languageJęzyk

CH 10

Autor: Sophie Blake5 kwi 2026

Declan

Po przyjęciu zaręczynowym Seba trzymał się z dala od Sery. Wydawało się, że nie można mu ufać, by powstrzymał się od dotykania tej kobiety. Wiedział, że nie powinien był tego zrobić tamtego wieczoru, ale tuż wcześniej wyznała mu, że nie jest już jego, a on nie zamierzał pogodzić się z tymi słowami. Rozwód okazywał się o wiele trudniejszy do udźwignięcia, niż wcześniej sądził.

W ciągu ostatniego tygodnia dwukrotnie złapał się na tym, że jechał autostradą w stronę jej domu, po czym musiał zawracać z powrotem do swojego mieszkania w mieście. Zadzwonił do Seba i wyciągnął go na drinka, bo desperacko potrzebował oderwać się od własnych myśli. Sześć tygodni zapowiadało się o wiele gorzej, niż mógł przypuszczać.

Po imprezie Seba na klatce schodowej była wyraźnie załamana. Nie mogła nawet na niego spojrzeć. Często leżała w ich łóżku, bacznie mu się przypatrując, a on nieraz udawał, że wcale tego nie widzi; innym razem rzucał krótko, by poszła spać. Lubiła na niego patrzeć, gdy myślała, że nie zwracał na to uwagi.

Seb pokręcił głową. "Mówiłem ci, żebyś tego nie robił w ten sposób".

"Musi tak być" – mruknął pod nosem, patrząc głęboko w swoją szklankę z whiskey w barze. "Muszę pojechać do domu, ale nie uważam, żeby dobrym pomysłem było jechać tam samemu. Skłaniam się ku myśli, że skończy się to uwiedzeniem jej w naszym własnym łóżku". Westchnął.

"Więc w czym problem, jeśli jest chętna?" Seb machnął na to ręką.

W tym tkwił sęk. Prawdopodobnie by mu uległa, ale potem znów musiałby patrzeć na jej minę. Tę samą, którą zaserwowała mu na klatce schodowej. Na to, jak uchylała się przed jego dotykiem, co wcześniej nigdy się jej nie zdarzało, i na te słowa, by po prostu poszedł. Spuścił na nią ten rozwód niczym grom z jasnego nieba, a w dniu, w którym podpisała papiery, zgwałcił ją, za jej własną zgodą, w cholernej klatce schodowej na widoku całego świata.

"Nie, po tamtej nocy była rozbita".

"Co?" Seb brzmiał na zdezorientowanego.

"Nie jestem z tego dumny, Seb. Ale na twoim przyjęciu zaręczynowym..." Zamieszał whiskey w szklance. "Wziąłem własną żonę na schodach pożarowych". Westchnął ciężko i opróżnił całą zawartość szkła za jednym zamachem. "Dwa razy" – wyszeptał. Spojrzał na barmana i zastukał w szklankę na znak, że chce dolewki.

Znajdowali się w ekskluzywnym lokalu, do którego zjeżdżali się jedynie obrzydliwie bogaci. Declan wybierał go właśnie dlatego – tu zawsze panowała cisza i spokój. Klimat był może lekko ponury, ale znakomicie oddawał jego nastrój. Zero pijackich rozrób typowych dla zwykłych pubów, brak głośnej, denerwującej muzyki – jedynie klasyczne tony łagodnie wypełniały przestrzeń z głośników. Wystarczyło zapukać palcem w szkło, by poprosić o więcej.

Seb westchnął i pokręcił z niedowierzaniem głową. "A ja zastanawiałem się, gdzie tak nagle zniknąłeś".

"Hm, zdecydowała się pójść schodami w dół. Ja użyłem windy, a potem czekałem w aucie, aż wyjdzie z budynku". Spojrzał na swojego nowego drinka. "Zajęło jej ponad godzinę, żeby wyjść na zewnątrz. Szła z butami w ręku. Chyba zeszła te całe dwadzieścia pięter na własnych nogach".

