– Kae, nie ignoruj mnie. Jestem tu, żeby zabrać cię do domu – powiedział łagodnie Tristan.
Kaelie zmarszczyła brwi. Zabrać ją do domu? Nie było go przy niej, gdy potrzebowała go najbardziej. Teraz nie potrzebowała go wcale.
– Proszę pana, pomylił pan osoby – odparła Kaelie, wyrywając rękę z jego uścisku.
Tristan ściągnął brwi. Wyglądało na to, że wciąż im nie wybaczyła.
– Kaelie, wiem, że nas nienawidzisz, ale wtedy nie mieliśmy wyboru.
– Nie mieliście wyboru? Jak to możliwe? Dokonaliście wyboru.
– Kaelie, dziadek wrócił. Chce cię widzieć. Nawet jeśli my błądziliśmy, dziadek nie zawinił. Bardzo za tobą tęskni. – Rodzina Ashcroft... być może dziadek jest jedyną osobą, której wciąż naprawdę na mnie zależy.
– Rozumiem. Wrócę, żeby się z nim spotkać – odpowiedziała Kaelie.
Zgodnie z przewidywaniami, wspomnienie o dziadku sprawiło, że zmiękła.
– Dziadek prosił, bym cię sprowadził. Chodź ze mną.
– Sama trafię do domu. – Kaelie ucięła rozmowę i odeszła.
Po powrocie do swojego mieszkania w Ferndale, Kaelie otworzyła laptopa, wpisała ciąg kodów i odkryła obciążające dowody korupcji oraz nielegalnej działalności pana Caldwella. Przesłała je bezpośrednio do Rady Sprawiedliwości Valorii.
Zastępca komendanta policji? Pomyślała Kaelie z drwiącym uśmiechem. Te akta wystarczą, by wsadzić cię za kratki do końca życia. Taki śmieć jak ty mógł wychować tylko równie bezwartościowego syna.
Gdy zadanie zostało wykonane, Kaelie zaczęła się pakować.
Po wylądowaniu wzięła taksówkę do hotelu, który zarezerwowała. Choć wróciła do Noverii, nie miała zamiaru zatrzymywać się w rezydencji rodziny Ashcroft.
Po zameldowaniu się i wzięciu prysznica, Kaelie wezwała kolejną taksówkę, by udać się do posiadłości Ashcroftów.
– Mamo, chcesz powiedzieć, że Kaelie wróciła? – Twarz Sloane pociemniała na tę wieść.
– Dziadek poprosił twojego brata, by sprowadził ją do domu – odpowiedziała Eleanor Ashcroft z równie ponurą miną.
– O czym dziadek myśli? Po tym wszystkim, co Kaelie zrobiła, by okryć tę rodzinę hańbą, ludzie wciąż plotkują za moimi plecami! Teraz, gdy wróciła, ilu jeszcze będzie wytykać nas palcami... o córce rodziny Ashcroft...
Zanim Sloane zdążyła dokończyć tyradę, do środka weszła Kaelie. Słyszała każde słowo.
Sloane nic sobie z tego nie robiła.
– Kaelie, jak możesz być tak bezwstydna? Gdybym była tobą, nie miałabym odwagi nawet istnieć na tym świecie.
Słowa Sloane ociekały jadem.
– Jeśli tak bardzo się wstydzisz, możesz umrzeć choćby zaraz – odparła lodowato Kaelie.
– Gdzie jest dziadek? – dodała, nie trudząc się dalszą wymianą zdań. Przybyła tu tylko z jednego powodu: dla dziadka.
Sloane kipiała ze złości. – Mamo, spójrz na nią!
– Dość! Obie bądźcie cicho. – Władczy głos Arthura Ashcrofta rozległ się, gdy ten schodził z drugiego piętra.
– Kaelie jest moją wnuczką i jej miejsce jest w rodzinie Ashcroft. Jeśli któraś z was powie jeszcze choć słowo, może opuścić ten dom!
– Dziadku, chyba nie mówisz poważnie! Kaelie...
– Sloane, czy nie wyraziłem się jasno? – Ton Arthura stał się ostry. – Kaelie, podejmij bliżej. Minęło pięć lat, odkąd cię widziałem.
Widząc dziadka, którego włosy były teraz całkowicie białe, Kaelie poczuła ukłucie poczucia winy i smutku. Zachowała jednak opanowanie i posłusznie podeszła do niego.
– Dziadku, przyszłam cię odwiedzić – powiedziała cicho.
Została zostawiona sama sobie w Ferndale jako nastolatka, bez nikogo, kto by o nią zadbał. Schudła i zmizerniała, ale przetrwała.
Arthur ujął delikatnie jej dłoń.
– Kaelie, pięć lat temu mnie tu nie było. Nie wiedziałem, co się stało. Ale teraz wróciłem. Dopóki tu jestem, nikt nie odważy się cię nękać.






