*Xander*
"Zachowujesz się jak dupek, Xanderze."
Głos Matta działał mi na nerwy, ale nie dałem tego po sobie poznać. Zamiast tego odchyliłem się na krześle, skrzyżowałem ramiona na piersi i posłałem mu gniewne spojrzenie.
Zbliżał się koniec dnia, a on właśnie wparował do mojego pokoju. To były pierwsze słowa, jakie do mnie skierował. Nie żebym był zaskoczony czy choćby wyprowadzony z równowagi. Matt miał w zwyczaju ciągle wparowywać do mojego pokoju, rzucając oskarżeniami.
W przeciwieństwie do większości tutejszych studentów, mój i Matta pokój znajdował się na czwartym poziomie akademików. Kiedy miałem na to ochotę, zazwyczaj wracałem do domu, ale zadbałem o to, by moje zakwaterowanie w akademii było odpowiednie na te dni w tygodniu, kiedy tu zostawałem, jako że tereny watahy znajdowały się około godziny drogi stąd.
Rozmiar pokoju był zadowalający – pośrodku stało ogromne łóżko, a naprzeciwko niego fotel. W rogu znajdowało się biurko do pracy dla watahy i szkoły, a do tego miałem prywatny balkon, z którego roztaczał się idealny widok na las.
Patrzyłem na Matta z wrogością, gdy siadał w fotelu naprzeciwko mnie.
"Co to, kurwa, miało dzisiaj znaczyć w stołówce?" – zażądałem odpowiedzi. "Dlaczego ją tak przytulałeś?"
Matt przewrócił oczami, jakby miał już dość tej rozmowy, zanim jeszcze na dobre się zaczęła.
"Żeby sprawdzić, czy ci w ogóle na niej zależy. Prawie zginęła, wiesz?"
Zignorowałem ostre, bolesne ukłucie w brzuchu. "Wzięła swoje leki?"
Matt prychnął. "Tak, wzięła. Sprawiłem, że było to mniej znieczulające" – powiedział z tym swoim wiecznie aroganckim wyrazem twarzy.
"Twoim zadaniem jest upewnić się, że bierze leki, a nie spoufalać się z nią" – wycedziłem przez zaciśnięte zęby, wskazując na niego palcem i akcentując każde słowo.
Matt wzruszył ramionami bez krzty wstydu. "To dobra dziewczyna."
"Zapomniałeś, że to ona zabiła Eden? Miłość mojego życia?"
Twarz Matta spochmurniała, ale jego głos pozostał opanowany. "Nie masz na to dowodów. Z tego, co wiemy, Rory po prostu znalazła jej ciało. Mój wilk uważa, że jest niewinna."
Zerwałem się z krzesła, uderzając dłońmi w biurko. "Twój wilk nie ma tu nic do gadania! To nie on nosi żałobę!"
Matt powoli wypuścił powietrze, jakby próbował utrzymać cierpliwość na wodzy.
"Słuchaj, wiem, że cierpisz. I przykro mi z powodu twojej straty. Ale czy zapomniałeś, że nawet za jej życia, twój wilk nigdy nie wybrał Eden? Wiesz, co by się stało, gdybyś spróbował ją naznaczyć?"
Nie chciałem tego słuchać. Nie znowu. Mój wilk zawsze milczał w dziwny sposób, jeśli chodziło o Eden. Ignorowałem to, przekonany, że to jakiś błąd, jakiś przypadek. Kochałem Eden. Byliśmy sobie przeznaczeni.
A jednak…
Nawet wtedy, nawet gdy żyła, było coś w Rory, co zawsze budziło mojego wilka. Wkurzało mnie to. Wciąż mnie to wkurzało.
Matt musiał dostrzec toczącą się we mnie wojnę, bo tylko pokręcił głową. "Jesteś moim najlepszym przyjacielem, Xanderze. A ja próbuję ci pomóc, żebyś nie spieprzył jedynej rzeczy w swoim życiu, która mogłaby cię faktycznie uszczęśliwić."
Prychnąłem. "Szczęście? Z nią?"
"Twój wilk tak uważa" – powiedział Matt, a w jego głosie zabrzmiała ostateczność. "Możesz to wypierać, ile tylko chcesz, ale to nie zmieni prawdy."
Nie odpowiedziałem. Bo co miałem powiedzieć? Nie mylił się, i to było w tym wszystkim najgorsze. Nienawidziłem Rory Steele. Musiałem jej nienawidzić. Bo jaka była alternatywa? Alternatywą było coś, z czym nie byłem gotów się zmierzyć.
