Perspektywa Elory
– Jesteś kurwa ślepa?! – wrzasnęła, a w naszej okolicy natychmiast zapadła cisza. – Nie możesz patrzeć, gdzie leziesz, ty dziwko! Masz pojęcie, co właśnie zrobiłaś?
– J-ja przepraszam… – zaczęłam mówić, ale w następnej chwili moja głowa odskoczyła w bok, gdy na policzku wybuchł ból. W czaszce zapulsowało mi od wcześniejszego urazu. Przez ułamek sekundy widziałam ciemne plamy przed oczami, zanim piskliwy głos Sloane przebił się przez to oszołomienie.
– „Przepraszam” nie wystarczy, dziwolągu – warknęła, podchodząc do mnie bliżej. – Myślisz, że twoje przeprosiny naprawią moją torbę od LV? – Znów podniosła rękę, a ja wzdrygnęłam się, myśląc, że zaraz uderzy mnie ponownie, ale zatrzymała się w pół ruchu. Na jej ustach wykwitł szyderczy uśmiech, gdy zmierzyła mnie wzrokiem od stóp do głów. – Wiesz co? Nie chcę brudzić sobie rąk dotykaniem cię po raz drugi. Oddaj mi pieniądze za zniszczenie mojej markowej torebki. Dwadzieścia tysięcy dolarów.
Szlag!
Skąd ja miałam wziąć taką sumę?!
Moje oczy rozszerzyły się z przerażenia, gdy spojrzałam na Sloane, szukając cienia żartu, ale po wyrazie jej twarzy wiedziałam, że mówi poważnie. Doskonale wiedziała, że nie jestem w stanie zapłacić takiej kwoty, co tylko potęgowało jej radość z mojej udręki.
– Co, nie zrobisz tego? – zażądała odpowiedzi. – Oddawaj co mi wisisz za zniszczenie mojej torebki na zamówienie, dziwolągu!
W tym momencie jej głos był już na tyle głośny, by uciszyć całą stołówkę. Wszyscy obserwowali rozwój dramatu, ciesząc się, że to nie oni są celem gniewu Sloane. Poczułam, jak moje dłonie wilgotnieją od zimnego potu, a serce tłucze się o klatkę piersiową. Rozglądałam się nerwowo, mając nadzieję, że jakimś cudem… ktoś poczuje litość i przyjdzie mi na ratunek.
Ale nikt tego nie zrobił. Gdy patrzyłam na swoje buty, przygryzając dolną wargę i próbując wymyślić jakąkolwiek wymówkę, by wyjść z tej sytuacji, poczułam, jak wbija mi palec w ramię. Syknęłam z bólu, czując jej wypielęgnowane paznokcie.
– Hej – wypluła – patrz na mnie, jak do ciebie mówię. – Kiedy nie odpowiedziałam, szarpnęła mnie za włosy, zmuszając do spojrzenia w górę, mimo że jęknęłam z bólu. – Powiedziałam: patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię. – Pchnęła mnie palcem wskazującym w czoło, odpychając do tyłu. – Jesteś głucha czy po prostu głupia?
To wywołało parę śmiechów, podczas gdy ja czułam, jak cały świat wiruje wokół mnie. Mój wzrok błądził po sali i zauważyłam, że jedyną osobą, która wydawała się zupełnie niezainteresowana sytuacją, był Kaelen. Jadł lunch w spokoju, jakby nie działo się nic godnego uwagi.
Spojrzałam Sloane w oczy, uznając, że i tak nie mam nic do stracenia, więc powiedziałam prawdę. – Ja… nie mam t-takich pieniędzy.
– O! Jakie to interesujące! – prychnęła Sloane, splatając ramiona na piersi. – To jak niby mam sobie kupić nową torebkę po tym, jak wylałaś na nią to swoje tanie żarcie?
Znów przygryzłam wargę, dławiąc w sobie słowa. Sloane była jedną z najbogatszych dziewczyn w szkole, a spodziewała się, że ktoś taki jak ja nosi dwadzieścia tysięcy w kieszeni?
Ale bez względu na to, jak niedorzecznie to brzmiało, nie miałam odwagi powiedzieć jej tego prosto w twarz.
Plask!
Moja głowa znów odskoczyła w bok, tym razem po uderzeniu w drugi policzek. Przez chwilę gapiłam się w przestrzeń, nie będąc pewna, co się dzieje.
– Skoro nie możesz mi zapłacić dwudziestu tysięcy, nagrodzę cię dwudziestoma policzkami – powiedziała groźnie Sloane, przysuwając się do mnie, podczas gdy moje usta drżały przed jej złowieszczą obecnością. – Jeden policzek nie powinien być wart nawet tysiąca dla takiej żebraczki jak ty, ale co poradzić? Muszę myśleć też o moich biednych dłoniach.
– Co-AAŁ!
Plask!
Tym razem nie zdołałam powstrzymać krzyku, który wyrwał się z moich ust, gdy ponownie zaatakowała mój posiniaczony policzek.
Podniosła rękę jeszcze raz, ale zanim zdążyła mnie uderzyć, czyjaś dłoń wystrzeliła i chwyciła Sloane, odpychając ją tak mocno, że ta zatoczyła się do tyłu.
Sloane spojrzała ze zdumieniem na kobietę, która stanęła między nami; jej mina mówiła jasno, że zupełnie się tego nie spodziewała. – Vivienne?
– Wystarczy, Sloane – powiedziała łagodnie Vivienne, jednak w jej głosie było coś, co sprawiło, że włosy na karku stanęły mi dęba. – Nic złego nie zrobiła, to był tylko wypadek. Uspokój się i idź zjeść lunch.
Sloane wpatrywała się w Vivienne jeszcze przez kilka sekund. Nie wiedziałam, co działo się między nimi, bo Vivienne stała do mnie tyłem, ale cokolwiek to było, najwyraźniej wygrała tę niemą bitwę, bo ostatecznie Sloane spuściła wzrok i prychnęła.
Sloane zwróciła się do mnie z szyderstwem: – Masz szczęście, że tym razem cię uratowano. Ale jeśli znów wejdziesz mi w drogę, nie wywiniesz się tak łatwo.
Gdy Sloane odeszła, zobaczyłam, że Vivienne odwraca się w moją stronę, ale zanim zdążyła to zrobić, poczułam, jak łzy cisną mi się do oczu. Wiedziałam, że nie mogę pozwolić, by wszyscy w stołówce widzieli mnie w takim stanie.
Bez namysłu odwróciłam się na pięcie i uciekłam, biegnąc ze spuszczoną głową obok ludzi, którzy śmiali się i wytykali mnie palcami, jakbym była klaunem w cyrku.
Nic z tego nie miało dla mnie w tamtej chwili znaczenia. Chciałam tylko dotrzeć do łazienki, zanim łzy zaczną płynąć; tylko tam mogłam oszczędzić sobie resztek tego upokorzenia.
Gdy biegłam przez niemal puste korytarze, jedyne, co mogłam robić, to zadawać sobie to samo pytanie, które towarzyszyło mi od śmierci mamy.
Dlaczego ja?






