languageJęzyk

Rozdział 4

Autor: Aeliana Moreau 25 mar 2026

*Rory*

Obudził mnie dźwięk głośnego pikania. Moje zmysły wypełniło wszystko, co kojarzyło się z „czystością”. Zapach był odkażający, lekko gorzkawy, z delikatną nutą sztucznego aromatu, jaki można znaleźć w mydłach i środkach czyszczących.

Gdy tylko otworzyłam oczy, pożałowałam tego.

Zamrugałam, próbując złapać ostrość, a głowa pękała mi, jakbym wpadła pod ciężarówkę. Jasne światła nade mną sprawiły, że mój wzrok się zamazał, zanim w końcu dotarło do mnie, gdzie jestem — w skrzydle szpitalnym.

Co się u diabła stało?

Wspomnienia były jak mgła, a moje myśli ociężałe, ale wtedy... tam to było. Zmiana wewnątrz mnie. Obecność, której nie czułam od tak dawna, że prawie bym jej nie poznała.

Poruszała się niczym cień z tyłu mojego umysłu, leniwie, cicho — ale była przebudzona.

Odetchnęłam gwałtownie.

Mój wilk.

Serce podeszło mi do gardła. Ostatni raz, kiedy ją czułam — tak naprawdę ją czułam — miał miejsce w noc moich szesnastych urodzin, w noc, gdy obudziła się po raz pierwszy. Ale ledwie miałam szansę ją poznać, zanim mój ojciec wlał mi do gardła „lekarstwo” i siłą wepchnął ją z powrotem w ciemność.

Teraz, po dwóch długich latach milczenia, poruszyła się.

Po raz pierwszy od wieków czułam się... kompletna.

Westchnęłam, gdy wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą — omdlenie w stołówce i to jedno uświadomienie, które we mnie uderzyło, zanim wszystko pochłonęła czerń.

Moje wargi się rozchyliły, kiedy spróbowałam do niej dotrzeć, moim umysłem niepewnie muskając jej umysł.

„Halo?”

Nic.

Spróbowałam ponownie. „Jesteś tam?”

Jedyną odpowiedzią było ciche, obojętne warknięcie.

Zamrugałam ze zdziwienia. Była wściekła.

„Dlaczego nie chcesz ze mną porozmawiać?” — zapytałam niepewnie.

Nie odpowiedziała, ale czułam pod powierzchnią kipiącą urazę; powoli płonący gniew, który jątrzył się od lat.

I nagle do mnie dotarło.

Nie była po prostu zła na mnie. Była wściekła.

Na mnie.

„Nie miałam wyboru!” — błagałam, desperacko próbując się jej wytłumaczyć. „Nie wiedziałam... myślałam, że to lekarstwo utrzymuje mnie przy życiu! Zemdlałam dzisiaj, bo o nim zapomniałam! Czy to nie znaczy, że go potrzebuję?”

Nie odpowiedziała.

Westchnęłam, czując, jak mój czas ucieka, gdy pomyślałam o tym, co się stanie, kiedy dowiedzą się, że się obudziłam. Mój ojciec z pewnością wkrótce wciśnie mi do gardła kolejną fiolkę.

„Jak masz na imię?” — zapytałam rozpaczliwie. „Jestem Aurora. Ale wszyscy mówią mi Rory”.

Znów spotkała mnie cisza.

Wtedy w końcu się odezwała — jej głos był niski i ostry jak lód pękający na zamarzniętym jeziorze.

„Zerina. Mam na imię Zerina” — powiedziała, a ja wciągnęłam z sykiem powietrze. „I wiem, kim jesteś, Auroro”.

Zerina.

Dech uwiązł mi w gardle. „To piękne imię. A twój głos...” Był jak melodia — taki dojrzały i mocny, pełen potęgi i dominacji. Mogłabym jej słuchać w mojej głowie przez cały dzień.

Boże, jak bardzo chciałam jej słuchać przez cały dzień.

Nie odpowiedziała.

Przełknęłam ślinę, a moje palce zacisnęły się na cienkim kocu okrywającym moje ciało, gdy starałam się zebrać myśli.

„Zerina... czy to prawda? Czy Xander naprawdę jest naszym przeznaczonym?”

Zapadła długa cisza. A potem cicho padło:

„Tak”.

Zalała mnie fala emocji. Zdezorientowanie. Ulga. Dziwna, irracjonalna nadzieja.

Jeśli był moim przeznaczonym, to... byłyśmy mu pisane. Prawda?

Ledwie miałam czas, by to przetrawić, kiedy drzwi do izby chorych otworzyły się z głośnym hukiem.

