejętności zbyt wcześnie mogłoby przyciągnąć uwagę niepożądanych źródeł. Musiałam siedzieć cicho, dopóki w pełni nie zaadaptuję się do tego nowego życia. Może hazard na małą skalę? Albo dyskretne „rozwiązywanie problemów” dla zamożnych klientów poruszających się w prawnych szarych strefach...
— Panno Carmichael!
Mrugnęłam, widząc pana Stricklanda wyrastającego nad moim biurkiem, z twarzą wykrzywioną irytacją.
— Skoro uważa panna moją lekcję za tak nudną, że aż śni panna na jawie, to może zechce panna oświecić klasę odpowiedzią na to zadanie? — Gestykulował dramatycznie w stronę złożonego równania analizy wielu zmiennych na tablicy.
W klasie zapadła cisza. Wszyscy wiedzieli, że Rowan Carmichael była klasowym głąbem z matematyki. To był sposób Stricklanda na upokorzenie mnie, kara za nieuwagę.
Zerknęłam na zadanie, a potem na pewną siebie twarz Stricklanda. Równanie było śmiesznie proste dla kogoś, kto obliczał trajektorie pocisków, uwzględniając prędkość wiatru, odległość i krzywiznę Ziemi.
— Panno Carmichael, czekamy. Czy woli panna nadal być obciążeniem dla średniej ocen tej klasy?
Wstałam powoli, podeszłam do tablicy i wzięłam marker. Szybkimi, pewnymi ruchami nie tylko rozwiązałam problem, ale i rozwinęłam go, pokazując elegancką metodę rozwiązania, której nie omawiano jeszcze na lekcjach.
Odwróciłam się i oddałam marker panu Stricklandowi, któremu lekko opadła szczęka.
— Podejście w naszym podręczniku jest niepotrzebnie skomplikowane — powiedziałam spokojnie. — Ta metoda jest wydajniejsza i zapewnia głębszy wgląd w podstawowe zasady matematyczne.
Klasa siedziała w osłupieniu. Strickland zakrztusił się, a jego twarz zrobiła się czerwona.
— To... to poprawny wynik. Ale tego podejścia nie ma w naszym programie.
— Zatem być może wasz program wymaga aktualizacji — odparłam, wracając na miejsce. — I jako pedagog może zechce pan rozważyć fakt, że upokarzanie uczniów nie jest skuteczną strategią nauczania.
Kilku uczniów wstrzymało oddech. Inni patrzyli na mnie z nowo odkrytym szacunkiem. Strickland odchrząknął, wyraźnie zbity z pantałyku, i wymamrotał coś o „szczęśliwym trafie”, po czym pospiesznie kontynuował lekcję.
---
Po szkole dostrzegłam Corbina przed sobą na ścieżce do domu; szedł sam, lekko powłócząc chorą nogą. Nie poczekał na mnie. Przyspieszyłam kroku, by go dogonić.
— Corbin — zawołałam.
Odwrócił się, a na jego twarzy odmalowało się zdziwienie. — O. Hej.
Zrównałam z nim krok. — Dlaczego nie poczekałeś na mnie po szkole?
Corbin odwrócił wzrok. — Nie sądziłem, że będziesz chciała, żeby cię ze mną widziano. Zwłaszcza po tym, jak...
— Po czym?
— Po tym, jak nie potrafiłem się nawet postawić tym gościom. Gali coś o tobie, a ja próbowałem, ale...
— Jakim gościom?
— Tylko kilku futbolistów. To nieważne.
Szliśmy przez chwilę w milczeniu, utykanie Corbina było wyraźniejsze po całym dniu w szkole. Zauważyłam, że od czasu do czasu krzywił się, przenosząc ciężar ciała na lewą stopę.
— Naprawdę zamierzasz podejść poważnie do podań na studia? — zapytał po chwili Corbin, zmieniając temat. — Nigdy wcześniej ci na tym nie zależało.
— Tak — odpowiedziałam krótko.
Corbin studiował mój profil. — Co się zmieniło, Rowan? To tak, jakbyś nagle stała się zupełnie inną osobą.
Niemal uśmiechnęłam się na myśl o tej ironii. — Powiedzmy, że dostałam sygnał do przebudzenia.
---
Kiedy dotarliśmy do domu, Brenda czekała w kuchni z założonymi rękami.
— No i jesteście — warknęła na mnie. — Dzisiaj mam nocną zmianę. Zrób kolację dla wszystkich, zanim wyjdę.