Cisza przeciągała się między nami, gęsta i dusząca. Słyszałem tykanie zegara za moimi plecami, którego miarowy rytm wiercił mi dziurę w czaszce. Mój wilk poruszył się, niespokojny, jakby słowa Matta obudziły coś, co desperacko próbowałem w sobie stłumić.
Matt westchnął i przeczesał dłonią włosy. "Do tego dochodzi jeszcze Lilith."
"A co z nią?" – zapytałem, sztywniejąc.
"Za bardzo się zbliża, stary. Do ciebie. To nie jest tylko jakaś nieszkodliwa rywalizacja. Zdajesz sobie sprawę, że jesteś żonaty, prawda?"
Zmarszczyłem brwi. "Lilith to moja przyjaciółka z dzieciństwa. Była najlepszą przyjaciółką Eden. Jako jedyna rozumie, przez co przechodzę, więc ze sobą rozmawialiśmy. I co z tego? Nie zrobiłaby—"
"Ona jest moją siostrą, Xanderze, co oznacza, że ją znam." Matt posłał mi wymowne spojrzenie. "Daj spokój, stary. Otwórz cholerne oczy. Myślisz, że nie ma własnego ukrytego motywu?"
Nienawidziłem faktu, że jakaś cząstka mnie się z tym zgadzała. Lilith zachowywała się ostatnio dziwnie.
Ale co, jeśli Lilith wiedziała coś, czego ja nie wiedziałem? Co, jeśli—
Nie. Nie zamierzałem podążać tą ścieżką.
Odwróciłem się od Matta i podszedłem do balkonu, wpatrując się w pociemniałe niebo. Ciężar tego wszystkiego przygniatał mnie – śmierć Eden, niechciane małżeństwo, duszące obowiązki. A teraz Rory, budząca we mnie coś, czego nie chciałem do siebie dopuścić.
Matt nie powiedział nic więcej, wychodząc, a ja wiedziałem, że przyszedł tu tylko po to, by powiedzieć dokładnie to, co chciał. Dupek.
Wiedział doskonale, jak wyprowadzić mnie z równowagi, bo po prostu mnie znał.
A jeśli on widział, że dzieje się ze mną coś więcej, jeśli chodziło o Rory, to…
Przed oczami mignął mi jej obraz z dnia naszego ślubu. Wyglądała na taką drobną, stojąc obok mnie; jej ciemne, nieujarzmione loki, których nie utrzymał elegancki kok, opadały na ramiona, okalając zbyt delikatną twarz.
Jej wielkie, sarnie oczy – zazwyczaj czujne – były tego dnia mętne, rozbiegane, a jej kroki chwiejne, jakby balansowała na jakiejś krawędzi. Założyłem, że jest pijana, w dodatku bezwstydnie, nie mogąc znieść myśli o poślubieniu mnie.
A jednak, nawet wtedy, była piękna.
Jedwabista, biała suknia opinała ją we wszystkich odpowiednich miejscach. Miała figurę jak nikt inny – krągłości w sam raz tam, gdzie trzeba. Boże, Eden była jej starszą siostrą, a nawet ona nie miała takiego ciała, jak…
Przestań. Musiałem przestać myśleć o Aurorze.
Ale to przylegająca do niej niewinność najbardziej mnie niepokoiła. Była nietknięta. Czysta.
Na samą myśl o tym zacisnąłem szczęki.
Nie miałem prawa się tym przejmować, ale świadomość, że nigdy wcześniej z nikim nie była – że jej pierwszy raz miałby miejsce z mężczyzną, który nią gardził – sprawiała, że coś mrocznego i zaborczego zwijało się w mojej piersi.
Odepchnąłem tę myśl z grymasem złości. Nic z tego nie miało znaczenia. Była dla mnie nikim. Zabiła Eden. Zabrała mi jedyną osobę, której pragnąłem. Więc dlaczego, do cholery, mój wilk drapał mnie od wewnątrz za każdym razem, gdy tylko wzięła oddech?
Nie mogę tego robić. Nie mogę tu stać i czuć czegokolwiek do niej. Nie, gdy przez nią Eden nie żyje.
Nienawidziłem jej. Musiałem jej nienawidzić.
Bo gdybym tego nie robił, to co, do cholery, miałbym począć z tymi uczuciami?






