languageJęzyk

Realizacja

Autor: Jacqueline Roland1 cze 2026

Perspektywa Lorenza

W momencie, gdy na mnie wpadła, wiedziałem, że mój dzień właśnie stał się interesujący.

Ledwo zdążyłem zareagować, zanim odskoczyła, a jej szeroko otwarte oczy wbiły się w moje niczym u sarny złapanej w światła reflektorów. Przez kilka sekund po prostu tam stała z lekko uchylonymi ustami, całkowicie zafascynowana. I niech mnie szlag, byłem tym szczerze rozbawiony.

Nie śpieszyłem się, studiując ją wzrokiem. Pozwoliłem swojemu spojrzeniu przesuwać się po jej delikatnych rysach, po ciemnych włosach opadających na ramiona i lekkim rumieńcu wykwitającym na szyi. Była urocza w sposób, z którego prawdopodobnie nawet nie zdawała sobie sprawy – kompletnie nieświadoma efektu, jaki wywołuje, patrząc na kogoś w ten sposób.

Uśmiechnąłem się półgębkiem, pochylając się lekko. – Wszystko w porządku, hrabino?

Mrugnęła, jakby wyrwała się z jakiegoś zaklęcia, i szybko się cofnęła. Jej policzki były czerwone, ale próbowała to zbagatelizować, krzyżując ręce na piersiach.

Zaśmiałem się cicho i nisko. – Będziesz się tak gapić, czy mam czuć się pochlebiony?

Skrzywiła się, ale zanim zdążyła wymyślić jakąś ciętą ripostę, drzwi butiku otworzyły się na oścież.

Nawet nie musiałem się odwracać, żeby wiedzieć, kto to. W chwili, gdy usłyszałem ten fałszywy, przesadnie przyjazny głos, mój dobry nastrój prysnął.

– Lorenzo! Cóż za miła niespodzianka.

Vittorio.

W końcu oderwałem wzrok od dziewczyny – zgadywałem, że to Sienna – i przeniosłem uwagę na człowieka, którym gardziłem. Szedł w naszą stronę z tym swoim oślizgłym uśmiechem, trzymając ręce swobodnie w kieszeniach drogich spodni. Wszystko w nim śmierdziało pozą, od idealnie ułożonych włosów po sposób, w jaki zawsze zbyt mocno starał się sprawiać wrażenie kogoś ważnego.

Nie trudziłem się z ukrywaniem swojej reakcji. Mój uśmieszek zniknął, a wyraz twarzy stał się chłodny, emanując wyraźną niechęcią.

Vittorio zawahał się przez ułamek sekundy, po czym odchrząknął. – Właściwie to właśnie o tobie rozmawialiśmy.

– Całe moje szczęście – rzuciłem przeciągle.

Zaśmiał się niezręcznie, udając, że nie zauważa napięcia. – Widzę, że wciąż tak samo czarujący jak zawsze.

Nie odpowiedziałem. Nie miałem do niego cierpliwości i on doskonale o tym wiedział.

Vittorio przestąpił z nogi na nogę, po czym przykleił do twarzy kolejny ze swoich sztucznych uśmiechów. – Słuchaj, Lorenzo, miałem nadzieję, że przemyślisz kwestię przyjścia na ślub. To będzie wielkie wydarzenie.

Uniosłem brew, nie będąc pod wrażeniem. – Nie jestem zainteresowany.

Vittorio westchnął dramatycznie, kręcąc głową, jakbym był jakimś zbuntowanym dzieckiem. – Zawsze byłeś trudny. – Potem, jakby nagle pomyślał o czymś zabawnym, dodał z chichotem: – Choć jeśli nie chcesz przyjść dla rodziny, to wpadnij przynajmniej rzucić swojemu ulubionemu przyrodniemu bratu trochę grosza, co?

Nikt się nie zaśmiał. Ani ja. Ani Sienna.

Uśmiech Vittoria przygasł, gdy zdał sobie sprawę, że jego żart spalił na panewce. Ponownie odchrząknął, po czym zmienił temat.

– Ach, gdzie moje maniery? – Zwrócił się w stronę Sienny, kładąc jej dłoń na ramieniu, jakby miał do tego jakiekolwiek prawo. – Lorenzo, poznaj moją uroczą pasierbicę, Siennę.

Pasierbica.

Moje oczy spoczęły na niej; widziałem, jak sztywnieje pod jego dotykiem. Jej wcześniejsze zmieszanie zastąpiło coś bardziej obronnego, a usta miała zaciśnięte, jakby powstrzymywała się przed powiedzeniem czegoś.

Interesujące.

Vittorio wciąż nadawał, mówiąc coś o tym, że przymierza sukienki dla druhen, ale ledwo go słuchałem. Zamiast tego skupiłem się na jej reakcji – na tym, jak jej palce lekko drgnęły, jak unikała jego wzroku, gdy mówił. Coś tu było na rzeczy. Coś, czego nie wypowiadała na głos.

Przechyliłem lekko głowę, uśmiechając się, i wyciągnąłem dłoń.

– Witaj, Sienno – powiedziałem gładko, patrząc, jak jej oczy rozszerzają się, gdy niepewnie kładzie swoją dłoń w mojej. – To chyba czyni mnie twoim przyrodnim wujem.

Lekko uchyliła usta, wyraźnie zbita z tropu tą uwagą.

Vittorio wymusił śmiech, próbując to zbagatelizować. – O, Lorenzo, ty zawsze musisz żartować.

Ale ja nie żartowałem. Nie do końca. I Sienna o tym wiedziała.

Jej dłoń w mojej była ciepła, a uścisk nie tak pewny, jak prawdopodobnie by chciała. Przytrzymałem ją o sekundę dłużej, niż było to konieczne, zanim w końcu puściłem.

Wciąż się we mnie wpatrywała, a tym razem dokładnie wiedziałem, co przemyka jej przez głowę: „Kim, do cholery, jest ten facet?”.

Dobrze. Chciałem, żeby się zastanawiała.

Cofnąłem się o krok, wsuwając ręce do kieszeni. – Cóż, Vittorio, choć bardzo chciałbym kontynuować to wzruszające rodzinne spotkanie po latach, mam swoje sprawy.

Vittorio otworzył usta, pewnie po to, by podjąć ostatnią próbę przekonania mnie, ale ja już się odwracałem.

Zanim jednak odszedłem, rzuciłem Siennie ostatnie spojrzenie.

Wciąż tam stała, wciąż mnie obserwowała. Nie umknęło mi, jak jej wargi lekko się rozchyliły, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie była pewna, czy powinna.

Uśmiechnąłem się pod nosem.

Rzeczywiście interesujące.

Idąc w stronę samochodu, wciąż czułem na sobie jej wzrok i po raz pierwszy od dłuższego czasu złapałem się na tym, że faktycznie na coś czekam.

Może ten ślub wcale nie będzie taką stratą czasu.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki