Elara
Minęło pięć lat od tamtego feralnego dnia. Pięć lat, podczas których nie było niemal dnia, bym o tym nie myślała – o bólu, który czułam w piersi, gdy odjeżdżałam spod tamtego domu, i o tym, jak łzy rozmywały mi światła ulicznych latarni.
Ale życie toczy się dalej.
Minęły dwa lata, odkąd ostatni raz postawiłam stopę w Oravon, mieście, które niegdyś kochałam. Teraz jednak wróciłam. Przyjechałam tu tylko na moją wystawę w Galerii Sztuki Nowoczesnej Oravon – w przeciwnym razie prawdopodobnie nie zawracałabym sobie tym głowy. To miasto pachnie dla mnie teraz złamanym sercem i gdyby ta wystawa nie znaczyła dla mnie tak wiele, odrzuciłabym ofertę. Przez ostatnie pięć lat bywałam tu wyłącznie z absolutnej konieczności. Ale tej szansy nie mogłam zmarnować.
Galeria Morcant to ogromna, genialnie zaprojektowana przestrzeń. Odkąd pięć lat temu obroniłam dyplom, marzyłam, by kiedyś tu wystawiać. I oto jestem, patrząc, jak personel wiesza kolejne z moich wielkoformatowych płócien dokładnie tam, gdzie wskazałam na nieskazitelnie białej ścianie.
Jestem szczęśliwa. Moje poplamione farbą ogrodniczki pokrywa kurz i brud, a w moim ulubionym żółtym swetrze zrobiła się dziura od noszenia obrazów, ale nie potrafię przestać się uśmiechać.
Przynajmniej do momentu, gdy ktoś o nim wspomina.
– Prezydent Alf i jego narzeczona wciąż nie wzięli ślubu – słyszę, jak jedna z asystentek galerii mówi do drugiej, przechodząc obok, a mój uśmiech natychmiast gaśnie.
Kaelen.
Sama myśl o nim sprawia, że serce zaczyna mi bić szybciej, choć udaję obojętność. Nie muszę słuchać o jego życiu, jego narzeczonej czy jego królestwie.
– Przydałaby mi się jakaś przekąska – rzucam nagle. – Ktoś jeszcze chce coś z automatu?
– Cola brzmi dobrze – mówi jedna z asystentek. Przyjmuję zamówienia od wszystkich i odmawiam przyjęcia pieniędzy, mówiąc, że chętnie postawię. Odchodząc, mam nadzieję, że zanim wrócę, zmienią temat rozmowy.
Nawet teraz, pięć lat później, wciąż go nienawidzę. A jeszcze bardziej nienawidzę tego, że wciąż go, kurwa, kocham.
Jest moim przeznaczonym partnerem. Oczywiście, że moje serce wciąż drży na samą myśl o nim, nawet jeśli mam ochotę skręcić mu kark za to, jak mnie potraktował.
Kiedy po raz pierwszy uciekłam z Ronanem, starałam się nie patrzeć na twarz Kaelena w wiadomościach, ale i tak to robiłam. Ronan kilka razy próbował mnie powstrzymać, mówiąc, że to niedobre dla mojego zdrowia psychicznego. Ale z czasem zdałam sobie sprawę, że nie potrafię nad tym zapanować. Wmawiałam sobie, że po prostu interesuję się sytuacją polityczną w Oravon, ale oboje z Ronanem wiedzieliśmy, że to kłamstwo.
Po prostu chciałam sprawdzić, czy Kaelen cofnie słowa, które wypowiedział. Czy w jakimś akcie prawdziwej miłości odwróci się do kamery i powie: „Elaro, proszę, wróć. Błagam. Tak mi przykro. Kocham cię”.
Nigdy tego nie zrobił, oczywiście. W żadnym z tych wywiadów nawet o mnie nie wspomniał.
Z westchnieniem podchodzę do automatów. Wybieram dla siebie sok pomarańczowy i ciastko, zabieram zamówienia pozostałych osób, a potem, obładowana, ruszam z powrotem do głównej sali.
I wtedy to się dzieje.
Przeznaczenie zawsze znajduje zabawny sposób na manipulowanie sytuacją, prawda?
Jak na zawołanie, zahaczam stopą o znak ostrzegający o mokrej podłodze i ląduję twarzą do przodu. Zanim zdążę zareagować, wszystkie niesione przekąski wylatują mi z rąk, a sok pomarańczowy toczy się po podłodze i uderza w idealnie wypastowany czarny mokasyn.
Nie muszę podnosić wzroku, by wiedzieć, do kogo należy ta noga, ale wbrew zdrowemu rozsądkowi i tak to robię.
On stoi w środku grupy ludzi, którzy nagle zamilkli, i powoli schyla się, by podnieść sok.
Prawie rozważam ucieczkę, prosto przez frontowe drzwi, aż za granicę do Valerac, bez oglądania się za siebie. Ale tego nie robię. Nie dlatego, że nie chcę, ale dlatego, że ciało mi na to nie pozwala.
Bo tam, wpatrując się we mnie tymi ciemnozielonymi oczami, z czarnymi włosami opadającymi na czoło, stoi Kaelen.
Nie potrafię stwierdzić, czy jest zaskoczony, czy pełen urazy. Może jedno i drugie. Ja czuję to samo.
Zanim zdążę się oddalić, Kaelen mnie dostrzega.
