"Stephie? Stephie..." – usłyszałam znajomy głos Stevena, który ochryple wołał moje imię, podczas gdy byłam w półśnie.
Stopniowo odzyskiwałam ostrość widzenia, odsłaniając wyraźny obraz osoby obok mnie. To był Steven. Był niczym lśniące światło, prowadzące mnie przez mroczne czasy. Był jak moje lekarstwo, napełniając mnie motywacją i nadzieją na dalsze życie.
"Steven..." – szepnęłam, kręcąc głową.






