Perspektywa Elory
Moje oczy zamknęły się mimowolnie, a ja skuliłam się w oczekiwaniu na uderzenie, z sercem łomoczącym w piersi niczym werbel. Pisk opon wypełnił mi uszy, głusząc wszystkie inne dźwięki. Moje ciało zesztywniało, zastygło w bezruchu, gdy czekałam na to, co nieuniknione.
Ale… nic się nie stało.
Żadnego ostrego bólu. Żadnego miażdżącego ciężaru. Tylko daleki pomruk silnika schodzącego z obrotów aż do zatrzymania.
Nie mogłam się ruszyć. Mięśnie odmawiały współpracy, jakby moje ciało wciąż było przekonane, że za chwilę zostanę zmiażdżona. Oddech miałam płytki i urywany, a palce zacisnęły się w pięści na szorstkim asfalcie pode mną. Mózg wrzeszczał, bym otworzyła oczy – bym się poruszyła – ale nie potrafiłam.
Sekundę później szorstkie palce chwyciły mnie za kołnierz i szarpnęły w górę, stawiając na nogi, jakbym nic nie ważyła. Sapnęłam, otwierając oczy z szoku, i stanęłam twarzą w twarz z nikim innym jak Kaelenem Koldenem.
Jego niebieskie oczy, zimne i przeszywające, wbiły się we mnie, jakbym osobiście go znieważyła samym swoim istnieniem. Rozwichrzone czarne włosy opadały tuż nad linię jego ostrej szczęki i mimo że jego twarz wykrzywiał grymas irytacji, nie dało się zaprzeczyć, że był absurdalnie przystojny. Ale nie była to uroda, która przynosi ukojenie. Nie, było w niej coś niebezpiecznego. Niczym burza na horyzoncie – piękna, lecz niszczycielska.
– Nigdy więcej nie stawaj mi na drodze – powiedział niskim, gładkim głosem, podszytym jednak groźbą, od której poczułam ciarki na plecach. Puścił mnie, lekko popychając.
Ledwo złapałam równowagę, by znowu nie upaść, ale on już odwracał się w stronę swojego samochodu, jakbym nie była warta ani sekundy więcej jego czasu. Lśniący czarny pojazd – drogi i ewidentnie robiony na zamówienie – mruknął pod jego dotykiem, gdy wsunął się na fotel kierowcy.
Bez ponownego spojrzenia w moją stronę przejechał przez bramę na szkolny parking – swój parking. Bo oczywiście on i jego paczka mieli własne miejsce. Nietykalni, jak zawsze.
Stałam tam z sercem walącym w piersi, wciąż zbyt roztrzęsiona, by zrobić krok.
Oczywiście, to musiał być on. Kaelen Kolden – chłopak, z którym wszyscy wiedzieli, że nie należy zadzierać. I nie tylko on. Gdzie był Kaelen, tam reszta nie zostawała w tyle. Ta grupa. Ta, którą wszyscy w szkole albo podziwiali, albo której się bali – a czasem jedno i drugie.
Powinnam była wiedzieć, że nie wolno tak zastygać. Powinnam była uważać. Bo ludzie tacy jak on dla nikogo się nie zatrzymują.
Wypuściłam drżący oddech i otrzepałam dżinsy, choć ręce wciąż lekko mi latały. Musiałam się pozbierać. Panikowanie z powodu Kaelena w niczym nie pomoże. Jeśli już, to tylko namaluje mi większą tarczę strzelniczą na plecach.
Było coś w Kaelenie i jego gangu, co sprawiało, że ludzie czuli się… nieswojo. Rodzaj aury, która ich otaczała, niczym gęsta mgła nieprzewidywalności. Nie musieli nic mówić, nie musieli nic robić. Wystarczyło, że weszli do pomieszczenia, a temperatura nagle spadała. Rozmowy milkły, wzrok uciekał, a każdy instynktownie cofał się o krok. To nie był tylko strach – to było coś głębszego, coś niewypowiedzianego, co wszyscy rozumieli, ale do czego nikt się nie przyznawał. Potrzeba przypodobania się im. Pozostawania w ich łaskach, nawet jeśli w głębi duszy wiedziało się, że oni nigdy cię nie zauważą.
I nie tylko Kaelen wywoływał taki efekt. Brock, ze swoimi blond włosami i zawadiackim uśmiechem, potrafił uciszyć tłum samym uniesieniem brwi. Sloane – Boże, ona była jak drapieżnik w morzu ofiar, zawsze z tym wiedzącym uśmieszkiem, który sprawiał, że czułeś, iż może cię zrujnować bez mrugnięcia okiem. Zane był tym cichym, ale kiedy już się odezwał, wszyscy słuchali. No i był Kaelen, przywódca, który trzymał wszystkich w garści samym spojrzeniem, gestem, słowem. Nie był taki jak reszta jego gangu – nie był krzykliwy ani głośny – ale sama jego obecność wystarczyła, by każdy zesztywniał.
Nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale wiedziałam jedno: byli niebezpieczni. Wszyscy. Nie byli po prostu ludźmi, których unika się z typowych powodów – bo są złośliwi czy są gnębicielami. Nie, oni byli tym rodzajem ludzi, przy których czujesz się mały, nieistotny, jakbyś nawet nie zasługiwał na to, by przebywać w tej samej przestrzeni co oni. Ludzie patrzyli na nich jak na bogów, królów, albo może coś jeszcze gorszego. Cała szkoła traktowała ich z nabożną czcią. To wszystko było niepokojące, jak przechodzenie przez pokój pełen ludzi, którzy udają, że się nie boją.
A jednak, mimo tego wszystkiego, było w nich coś… intrygującego. Zwłaszcza w Kaelenie. Jego ciemne oczy zawsze zdawały się cię studiować, jakby potrafił w ułamku sekundy wyczytać twoją duszę i znaleźć wszystkie sekrety. Był niezaprzeczalnie pociągający. Ten rodzaj przystojności, który nie brał się tylko z ostrej linii szczęki czy rozwichrzonych czarnych włosów – brał się z tego, jak się poruszał, a jednocześnie z tego, że mógłby cię zniszczyć jednym spojrzeniem. Sprawiał, że moje serce przyspieszało za każdym razem, gdy przechodził obok, choć wiedziałam, że powinnam trzymać się z daleka… że on to zupełnie nie moja liga.
Nie mogłam okłamywać samej siebie. Myślałam o nim częściej, niż powinnam. Znacznie częściej. Próbowałam przestać – próbowałam nie dopuścić, by jego obecność zawładnęła moimi myślami – ale nie dało się tego powstrzymać.
Ale to nie miało znaczenia, prawda?
Bo wszyscy w szkole byli przekonani, że on spotyka się z Vivienne, jedyną osobą w tej grupie, która była jednocześnie przyjazna i urocza. I szczerze mówiąc, tworzyli parę idealną. Vivienne była piękna i popularna, była typem dziewczyny, która potrafi rozświetlić każde pomieszczenie. Ona i Kaelen byli w oczach wszystkich potężną parą. Gdybyś zapytał kogokolwiek, powiedziałby ci, że są sobie pisani, że Kaelen widzi tylko ją.
Zresztą, nie miałam żadnych powodów, by sądzić, że Kaelen mógłby zainteresować się kimś takim jak ja. Ledwo dostrzegał moje istnienie, poza momentami, gdy spychał mnie sobie z drogi. Byłam tylko kolejną twarzą w tłumie. Kolejną dziewczyną, którą się ignoruje.
I nie mogłam pominąć sposobu, w jaki na mnie patrzył. Jakbym była niczym więcej niż niedogodnością. Jakby sama moja obecność go irytowała. Może to tylko moja wyobraźnia, ale za każdym razem, gdy na mnie spoglądał, czułam się jak robak pod mikroskopem, czekający, aż mnie rozgniecie.
Kręcąc głową, odsunęłam te myśli i ruszyłam w stronę szkoły. Nie miałam wyboru. Musiałam przetrwać ten dzień, tak jak każdy inny. Każdy dzień był cyklem unikania kłopotów, schodzenia z drogi i prób wtapiania się w tło. Powtarzalną rutyną, w której czułam się, jakbym szła przez życie na autopilocie, próbując po prostu dotrwać do jutra.