– Elara – mówi lekkim tonem. Podnosi sok i wyciąga go w moją stronę.
– To dla tego mnie zostawiłaś? – pyta, a jego zielone oczy przemykają po mnie. Jego głos jest jakimś cudem jeszcze niższy, niż zapamiętałam, a na jego ostrej szczęce widać zarost, którego wcześniej nie nosił. Diabelnie przystojny, jak to mówią. Z naciskiem na „diabelnie”. – Dla soku pomarańczowego i dziurawego swetra?
W jego głosie słychać gorycz, która tnie głębiej, niż chciałabym przyznać.
Krzywię się i wyrywam mu sok, choć nie umyka mi fakt, jak nasze palce o siebie ocierają. Przyciągam kardigan mocniej do siebie, jakby to mogło w jakiś sposób powstrzymać jego spojrzenie przed wypalaniem dziury w mojej duszy.
Oczywiście wiem, że nie wyglądam teraz jak modelka. Moje kasztanowe włosy są zaplecione w niechlujny warkocz opadający na jedno ramię, nie mam na twarzy ani grama makijażu, a pod oczami mam cienie po wczesnej podróży pociągiem do Oravon. Nie tak wyobrażałam sobie to pełne zemsty spotkanie, które planowałam w głowie.
Ale jakimś cudem udaje mi się zachować opanowanie – może dlatego, że mój umysł w końcu wygrał z sercem i po prostu chcę stąd, kurwa, wyjść.
– Zostawiłam cię z wielu powodów, nie tylko dla soku i swetrów, Panie Prezydencie – cedzę przez zęby, kładąc nacisk na dwa ostatnie słowa, po czym gwałtownie odwracam się na pięcie i odchodzę.
Nawet nie jestem pewna, dokąd idę. Mam pełną świadomość, że jedyną rzeczą w tym kierunku jest magazyn na tyłach galerii i że zostawiłam wszystkie przekąski na podłodze. Ale to mnie nie obchodzi; chcę po prostu uciec.
Spojrzenie Kaelena towarzyszy mi przez cały czas – przysięgam, że czuję je nawet po tym, jak znikam za rogiem.
Gdy jestem już poza zasięgiem wzroku, opieram się o ścianę i biorę głęboki oddech, zamykając oczy i odchylając głowę do tyłu. Przytulam sok do piersi, czując nagle, że zaraz zemdleję.
Nie chciałam go już nigdy więcej widzieć. Nie powinnam była tu wracać. A jednak, nieważne jak bardzo nienawidziłam tej wymiany zdań, niemal żałuję, że to nasze ostatnie spotkanie.
Ale to tylko moje serce znowu dochodzi do głosu.
Moje serce, które pięć lat temu pogrzebałam w kamieniu.
Nagle wibruje mój telefon. To SMS od Ronana – pisze, że przejeżdża obok i może mnie odebrać. Z radością się zgadzam i każę mu podjechać pod wejście do galerii. Cieszę się, widząc, że Kaelen i jego gromadka wielbicieli zniknęli, gdy pędzę w stronę frontowych drzwi.
Ale to nie samochód Ronana podjeżdża pod krawężnik, gdy wychodzę na chodnik, wdychając chłodne nocne powietrze.
To lśniący, czarny sportowy samochód. Naprawdę, naprawdę drogi.
A kiedy szyba opada, kogo innego mogłabym tam zobaczyć, jeśli nie Kaelena, do jasnej cholery?
– Wsiadaj, Elara – mówi z całym spokojem kogoś, kto dyskutuje o pogodzie.
Krzywię się i splatam ramiona na piersi. – Odwal się.
On wzdycha, jakby rozmawiał z marudnym brzdącem. – Daj spokój, Elara. Żyjesz tak od pięciu lat – biedna, borykająca się z problemami i samotna. Czas wracać do domu.
Mimo wszystko nie mogę powstrzymać śmiechu. Więc on wciąż myśli, że jestem tylko pazerną na pieniądze dziwką. A co więcej, wydaje mu się, że żyję od wypłaty do wypłaty, walcząc o przetrwanie, zupełnie sama i bez nikogo, komu by na mnie zależało.
Cóż, jest w błędzie. I zaraz się o tym przekona, bo za nim, pod krawężnik, podjeżdża samochód Ronana. Tylne drzwi otwierają się i wypada z nich mały chłopiec z brązowymi włosami i wielkimi niebieskimi oczami.
Uśmiecham się szeroko, odwracam do niego i kucam, wyciągając ramiona. On rzuca mi się na szyję.
– Mamusiu, tak bardzo tęskniliśmy, więc przyjechaliśmy z tatusiem!
– Tak się cieszę, że przyjechaliście, maluchu – mówię, mierzwiąc mu włosy. Oczywiście nie umyka mi głośne wciągnięcie powietrza przez Kaelena.
– Mamusiu? – wyrzuca z siebie Kaelen, wysiadając z samochodu. – Tatusiem? – I na koniec wisienka na torcie: – Tęskniliśmy?
Nie muszę mu odpowiadać, bo chwilę później z samochodu wysiada Ronan. Pomaga małej dziewczynce wyjść z tylnego siedzenia, trzymając ją przy piersi, gdy pewnym krokiem podchodzi do nas.
– Elaro, kochanie, przepraszam, że musialaś czekać.






