languageJęzyk

3: Rzadka pełnia księżyca

Autor: Aeliana Moreau 13 kwi 2026

LIORA

Mijały godziny, a ja pozostawałam w ciemnym pokoju, całkowicie wyczerpana od uderzania w drzwi z całych swoich sił.

Poddałam się, gdy uświadomiłam sobie, że nie miało to większego sensu. Zamierzałam tu umrzeć. Fakt, że nikt nie zauważył mojego zaginięcia przed odjazdem autobusu, najlepiej świadczył o tym, jak bardzo byłam nieistotna. Nawet nasza nauczycielka tego nie zauważyła, chociaż byłam pewna, że przed wyjazdem musiało odbyć się liczenie uczniów.

To tylko utwierdzało mnie w przekonaniu, że nawet gdybym teraz umarła, nikomu by mnie nie brakowało. Dami może poczułaby się źle, ale w końcu przeszłaby nad tym do porządku dziennego. Przecież przyjaźniłyśmy się od niespełna miesiąca.

Zostałam więc w ciemnym i cichym pokoju, nie podejmując żadnego ruchu, by się uwolnić.

„Obudź się!”

Przeszywający głos wyrwał mnie ze snu; natychmiast zerwałam się na równe nogi. W którymś momencie musiałam usnąć i, macając po omacku w spowitym mrokiem pokoju, doszłam do wniosku, że ów głos pochodził ze snu.

„Otwórz drzwi!” – przeszywający głos rozkazał ponownie, a z mojego ciała nieomal nie uleciała dusza. Ten kobiecy głos brzmiał starożytnie i mistycznie, jakby nie był tworem w pełni naturalnym. Wydawał się dobiegać ze mnie samej, z góry, z jakiegoś miejsca w pokoju, ale zarazem spoza niego.

Było to przerażające, a zarazem uspokajające.

„Otwórz drzwi w tej chwili!” – ponowił się rozkaz, a moja dłoń zaczęła szukać po omacku w ciemności, chwyciła gałkę od drzwi i ją przekręciła.

Drzwi stanęły otworem.

Drzwi, z którymi przedtem mocowałam się niezliczoną ilość razy, ustąpiły bez najmniejszego oporu.

Wyszłam na spowity w ciemnościach korytarz i trzymałam się blisko ściany, starając się znaleźć drogę na zewnątrz. Było już późno w nocy, prawdopodobnie nadeszła najciemniejsza z jej godzin, ponieważ nie widziałam zupełnie niczego; nawet wyciągniętej przed siebie własnej dłoni.

Mimo to szłam dalej. Upadałam i potykałam się o różne rzeczy, ale się nie zatrzymywałam. Musiałam po prostu wydostać się na zewnątrz; stamtąd łatwo byłoby już znaleźć główną drogę.

Nie było to łatwe. Na zewnątrz było jeszcze mroczniej niż wewnątrz. Wcale nie było to łatwe. Potykałam się, upadałam, gałęzie kaleczyły moją skórę, a dziwne dźwięki przerażały mnie do tego stopnia, że po omacku biegłam przez sam środek gęstego lasu.

Aż do momentu, gdy wydarzyło się coś mistycznego.

Jasne światło poświeciło na mnie znikąd. Początkowo sądziłam, że to z jakiejś potężnej latarni, ale przecież żadne tego typu światło nie mogło być aż tak jaskrawe.

Spojrzałam w górę i zobaczyłam pełnię księżyca w jej najjaśniejszym wydaniu. Ta pełnia pojawiła się dosłownie znikąd, choć przecież w ogóle nie powinna mieć miejsca. W szkole kazano nam śledzić fazy księżyca i wiedziałam, że poprzednia miała miejsce zaledwie miesiąc kalendarzowy temu.

Jeszcze nie nadszedł czas na kolejną.

A jednak tu była. Świeciła bezpośrednio nade mną, oświetlając mi drogę. Nie zastanawiałam się zbytnio nad tym, jak bardzo to wszystko było dziwne: głos, który kazał mi otworzyć drzwi, ten nagły księżyc w pełni, ta obecność, która mnie otaczała i osłaniała niczym płaszcz.

Chciałam po prostu stąd uciec.