"To czyste szaleństwo". Seb rzucił w niego posępnym spojrzeniem. "Mógłbym poprosić Victorię, żeby zadzwoniła do niej i zaprosiła na obiad. Zdajesz sobie sprawę, że twojego imienia nie było na karcie z prezentem, prawda?"

"Tak" – przytaknął Declan. "Najpewniej wypisała go tego samego dnia".

"Ostrzegałem cię, że jest wkurzona. Nie posłuchałeś" – skwitował Seb, po czym dał znak, że prosi o kolejne piwo. Przyszło w jakiejś wymyślnej butelce, której w swoim obecnym nastroju Declan nawet nie potrafił odpowiednio docenić.

"Muszę zatem wpaść do domu, ale w żadnym wypadku nie zamierzam pojawić się tam sam. Zgadnij, kto idzie ze mną?"

"Twój prawnik". Seb cicho zachichotał.

"Tak, i chcę, żebyś odwrócił jej uwagę".

"Nie wydaje mi się, by pałała szczególną chęcią do rozmowy z mężczyzną, który wręczył jej papiery rozwodowe".

"Nie obchodzi mnie to, muszę po prostu zabrać z biura parę rzeczy i garnitur albo dwa z sypialni. Jeden krótki wypad, a potem zostawię ją w spokoju aż do dnia, kiedy odwiozę ją na lotnisko".

"Aż tak sobie nie ufasz?" Seb ciężko westchnął. "Zazwyczaj jesteś o wiele bardziej opanowany".

"Z tym sprawa wygląda zupełnie inaczej. W ogóle nie spodziewałem się, że będę tak do tego podchodził" – wybełkotał i wypił trunek. "Wpadnij po mnie rano". Rzucił barmanowi kartę. "Za nas dwóch" – oświadczył w stronę barmanki.

Następnego ranka założył coś lepszego, lecz z ubiorem specjalnie nie przesadzał. Kiedy wszedł do domu na Belvedere, Sera stała dokładnie w holu; pochylała się z bukietem kwiatów nad olbrzymim wazonem na stole. Przeniosła na niego wzrok, a następnie spojrzała na Seba. "Co mogę dla was zrobić?" zapytała, po czym wróciła do układania wiązanki.

"Wpadłem tylko zabrać kilka teczek z gabinetu i parę garniturów" – oświadczył.

"W porządku". Wzruszyła ramionami. "Nie będę wam przeszkadzać".

Declan przyjrzał się jej; miał ochotę zapytać, czy u niej wszystko w porządku, lecz i tak wiedział, że nie było. Normalnie na jego widok rozpromieniała się z uśmiechem. Dziś tego nie zrobiła. Spojrzał na Seba, rzucił głową w jej stronę, po czym odwrócił się i odszedł.

Z tyłu dobiegł go głos prawnika: "Victorii naprawdę bardzo podobał się ten prezent, który jej kupiłaś".

"Cieszę się" – to wszystko, co mu odpowiedziała. Nie brzmiała, jakby zależało jej na prowadzeniu kurtuazyjnej pogawędki.

"Ciekawiło mnie, skąd znasz Sloane Valentine. Z tego co mi wiadomo, nikt nie wie, kim ona jest. Victoria wspomniała, że to pseudonim".

"Chodziłam z nią do koledżu. Stąd mam wszystkie jej książki" – padła odpowiedź.

To wyraźnie zdziwiło Declana. Nawet nie wiedział o tym, że miała wszystkie powieści tej autorki. Wychodziło na to, że ukrywała przed nim pewne sekrety. Z biura zgarnął ledwie garść teczek. Rzeczy, nad którymi ślęczał, gdy zdarzało mu się zostać na noc. Czasami sen po prostu nie nadchodził, a on pracował, by odciążyć głowę, podczas gdy Sera spała u góry.