Wzdrygnęłam się.

Ojciec stał w wejściu; jego twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia, ale ciemne oczy płonęły gniewem. Za nim stała Mona, a troska ściągała jej rysy.

Rozczarowanie uderzyło mnie jak policzek, kiedy zorientowałam się, że nie ma z nimi Xandera.

— Rory. — Głos ojca był ostry, tnący. — Celowo nie wzięłaś lekarstwa, prawda?

Usiadłam, a w głowie wciąż mi się kręciło; moje serce waliło jak młot od samej siły jego gniewu.

— Nie, tato! Ja po prostu... zapomniałam go zabrać z domu Xandera, przysięgam!

Jego usta zacisnęły się w cienką linię, gdy postąpił naprzód, wyciągając z kieszeni małą, szklaną fiolkę — z wirującym wewnątrz znajmym, ciemnym płynem.

Na ten widok po moich plecach przebiegł dreszcz.

— Więc weź je teraz — rozkazał.

Głos Zeriny rozległ się w mojej głowie. „Nie. Proszę, nie”.

Po raz pierwszy, odkąd do mnie przemówiła, naprawdę usłyszałam w jej głosie emocje. Była przerażona.

Ja po raz pierwszy się zawahałam.

— Nie, tato. — Mój głos drżał, ale zmusiłam się, by usiąść prościej. — Poznałam swojego wilka. Ona jest urocza.

Krew odpłynęła z jego twarzy.

— Co ty właśnie powiedziałaś? — zapytał niebezpiecznie cichym głosem.

Przełknęłam ślinę. — Poznałam mojego wilka. Ma na imię Zerina. Nie jest niebezpieczna, tato, przysięgam! Dlaczego muszę wciąż brać to lekarstwo? Co zabiło mamę? Proszę, powiedz mi! Może damy radę to jakoś rozwiązać bez konieczności powstrzymywania jej!

Jego twarz wykrzywiła się w sposób, który przypominał niemalże... panikę.

A potem, bez słowa, chwycił mnie za podbródek, siłą otworzył mi usta i wlał mi do gardła całą zawartość fiolki.

W chwili, gdy gęsty, gorzki płyn dotknął mojego języka, Zerina wydała z siebie złamane, pełne bólu warknięcie, po czym zniknęła.

To było jak zgaszenie światła.

Przytłaczająca pustka, jaka po tym nastąpiła, była tak nieznośna, tak nie na miejscu, że po moim policzku spłynęła pojedyncza łza.

Dopiero co ją odzyskałam. A teraz znów odeszła.

— Będziesz to brać codziennie — warknął ojciec, cofając się, gdy ja kaszlałam gwałtownie, a lekarstwo paliło mnie w gardle. — Wyznaczyłem kogoś, kto upewni się, że o nim nie zapomnisz. Jeśli przestaniesz je brać, zginiesz.

A potem, bez drugiego spojrzenia, odwrócił się i wyszedł.

Mona, zazwyczaj pyskata i pełna pazura, patrzyła na mnie ze współczuciem ocierającym się o litość.

— Twoje lekarstwo tłumi twojego wilka? — zapytała cicho.

Skinęłam głową z wciąż piekącym gardłem.

Westchnęła, pocierając skroń. — Cholera. Nie miałam pojęcia.

Ja też nie. Cóż, trochę wiedziałam. Wiedziałam, że to z jego powodu jej nie znałam, ale nie miałam pojęcia, że ona naprawdę wróci, kiedy przestanę go brać, choćby na jeden dzień.

Oczy zaszły mi łzami na myśl o pustce — o tej ciszy wewnątrz mnie. Odeszła. Znowu.

— To takie niesprawiedliwe. — Mona usiadła na skraju mojego łóżka. — Co twój tata miał na myśli z tym „zginiesz”?

Powoli wypuściłam powietrze. — Nie wiem. Jedyne, co mi powiedział, to że dolega mi to, co mojej matce. To dziedziczne i ma związek z naszymi wilkami. Mówi, że to ją powoli zabijało, więc od momentu, gdy dostałam mojego wilka, daje mi to lekarstwo. Ale jeśli teraz przestanę, to mnie natychmiast zabije, bo moje ciało jest już do niego przyzwyczajone.

— Chyba... chyba miał rację — powiedziała Mona, marszcząc brwi. — Wspomniałaś tylko, że zapomniałaś dziś go wziąć i zemdlałaś. Pielęgniarki mówiły, że gdybyśmy spóźniły się choćby o minutę, ustabilizowanie cię byłoby niemożliwe. — Wciągnęła głośno powietrze. — Prawie umarłaś.

