Z perspektywy Sylvie
I wtedy pobiegłam.
Przekroczyłam granicę stada, czując, jak słaba więź łącząca mnie z tą społecznością w końcu pęka, i poczułam się wolna. Kallia zawyła ze szczęścia, gdy jej łapy uderzyły o ziemię, a my rzuciłyśmy się naprzód z pełną prędkością.
Usłyszałam w oddali wycie; to znak, że Varek wysłał za mną pościg. Kallia jednak pędziła na oślep, z wiatrem mierzwiącym jej futro, kompletnie nie przejmując się goniącymi nas wojownikami. Nigdy wcześniej nie zaznała takiej wolności i po prostu się nią upajała.
Biegłyśmy przez tereny niczyje, co oznaczało, że w pobliżu mogli kręcić się Samotnicy. Słyszałam o nich, choć nigdy żadnego nie widziałam. Moje wspomnienia z czasu śmierci rodziców niemal wyparowały, ale wiedziałam, że to niebezpieczne wilki, które utraciły więź ze swoją ludzką naturą. Ponoć zachowują się dziko, mają czerwone oczy i zabijają wszystko, co stanie im na drodze.
Wycie stawało się coraz wyraźniejsze – mieliśmy towarzystwo. Varek musiał być naprawdę zdesperowany, by wysłać za mną ludzi. Nic dla niego nie znaczyłam, nie powinien w ogóle zawracać sobie głowy kimś tak nieistotnym jak ja.
Kallia ani na moment nie zwolniła, gładko omijając gałęzie i przeskakując powalone drzewa. Wiedziałam, że musimy zgubić ogon, a dodatkowo nikt nie mógł nas rozpoznać, więc musiałyśmy jakoś ukryć nasz wyjątkowy kolor.
Mijałyśmy błotnistą kałużę i Kallia z zapałem się w niej wytarzała, aż nasze futro przybrało brudnobrązowy odcień. Rozumiałam, że to za mało, by zakamuflować zapach, ale zdecydowanie ukrywało naszą barwę.
"Kal, nie możemy teraz wpaść. Musimy zatrzeć nasz zapach, żeby zyskać dość czasu na dotarcie do innego stada" – rzuciłam przez naszą więź myślową.
"Wiem, Sylvie. Musimy znaleźć jezioro albo wejść w coś wielkiego, by przesiąknąć nową wonią, albo wytarzać się w stercie padliny, by ukryć nasz zapach. Nie mam pojęcia, jak daleko mamy do jakiegoś bezpiecznego stada" – odparła, nie zatrzymując się nawet na moment.
Przed nami wyłoniło się jezioro; bez wahania wskoczyłyśmy do wody. Była lodowata, i mimo że znajdowałam się w wilczej formie, przeszył mnie ziąb aż do kości. Kallia warknęła cicho i powoli położyła się w miejscu, gdzie woda nie była zbyt głęboka, ale wystarczająca, by ukryć nasze ciała przed wzrokiem przechodzących.
Zobaczyłyśmy zbliżających się pięć wilków i zamarłyśmy w bezruchu. Modliłam się do Księżycowej Bogini, by nas nie wykryto. Nie wiedziałam, co mnie czeka, jeśli tam wrócę, i za nic w świecie nie chciałam się tego dowiedzieć. Wolałam zginąć tutaj, zdana tylko na siebie, niż wrócić do tego okrutnego, popieprzonego stada.
Poczułam, jak jeden z wilków węszy w powietrzu. Kallia wstrzymała oddech. Wilk nie wyczuł żadnego śladu; pokręcili się jeszcze trochę i ruszyli z powrotem w stronę, z której przyszli.
Odczekałyśmy chwilę, po czym wyszłyśmy z jeziora i zniknęłyśmy w lesie, gnając tak szybko, jak tylko niosły nas łapy. Biegłyśmy aż do wczesnego ranka, zanim zatrzymałyśmy się pod drzewem, by złapać oddech.
"Kallio, pozwól mi się przemienić, żebyś mogła odpocząć, zanim ruszymy dalej" – zasugerowałam. Wyglądała na zmęczoną, a nasze łapy były całe brązowe po całonocnym biegu.
"Nie mogę pozwolić ci wrócić do ludzkiej postaci. Nie wzięłyśmy ubrań na zmianę, a na zewnątrz jest potwornie zimno. Musimy pozostać w tej formie, żeby oszczędzać energię i utrzymać temperaturę ciała" – powiedziała, a ja musiałam przyznać jej rację.
