"Szefowo, ty to masz bystre oko! Już szykuję pieniądze, żeby zapłacić rodzinie Yarwoodów!"
Spojrzenie Wynter pozostało obojętne, gdy odparła: "Nie spieszy się. Najpierw pójdę spać, a zajmę się tym jutro".
Poza zarabianiem pieniędzy, największą pasją Wynter było leczenie przeróżnych, skomplikowanych schorzeń.
Przypadki takie jak ten rodziny Yarwoodów zapowiadały się całkiem nieźle. Prawdę mówiąc, była jedyną osobą, która mogła ze spokojem podejść do przyjazdu Yarwoodów do Southville.
Biorąc pod uwagę obecną sytuację, wszystkie prestiżowe rodziny w Southville ogarnęła gorączka. Nawet rody takie jak Yatesowie dwoili się i troili, uruchamiając wszelkie kontakty, byle tylko zdobyć zaproszenie od rodziny Yarwoodów.
Plotki krążyły nawet w kręgach zwykłych mieszkańców, sprawiając, że ten miesiąc w Southville był wyjątkowo ożywiony.
Najpierw najbogatszy człowiek w Kingbourne szukał swojej wnuczki, a teraz rodzina Yarwoodów przybyła na medyczne konsultacje.
Krążyły pogłoski, że w Southville pojawił się legendarny lekarz, znany jako "Doktor Cud", co stało się bezpośrednim powodem wizyty Yarwoodów.
O owym "Doktorze Cudzie" krążyło mnóstwo plotek, lecz trudno było odróżnić prawdę od fałszu.
Biorąc pod uwagę zaproszenie rodziny Yarwoodów, ów "Doktor Cud" mógł faktycznie się zjawić…
…
Następnego dnia, na dziedzińcu dla emerytów, Wynter znów obudziła się późno. Jak każdy pracujący człowiek, niechętnie opuszczała swój rześki, mały domek i miękkie łóżko w tak gorący poranek.
Musiała jednak zarabiać pieniądze.
Po umyciu twarzy wyszła tylko z torbą, bez grama makijażu. Chwyciła miejski rower, aby uniknąć stania w korkach w porannych godzinach szczytu.
"Cześć, Wynter. Wybierasz się gdzieś?"
"Mhm... Tak".
Każdy, kogo mijała, witał się z nią. Wynter przyjęła hot doga, którego dał jej Jacob. Ruszyła przed siebie bez cienia troski. W mgnieniu oka wtopiła się w strumień ruchu ulicznego.
Pół godziny później, w słynnym Hotelu Caesar w Southville, w holu i jego okolicach tętniło życie. Zgromadziły się tu luksusowe samochody z całego Southville.
W porównaniu z nimi Wynter, jadąca na rowerze, wyjątkowo rzucała się w oczy.
Gdy tylko podjechała, jeszcze zanim zdążyła zaparkować, podszedł do niej ochroniarz, Micah, z zamiarem przepędzenia jej.
"Zjeżdżaj stąd. Skąd się tu wzięłaś, biedna studentko? Dziś nie jesteśmy otwarci dla publiczności", rzucił Micah.
Wynter sparła rower o nogę i spojrzała mu w oczy. Jej ton był opanowany, gdy powiedziała: "Jestem tu, by kogoś uratować".
"Ty? Tutaj, by kogoś uratować?" Micah wybuchnął śmiechem. "Słuchaj, mała, nie jesteś wcale taka stara, ale całkiem nieźle idzie ci przechwalanie się".
Wynter przez chwilę się zastanowiła, po czym wyświetliła stronę z zaproszeniem na swoim telefonie i powiedziała: "Proszę przekazać ludziom wewnątrz, że Doktor Cud przybyła, aby przyjąć zaproszenie".
"Doktor Cud? W takim razie ja też jestem cudownym lekarzem!" Micah posłał jej pogardliwe spojrzenie i dodał: "Widziałem w życiu mnóstwo zaproszeń, ale jeszcze nigdy nie spotkałem się z tym, żeby ktoś pokazywał je na telefonie tak jak ty..."
Z tymi słowami odprawił Wynter lekceważącym machnięciem ręki i rzucił: "Szybko stąd zmykaj. Nie tarasuj drogi".
Skończywszy mówić, Micah z ochotą podszedł i otworzył drzwi luksusowego samochodu. Powiedział: "Pani Gibson, panno Yates, witamy. Szybko poinformuję o tym gości wewnątrz i przygotuję dla was herbatę".
Osoby w eleganckim aucie jedynie skinęły głowami przez szybę, nie zaszczycając go słowem. Micah był jednak zachwycony, jakby właśnie dostał ogromną premię.
Gdy luksusowy wóz przejeżdżał obok, Yvette siedząca w środku wydawała się rozpoznać Wynter i przez szybę posłała jej spojrzenie pełne wahania.
Pani Gibson zapytała: "Yvette, co się stało?"
Yvette zaśmiała się cicho i odparła: "Nic".
Na zewnątrz, spojrzenie Wynter pozostało obojętne. Odeszła zdecydowanym krokiem, a w kąciku jej ust igrał drwiący uśmiech.
Nigdy nie przypuszczała, że ktoś, kto za pomocą jednej igły decyduje o życiu i śmierci, zostanie potraktowany z taką pogardą.
Istotnie, ci, którzy doświadczali utraty pozycji i wpływów, często musieli mierzyć się później ze zniewagami. Wynter lekko uniosła kąciki ust.
Uważała, że leczenie zależy od losu, i nie zamierzała pomagać tym, którzy kierowali się wyłącznie własnymi korzyściami.
Dzisiaj zrezygnuje z tych konsultacji.
Wyciągnąwszy telefon, Wynter miała właśnie wysłać wiadomość o odmowie.
Nagle po drugiej stronie ulicy rozległ się krzyk.
"O nie, ktoś zemdlał!"
W mgnieniu oka zbiegł się tłum gapiów.
"O mój Boże! To dziecko!"
"Jego twarz jest taka blada..."
Słysząc zamieszanie, Wynter nie wahała się ani chwili. Zatrzymała rower i szybkim krokiem ruszyła w stronę zgromadzenia.
Leżący na ziemi mały chłopiec miał zaledwie trzy lub cztery lata. Jego czoło było mokre, jakby oblał go gęsty pot.
Ktoś chwycił za ramię osobę w białym kitlu i krzyknął: "Młody człowieku, jesteś lekarzem, prawda? Szybko, ratuj to dziecko!"
"Nie, nie mogę tego zrobić, proszę pani. Nie ma tu jego rodziny, a ja nie śmiem podejmować inicjatywy". Osoba w białym kitlu pokręciła głową, okazując pewną pogardę. "Poza tym, nie leczę byle kogo".
Widząc to, Wynter bezceremonialnie przepchnęła się przez tłum. Jej głos był czysty, a ton wysoce profesjonalny, gdy rzekła: "Proszę zrobić miejsce. Udrożnić drogi oddechowe. Pacjent potrzebuje wentylacji, żeby obniżyć temperaturę ciała".
Być może była to kwestia jej niepodważalnej aury autorytetu, ale gapiowie po usłyszeniu jej słów, ku ogólnemu zaskoczeniu, wcale jej nie kwestionowali.
Gdy Wynter kucnęła, jej palce natychmiast powędrowały w stronę szyi chłopca.
Stojąca obok kobieta, Patricia, nieco się zaniepokoiła i zapytała: "Dziewczynko, jesteś dość młoda. Poradzisz sobie z tym?"