Skinęłam głową, a smutek zacisnął się w mojej klatce piersiowej. — Może. Ale spotkałam ją, Mona. Nigdy wcześniej nie rozmawiałyśmy, więc nic o niej nie wiem, ale nic w niej nie wydawało się niebezpieczne.

Mona westchnęła. — W takim razie znajdziemy jakieś obejście.

Uśmiechnęłam się blado. Ale wtedy ona zawahała się, a w jej oczach mignęło coś nieodgadnionego.

— Nigdy nie chciałam ci tego mówić, Rory, ale to wyjaśnia, dlaczego nie masz zapachu.

Zamrugałam. — Zapachu?

— Zapachu twojego wilka — przyznała. — Twój zapach różni się od wszystkich innych. Czujemy, że jesteś wilkiem o krwi Alfy, ale pachniesz... jak człowiek. Nie masz charakterystycznego zapachu wilka.

Coś we mnie drgnęło.

To uświadomienie uderzyło we mnie jak cios w brzuch.

Każdy wilk miał zapach — unikalną, wyróżniającą go woń. W ten sposób przeznaczeni się rozpoznawali. Ale skoro nie miałam zapachu wilka, to oznaczało...

To oznaczało, że Xander nigdy nie poczuł zapachu swojej przeznaczonej.

Dlatego o tym nie wiedział.

Przez głowę przemknęła mi desperacka myśl. — Czy tuż przed tym, jak zemdlałam, poczułaś zapach mojego wilka?

Mona zmarszczyła brwi, zamyślona. — Tak, trochę, ale to pewnie dlatego, że cię tu przyniosłam. Nie był na tyle silny, by można go było zauważyć, ale tam był. I był piękny, Rory. Nie potrafię go dokładnie określić, ale był piękny.

Moje serce drgnęło. — Może Xander...

— Xander? — prychnęła Mona, przewracając oczami. — Nawet nie chciało mu się ciebie tu przynieść. Nie obchodzi mnie, że to mój przyszły Alfa... to dupek.

Zanim zdążyłam odpowiedzieć, drzwi znów otworzyły się z trzaskiem.

Do środka wpadł Xander, a jego twarz wykrzywiał gniew. Wyglądało na to, że ten nastrój często mu dziś towarzyszył.

— Masz brać lekarstwa, a tego nie robisz?

Wzdrygnęłam się. — To był tylko jeden dzień! Byłam tak skupiona na przeprowadzce na kampus, że zapomniałam. Ale, Xander, musisz mnie wysłuchać...

Byłam podekscytowana, by mu powiedzieć. By mu wyjaśnić. Żeby to naprawić.

Ale on mi przerwał.

— Nie, to ty mnie wysłuchaj, ty mała morderczyni.

Jego słowa podziałały jak uderzenie w twarz.

— Nie obchodzi mnie, co się z tobą stanie, ale nie możesz umrzeć. Od tego zależy moja przyszłość. Moja wataha od tego zależy. Jeśli umrzesz, przepadnie moja szansa na połączenie Śnieżnej Watahy ze Szmaragdową Watahą.

Coś we mnie pękło.

— Więc bierz swoje pieprzone lekarstwo i nie pozwól, by to się powtórzyło. — Jego płonące oczy powędrowały na Monę; ta nie cofnęła się przed jego gniewnym spojrzeniem, niezależnie od tego, kim był. — A ty pilnuj, by je brała.

Po czym wyszedł, zatrzaskując za sobą drzwi.

Nie dbał o mnie.

Nawet odrobinę.

To wszystko działo się tylko z powodu sojuszu, jaki zawarło nasze małżeństwo. Kiedy podbiegł do mnie, gdy zachwiałam się w stołówce, to wcale nie było dla mnie. Nie obchodziłam go.

Nie chciał mnie. I nigdy nie zechce.

Dla niego byłam jedynie morderczynią jego ukochanej i irytującą, młodszą siostrą, którą w ramach niedogodności musiał poślubić.

Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku i chciało mi się płakać. Ale powstrzymałam się, a moja szczęka zacisnęła się z trzaskiem.

Wiesz co? Pieprzyć go.

I tak nie chciałam nikogo tak okrutnego jako mojego przeznaczonego.

Nigdy się nie dowie.

I nigdy mu nie powiem.

Mógł iść prosto do piekła.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki

Rozdział 4: Rozdział 4 - Żal Alfy: Jego Przebudzona Partnerka | StoriesNook