Kompletnie tego nie przemyślałyśmy. Po prostu chciałyśmy uciec, nie mając pojęcia dokąd i jak to zrobić. Nawet nie wiedziałam, że nasze stado było tak oddalone od innych, bo przez osiem lat ani razu nie opuściłam jego granic.
Kallia dostrzegła królika, upolowała go i zjadła część. Resztę położyła obok. Kiedy słońce było już wysoko na niebie, zapadłyśmy w sen. Kładąc łeb na przednich łapach, zdążyłam tylko pomyśleć: oby nikt nas nie schwytał we śnie.
Obudziłyśmy się, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, i znów podjęłyśmy bieg. Musiałyśmy znaleźć stado, które nas przyjmie; nie uciekłyśmy przed Varekiem po to, by do końca życia błąkać się po puszczy.
Taki tryb życia wiodłyśmy przez dwa dni. Spałyśmy za dnia, biegłyśmy nocą. Odkąd uciekłyśmy z Silver-veil, ani razu nie zrzuciłyśmy wilczej skóry. Nasze tempo drastycznie spadło, a futro wciąż było zbrązowiałe od spania na leśnym poszyciu.
Trzeciego dnia zaczął padać deszcz i nie mogłyśmy się zatrzymać na drzemkę. Kallia zamierzała ułożyć się pod wielkim, dającym schronienie drzewem, gdy w nasze nozdrza uderzył smród. Pachniało jak martwy szczur, tylko dziesięć razy gorzej. Czując, że mamy towarzystwo, Kallia wytarzała się w błocie, by lepiej zamaskować kolor naszej sierści.
Przez strugi deszczu ujrzałyśmy żarzące się czerwone oczy. Samotnik. Wilk wyglądał dziko i niebezpiecznie, a odrażający odór uderzał od niego mimo ulewy.
Zawył w naszą stronę. Zareagowałyśmy czystym instynktem przetrwania i odwarknęłyśmy. Pożerał nas wzrokiem, a my kłapnęłyśmy zębami, wyzywając go do ataku.
Ryknął głośno i rzucił się do gardła. Kallia instynktownie odskoczyła w bok, a dziki wilk chybił. To go chyba rozwścieczyło, bo od razu spróbował ugryźć w tylną lewą łapę. Tego się nie spodziewałyśmy; odgryzł nam spory kawałek ciała z tylnej kończyny. Zawyłyśmy z bólu i kulejąc, uskoczyłyśmy przed kolejnym ciosem.
Odruchowo zamachnęłyśmy się łapą, by rozszarpać mu pierś. Zatoczył się do tyłu. Zaczęliśmy krążyć wokół siebie. W pewnym momencie zaatakował, celując w lewą stronę brzucha. Chwycił nas znienacka i wyrwał kawał mięsa; krew zabarwiła nasze futro.
Nagle przez nasze ciało przepłynęła iskra. Samotnik został odrzucony i uderzył grzbietem o drzewo. Zaraz jednak znowu się rzucił. Uniknęłyśmy ciosu, a gdy zbliżył się wystarczająco, wgryzłyśmy się prosto w jego szyję. Próbował się wyrwać, ale przycisnęłyśmy go do ziemi. Krew tryskała we wszystkich kierunkach, również na nasze futro.
Zwaliałyśmy go z nóg i przygniotłyśmy do ziemi, zadając ciosy na oślep, od których wył z bólu. Na chwilę przed jego końcem, w jego oczach błysnęło coś nieuchwytnego. Myślę, że to był strach; zastanawiałam się, co dostrzegł w naszych oczach, że tak się przeraził.
Kiedy padł martwy, pobiegłam. Biegłam aż dotarłam na terytorium jakiegoś stada. Zaledwie wkroczyłam na ich ziemie, a już słyszałam wokół wycie. Myśleli, że to ja jestem Samotnikiem. Wpadłam prosto w środek stada i poczułam, jak otaczają mnie potężne wilki.
Zaczęli warczeć, a ja odwarknęłam im tym samym. Nie dam się znów traktować jak śmieć; nigdy więcej nie pozwolę się uwięzić. Miałam właśnie zaatakować jednego z nich, kiedy poczułam w boku ukłucie igły. Zakręciło mi się w głowie, padłam na ziemię i wróciłam do ludzkiej formy. Całkowicie naga.
"Zabrać ją do lochów i czekać na rozkazy Alphy" – to ostatnie, co usłyszałam, nim szorstkie ręce poderwały mnie z ziemi.
Myślałam, że zdołam uciec, a teraz naprawdę umrę – to była moja ostatnia myśl przed utratą przytomności.