Przeszłam obok niej, nie reagując na polecenie, kierując się prosto do swojego pokoju.
— Słyszałaś mnie? — zawołała za mną Brenda, a jej głos podniósł się z oburzenia. — Powiedziałam: zrób kolację!
Zatrzymałam się u dołu schodów, lekko obracając. — Nie.
To jedno słowo zawisło między nami w powietrzu. Twarz Brendy wykrzywiła się z niedowierzania, nie była przyzwyczajona do bezpośredniego oporu.
— Co ty właśnie do mnie powiedziałaś?
— Powiedziałam: nie. Zrób sobie kolację sama. — Ruszyłam dalej po schodach bez kolejnego spojrzenia.
Kątem oka widziałam, jak Corbin stoi niezręcznie w kuchni, podczas gdy twarz Brendy robi się czerwona z wściekłości. Bez słowa zaczął wyciągać składniki z lodówki, cicho przygotowując się do gotowania zamiast mnie.
— Nawet się nie waż — usłyszałam syk Brendy skierowany do niego. — Idź na górę i skończ te zadania przygotowawcze do SAT. Nie po to płaciłam za ten podręcznik, żeby leżał bezużytecznie.
Usłyszałam wahanie Corbina, a potem jego nierówne kroki, gdy utykając, wchodził na górę, zostawiając Brendę mruczącą przekleństwa, gdy zaczęła pichcić pospieszny posiłek.
---
Przez kilka następnych dni utrzymywałam rygorystyczny plan ćwiczeń. Każdego ranka zmuszałam swoje ciało do większego wysiłku, ignorując pieczenie w mięśniach i płucach. Powoli moja sylwetka zaczęła się zmieniać, tłuszcz ustępował miejsca wyłaniającym się mięśniom. Moja wytrzymałość poprawiła się i mogłam biegać dłużej bez łapania tchu.
Brenda całkowicie przestała robić dla mnie kolacje, co było dziecinną karą, której ledwie doświadczałam. Nie mając pieniędzy na karcie stołówkowej, po prostu przestałam w ogóle jeść kolacje, co tylko przyspieszyło moją utratę wagi.
Pewnej nocy, gdy kończyłam pompki na podwórku, usłyszałam hałas w alejce za naszym domem. Podchodząc ostrożnie do płotu, wyjrzałam i zobaczyłam mężczyznę zataczającego się w wąskim przejściu, z jedną ręką przyciśniętą do brzucha. Nawet w przyćmionym świetle dostrzegłam ciemną plamę rozprzestrzeniającą się na jego koszuli — krew.
Mężczyzna osunął się pod ścianę, oddychając ciężko i nerwowo oglądając się za siebie.
Bez wahania przeskoczyłam przez płot, lądując bezszelestnie obok niego. Mężczyzna drgnął z zaskoczenia, sięgając po coś, co uznałam za ukrytą broń.
— Potrzebujesz pomocy? — zapytałam spokojnie, oceniając już ranę. Postrzał w dolną część brzucha, ominął kluczowe organy. Bolesny, ale nie od razu śmiertelny.
Mężczyzna gapił się na mnie podejrzliwie. Rozpoznałam go natychmiast.
— Wykrwawiasz się w ciemnej alejce w gównianej dzielnicy — zauważyłam. — Nie masz zbyt dużego wyboru.
W oddali usłyszałam liczne kroki i szorstkie szepty. Ktokolwiek polował na tego człowieka, był coraz bliżej.
Sięgnęłam do kieszeni marynarki mężczyzny i wyciągnęłam drogo wyglądające pióro. Z wyćwiczoną precyzją odkręciłam je i zapisałam ciąg cyfr na jego ramieniu.
— Kula nie trafiła w nic ważnego. Przeżyjesz — powiedziałam rzeczowo. — Przejdź przez to podwórko, wyjdź tylną bramą i skręć w pierwszą w prawo. Trzy przecznice dalej jest opuszczona stacja benzynowa, gdzie możesz się ukryć, aż przybędzie twój zespół ewakuacyjny.
Oczy mężczyzny rozszerzyły się ze zdziwienia nad moją oceną sytuacji i wiedzą.
— Jeśli przeżyjesz, przelej trochę pieniędzy na numer konta, który właśnie zapisałam. Potraktuj to jako profesjonalną opłatę za przysługę.
Kroki stawały się coraz głośniejsze. Mężczyzna skinął raz głową, po czym podniósł się i kulejąc, ruszył w stronę naszej tylnej bramy.






