*Rory*
Pierwszym, co poczułam, był ból.
Nie ostry, nie natychmiastowy. Głębszy. To był ból, który żyje w szpiku. W duszy. Ten rodzaj bólu, który nie krzyczy, ale nuci – cicho i nieustannie – jak wstrząs wtórny po czymś, co powinno mnie było zabić, a jednak tego nie zrobiło.
Zamrugałam. Raz. Drugi.
W zasięgu mojego wzroku pojawił się sufit – drewniany, pęknięty w rogu, opadający w dół, jakbyśmy zna