Poszedł na górę, rozejrzał się po wnętrzu – i faktycznie. Na jej toaletce leżały dwie książki sygnowane nazwiskiem Sloane Valentine. Oprócz tego nic się tu nie zmieniło; pokój był tak samo posprzątany i schludny jak zawsze, łóżko pięknie zasłane, a okna szeroko otwarte, wpuszczając do środka morską bryzę lata. To był jej stary nawyk, miał coś wspólnego z jej przeszłością. Jeden z domów zastępczych, w których wylądowała, był parszywy, kilkukrotnie zamykali ją tam w pomieszczeniu pozbawionym okien i od tamtej pory absolutnie nie potrafiła usiedzieć w mrocznych, klaustrofobicznych przestrzeniach.

Właśnie z tego powodu zakupił dla niej ten konkretny dom. Ich sypialnia była gargantuicznych wręcz rozmiarów i pełna okien wpuszczających ogrom słońca. Mając na uwadze tę całą przestrzeń na tyłach z bezpośrednim wyjściem na bezmiar oceanu, dostawała tu taką dozę światła i wolności, jakiej mogła tylko zapragnąć. Ten dom w najmniejszym choćby stopniu nie należał do ciasnych czy przytłaczających.

Poczuł, jak puste dłonie się na niego same zaciskają. Przeszedł przez pokój, zdjął z wieszaków garnitury, ułożył je na materacu, a następnie wsunął się do toalety i uchylił drzwiczki apteczki. Wyjął jej tabletki antykoncepcyjne i wbił w nie wzrok. Przestała je brać; z tego, co wyliczył, najpewniej w tym samym dniu, w którym podpisała papiery rozwodowe.

Kąciki jego ust powędrowały lekko w górę; zakładał, że właśnie to zrobi, i zamierzał wykorzystać ten fakt w swoim dalszym planie. Przecież wszystko miało ułożyć się bezbłędnie – powtarzał sobie w głowie. Zrozumie go; owszem, przewidywał, że się popłacze, rzuci w jego ramiona, a może nawet okładać go będzie pięściami, gdy dotrze do niej sens jego gry, lecz go kochała. Był tego bardziej niż pewien.

Ta miłość i tak okaże się silniejsza od jakiegokolwiek gniewu i jeszcze będzie szczęśliwa, oboje będą szczęśliwi. Da jej tego dzieciaka, we właściwy, legalny sposób. Liczył na to, że po powrocie z Włoch pojawią się w nim odmienieni, szczęśliwi i z dzieckiem w drodze. Wystarczyło tylko jakoś się opanować do czasu, aż sąd oficjalnie udzieli im rozwodu. Potem będzie mógł ofiarować jej dosłownie wszystko, czego tak bardzo pożądała. Ona go zrozumie.

Odłożył pudełeczko z powrotem na to samo miejsce do szafki, wrzucił garnitury z biura na przedramię, teczki do torby i zaczął schodzić z powrotem po schodach na dół. Nie łudził się wcale; te ubrania nie były mu do niczego potrzebne, chodziło wyłącznie o pliki z jego prywatnego biura – a właściwie stało się to idealną wymówką do upewnienia się co do kwestii tych nieszczęsnych tabletek.

W holu już jej nie było; zostały tylko misternie wykończone kalie ze storczykami. Rzucił pytające spojrzenie w stronę Seba, na co prawnik machnął ręką: "Dokończyła układanie i po prostu sobie poszła na spacer. Odniosłem wrażenie, że w stronę klifu" – powiedział Seb.

Dec powoli, ze zrozumieniem skinął głową. Było to bez wątpienia jej ulubione miejsce relaksu. Nawet za własne oszczędności uparła się na zakup i ustawienie tam ławeczki. Lubiła chłodny podmuch znad oceanu – wyznała mu to tylko raz. Patrzył na sylwetkę z oddali w stronę skarpy, widząc, jak szła leniwym krokiem właśnie w tamtą stronę, podczas gdy powoli podążał w stronę samochodu.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki