Następnego ranka obudziłam się w ciasnym samochodzie, z szyją wykręconą pod nienaturalnym kątem, opartą o konsolę środkową. Prostując kark i rozciągając obolałe mięśnie, roztarłam bolące miejsce i usiadłam, słysząc pukanie w szybę po stronie kierowcy. Mrużąc oczy, z trudem dostrzegłam Arthura stojącego na zewnątrz z kawą w dłoni i troską wypisaną na twarzy.
Zrywając się gwałtownie, chwyciłam telefon. Szlag, przespałam budzik. Arthur wskazał dłonią na maskę samochodu, gdzie postawił moją kawę. „Spotkamy się przy rampie, dzieciak”.
Skinęłam głową. Wstając, szybko ruszyłam do bagażnika i zaczęłam w nim grzebać, próbując znaleźć coś przyzwoitego do ubrania. Cuchnęłam wódką. Zeszłej nocy chciałam po prostu zasnąć i wlałam w siebie Bóg wie ile, aż całkowicie odpłynęłam.
Wspomnienia o matce boleśnie wezbrały w mojej głowie, ale odepchnęłam je, odmawiając myślenia o piekle, jakim stało się moje życie. Znalazłszy jako-tako wyglądającą bluzkę, wygładziłam ją najlepiej, jak potrafiłam, a na wierzch narzuciłam marynarkę. Szybko przeczesałam szczotką splątane włosy. Wygramoliłam się z samochodu i wcisnęłam stopy w buty, skacząc na jednej nodze i próbując jednocześnie dojść do maski.
Zabrałam kawę i truchtem zbiegłam po rampie do Arthura, który czekał cierpliwie przy drzwiach wejściowych. Zerknęłam szybko na telefon. Miałam dziesięć minut, zanim zjawią się moi szefowie.
„Ciężka noc, złotko? Pierwszy raz widzę, żebyś zaspała”.
„Ta, była dość ciężka, dzięki za obudzenie” – mruknęłam, popijając kawę. Arthur, jak co rano, odprowadził mnie do windy, po czym wrócił do swoich obowiązków. Kiedy drzwi oznajmiły otwarcie dźwiękiem, pobiegłam do łazienki i w pośpiechu odwaliłam szybki makijaż. Moja twarz była opuchnięta i wyglądałam jak gówno. Nie, wyglądałam, jakbym miała potwornego kaca – z przekrwionymi oczami i bladą cerą. Tępy ból zaczynał wspinać się w kierunku moich oczu, by w końcu ulokować się dokładnie na moich skroniach. Wiedziałam, że następstwa wypicia takiej ilości alkoholu będą mieć swoje konsekwencje, ale byłam na to gotowa.
Po skończeniu szybko sięgnęłam do torebki i wyciągnęłam z niej trzy tabletki Panadolu i trzy Nurofenu Zavance. Popiłam je szklanką wody. To był tajny środek mojej mamy na porannego kaca, zaraz obok tłustego jedzenia. Uśmiechnęłam się na wspomnienie o niej, po czym mój uśmiech zniknął, ustępując miejsca przygnębieniu. Już nigdy nie zobaczę jej twarzy, nie wspominając o słuchaniu jej niekończących się rad, nawet tych głupich, w stylu jak uniknąć porannego kaca. Dźwięk windy wyrwał mnie z mojego smutku.
Wyszli z niej Julian i Sebastian. Na ich twarzach malował się szok na mój widok. Przypomniałam sobie, że wciąż nie zrobiłam porannej kawy. Przeprosiłam, zdając sobie sprawę ze swojej pomyłki, po czym rzuciłam się do aneksu i zaczęłam ją parzyć. Sebastian wsadził głowę przez małe drzwi kuchni.
„Przepraszam, byłam trochę w biegu tego ranka. Już ją robię” – wybełkotałam, skupiając się na powierzonym mi zadaniu. Kiedy nie usłyszałam żadnej odpowiedzi, odwróciłam się, by sprawdzić, czy nadal tam jest. Był, ale teraz towarzyszył mu cień Juliana. Przełknęłam ślinę; nagle poczułam w ustach totalną suszę. Nagle przypomniałam sobie, jak widziałam go przy wyjściu ze szpitala. Zachowałam się niegrzecznie i po prostu go zignorowałam. Czy nie mogę mieć choć chwili spokoju? Naprawdę nie mam teraz ochoty wysłuchiwać kazań. Ignorując ich, dokończyłam przygotowywanie kaw, po czym odwróciłam się i wręczyłam im kubki. Sebastian wyglądał na zszokowanego, a twarz Juliana była nieprzenikniona. Litość, być może? Nie byłam pewna.
„Nie musisz tu być; jeśli chcesz, możesz wrócić do domu”. Głos Juliana był miękki. Odetchnęłam z ulgą, że nie musiałam wymyślać jakiejś wymówki na to, dlaczego wczoraj go zignorowałam i od niego uciekłam. Zastanawiałam się tylko, co on w ogóle tam robił.
„A dlaczego miałabym to zrobić?” – zapytałam zdezorientowana. Czyżby mnie tu nie chcieli?
„Nie oczekujemy od ciebie, że będziesz pracować dzień po śmierci matki. Jeśli potrzebujesz wolnego, rozumiemy to. Damy sobie radę sami, Seraphino”. Julian wydawał się zmartwiony. Dlaczego akurat on miałby wtrącać się w moje życie, było dla mnie niepojęte. To nie tak, że jesteśmy przyjaciółmi i spotykamy się na drinki po pracy. Prawie ich nie znam. Nigdy z nimi nie plotkuję ani nie rozmawiam po godzinach, nigdy nie wtykam nosa w ich sprawy, a oni nie pytają o moje. I nagle myślą, że mogą mieć jakiś wpływ na moje życie? Nie potrzebuję ich współczucia; potrzebuję tylko, żeby mnie zostawiono w spokoju.
Sebastian lekko pociągnął nosem, po czym przekrzywił głowę, lustrując mnie od stóp do głów. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że śmierdzę, jakbym wykąpała się w wódce. Przechodząc obok nich, wyciągnęłam z torebki perfumy i spryskałam się, całkowicie ich ignorując. Niby dokąd miałabym pójść? Siedzieć cały dzień na parkingu podziemnym? Albo w parku, albo może w moim magazynie? Ta, wzięcie wolnego to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebuję.
Sebastian postawił kubek na skraju mojego biurka; to była jego kawa. „Wypij to, ja zrobię drugą”.
Chciałam wstać i go powstrzymać, zważywszy, że technicznie rzecz biorąc, bycie suką od parzenia kawy należało do moich obowiązków. Ale jedno spojrzenie Juliana sprawiło, że ponownie skuliłam się w fotelu. Julian usiadł na krawędzi mojego biurka; wyciągnął dłoń, by chwycić moją, ale wyrwałam się. W jego oczach błysnął ból, ale szybko to zamaskował. Dlaczego miałby czuć się zraniony? Jego reakcja wydawała się trochę nie na miejscu, biorąc pod uwagę, że byłam jego sekretarką, a nie przyjaciółką.
„Nic ci nie jest?” – zapytał.
Będzie, jeśli ludzie wreszcie przestaną próbować mnie dotykać. Wiedząc, że nie mogę tego powiedzieć, po prostu skinęłam głową, przełączając telefony, by wyłączyć pocztę głosową. Julian wstał i poszedł do swojego biura. Dzień mijał szybko; żaden z nich nie prosił mnie o wykonanie jakichkolwiek zadań przez cały dzień, więc siedziałam przy swoim biurku, odbierając telefony. Potrzebowałam dystrakcji, zadania, czegokolwiek, byle tylko nie zostawiać mnie sam na sam z własnymi myślami.
Poczułam ogromną ulgę, gdy w końcu z biura wyszedł Sebastian i położył mi na biurku trochę dokumentów. Spojrzałam na stos, z wdzięcznością witając tę formę rozproszenia. Było później, niż sądziłam; gdy w końcu skończyłam sortować dokumenty do odpowiednich teczek, wszyscy zdążyli już opuścić biuro. Potrzebowałam ubrań na zmianę, więc postanowiłam udać się na dwudziestominutowy spacer do mojego schowka w magazynie.
Musiałam wrócić przed 21:00. Była 19:30, więc miałam jeszcze półtorej godziny – mnóstwo czasu, by pójść i wrócić. Wymykając się do samochodu, szybko chwyciłam klucz do magazynu ze schowka, a wraz z nim puste butelki po wódce i tequili. Planowałam wyrzucić je po drodze.
Gdy schodziłam na sam dół parkingu, ogarnęło mnie przytłaczające uczucie bycia obserwowaną. Przyspieszyłam kroku, wybiegając na zewnątrz rampa wjazdową. Gdy tylko znalazłam się na ulicy, wrzuciłam torbę z pustymi butelkami do kontenera, żeby śmieciarze mogli ją rano zabrać.
Wieżowiec, w którym pracowałam, znajdował się na obrzeżach miasta, co było dla mnie bardzo wygodne. Miałam wszystko, by tak rzec, na wyciągnięcie ręki. Mój magazyn znajdował się dwie przecznice od miejsca, w którym właśnie stałam. Obok biurowca był park, który przechodził w mały zalesiony obszar. Lubiłam przez niego przechodzić. Park był skrótem do mojego schowka. Było to też miejsce, w którym wielu ludzi robiło pikniki i przesiadywało.
Ścinając drogę przez drzewa, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jestem obserwowana. Na zewnątrz było już ciemno. Zazwyczaj nie chodziłam tędy w nocy, ale nie miałam czasu, by nadkładać drogi. Otrząsając się z tego przeczucia, szłam dalej. Księżyc był moim jedynym światłem, a cienie między drzewami zaczynały mnie nie na żarty przerażać. Mogłabym przysiąc, że widziałam, jak coś porusza się między pniami. Przyspieszając kroku, podążałam ścieżką prowadzącą w stronę terenów przemysłowych. Po jakichś pięciu minutach, będąc głęboko w lesie, usłyszałam za plecami warkot.