Biegłam więc przed siebie. Z pełnią księżyca oświetlającą mi drogę i podążającą moim śladem... Ten księżyc faktycznie podążał za mną, zamiast pozostawać w bezruchu, co tylko potwierdzało, że to nie było normalne.

Może śniłam. Albo może zmarłam w tamtym pokoju ciszy, a to był jakiś rodzaj życia pozagrobowego.

Wciąż biegłam, gdy to usłyszałam. Głośne wycie. Najgłośniejsze wycie, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć. Rozniosło się echem po całym lesie, wstrząsając drzewami i ziemią. Wstrząsnęło także moją duszą.

Zaraz po wyciu nastąpił dźwięk łap uderzających o ziemię, zupełnie jakby przedzierało się tędy tsunami. Jeszcze go nie widziałam, ale już czułam – potężnego wilka biegnącego prosto na mnie. Wyczuwałam jego ruch, czułam, jak skacze w powietrzu, wyrywając z korzeniami drzewa.

Czułam to, ale nic nie przygotowało mnie na potworność jego rozmiarów, gdy wyskoczył w powietrze i wylądował zaledwie kilka stóp ode mnie.

Szok rzucił mnie na ziemię. Wilk – biały w złote pręgi, potężny, wielkości parterowego domu, o oczach płonących jaskrawą czerwienią – zbliżał się do mnie tak, jakbym była jego zwierzyną.

Strach, który czułam, był na wskroś obezwładniający, ale nie na tyle, by przygwoździć mnie do ziemi. Zmusiłam się do podniesienia na równe nogi i zaczęłam biec w przeciwnym kierunku.

Tylko po to, by z tamtej strony również pojawił się podobny wilk. Ten był czarny, także w złote pręgi, i miał błękitne oczy.

Zawróciłam w kolejną stronę, by zbiec, ale pojawił się trzeci wilk. Złoty, w czarne i białe pręgi, o niewiarygodnie zielonych oczach.

Trzy wilki osaczyły mnie ze wszystkich stron. Nie miałam już dokąd uciec. Zbliżały się do mnie, aż znalazłam się w samym środku – malutka, nieznacząca, bezużyteczna i gotowa do pożarcia niczym zwierzyna łowna.

A więc to miał być mój koniec? Zostanę pożarta przez te gigantyczne wilki w blasku dziwacznego księżyca w pełni.

Wilki zawyły i jednocześnie wstrząsnęły swoimi ciałami, a dźwięk ten był tak przeraźliwie głośny, że instynktownie zamknęłam oczy w oczekiwaniu na to, że zaraz zostanę rozszarpana.

Ale to nie nastąpiło. To, co nadeszło, to były dźwięki pękających i rozciągających się kości. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że wilki przemieniały się z powrotem w swoje ludzkie postacie.

Zakończyły przemianę dokładnie w tej samej chwili, ale mój wzrok w pierwszej kolejności spoczął na białym wilku. Kiedy ukazała się jego twarz, należała ona do Adama Hawthorne'a.

To Adam Hawthorne był tym wilkiem; z oczami wciąż w wilczej postaci, wciąż wysuniętymi pazurami i obnażonymi w moim kierunku kłami. Wyglądał na wściekłego, zupełnie jakby pragnął zabić mnie tu i teraz.

Czarnym wilkiem był Carlton Hawthorne i chociaż znajdował się w takim samym fizycznym stanie co jego brat, jego twarz nie wyrażała żadnych emocji.

Złotym wilkiem był Braxton Hawthorne; on również miał wysunięte pazury, obnażone kły i wilcze oczy, tak jak jego bracia, lecz wyglądał na dziwnie rozbawionego, jakby był wtajemniczony w jakiś hermetyczny żart, o którym ja nie miałam pojęcia.

Cała trójka znów zaczęła się do mnie zbliżać ramię w ramię, podczas gdy ja błagałam w duchu, by ziemia się rozstąpiła i mnie pochłonęła.

Zatrzymali się, dopiero gdy dystans między nami całkowicie zniknął i pod nieustannie świecącym prosto nad moją głową księżycem w pełni wypowiedzieli, jednym głosem, ostatnie słowo, jakiego kiedykolwiek bym się po nich spodziewała.

„Przeznaczona”.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 3: 3: Rzadka pełnia księżyca - Naznaczona przez trzech tyranów alfa | StoriesNook