languageJęzyk

Rozdział 4: Przetrwanie

Autor: Ravenna Black15 cze 2026

Perspektywa Elory

Dzień się wlókł. Każda mijająca minuta zdawała się wiecznością, jakby godziny wydłużały się tylko po to, by mnie torturować. Nie mogłam się skupić, nie potrafiłam skoncentrować na niczym. Dzwonek nie mógł zadzwonić wystarczająco szybko, bym mogła uciec z dusznej atmosfery klasy. Ledwo docierał do mnie głos nauczyciela, monotonnie opowiadającego o czymś, co zupełnie mnie nie obchodziło. Myślałam tylko o tym, jak wolno wskazówki zegara zbliżają się do przerwy na lunch.

Nigdy nie byłam orłem w nauce i nie mogłam powiedzieć, bym cieszyła się życiem licealnym. Brakowało mi motywacji i czasu, by poświęcić się książkom.

Byłam tu tylko dlatego, że nikt nie spojrzy na kogoś, kto rzucił szkołę, i nie pomyśli: „O, to ta. Ona na pewno zajdzie daleko”.

Chciałam zostać w szkole tak długo, jak pozwoli na to wszechświat, ponieważ ukończenie jej dawało szansę na lepszą pracę niż bycie kelnerką w malutkiej kawiarni za płacę minimalną. Byłam tu z poczucia obowiązku; z powinności ułatwienia życia mojemu bratu.

Siedziałam więc w ostatniej ławce przy oknie, odpływając myślami, podczas gdy sekundy tykały niemiłosiernie wolno. Lekcja i tak nie była zbyt owocna, a moja uwaga odmawiała dziś współpracy.

Musiałam tylko przetrwać te zajęcia. A potem następne, i następne, i jeszcze jedne… aż w końcu wybije godzina lunchu.

Ponieważ nie miałam zbyt wielu pieniędzy i starałam się oszczędzać każdego dolara, którego udało mi się uciułać, pora lunchu nigdy nie była dla mnie radosna. Nie mogłam kupić drogiego jedzenia z kafeterii, jak inni. Nie mogłam zjeść tego, na co miałam ochotę.

Nasza szkoła miała przynajmniej system darmowych posiłków dla potrzebujących, ale nie był to szczyt kulinarnych marzeń. Jeśli już, to były to resztki z sekcji bufetowej, które ledwo wypełniały żołądek. Jednak głodny nie wybiera. W tamtej chwili przyjęłabym wszystko, co zaoferowałaby kucharka, nawet czerstwą kromkę chleba bez żadnych dodatków.

Odetchnęłam z ulgą, gdy zadzwonił dzwonek; cieszyłam się, że połowa dnia jest już za mną. Wszyscy pognali do stołówki, podczas gdy ja zostałam w tyle, by powoli zebrać swoje rzeczy. Nauczyciel wyszedł chwilę później i dopiero wtedy otworzyłam swój mały portfel, by zajrzeć do środka.

Wiedziałam, że nie mam tam wiele, ale rozsunęłam suwak i zacisnęłam usta, znajdując na dnie około pięciu dolarów i parę centów.

Skoro dałam drugą piątkę Leo, potrzebowałam tych pieniędzy na zakupy do domu – na cokolwiek, co udałoby się za to kupić. Na tym etapie paczka błyskawicznych nudli wystarczyłaby nam na kilka dni, które zostały do wypłaty. I miejmy nadzieję, że jakiś łaskawy klient zostawi mi kilka dolarów napiwku, bym mogła dokupić jajka i mleko.

Ruszyłam do stołówki cichym krokiem, by nie przyciągać uwagi. Dobrą stroną tego, że ludzie nie dbali o moje istnienie, było to, że nie zauważali mnie, gdy podchodziłam do pani z bufetu, stając z boku ze spuszczoną głową i czekając, aż mnie dostrzeże i wyda mój darmowy posiłek.

To najwyraźniej poskutkowało, bo rzuciła na mnie okiem i prychnęła: – No cóż, przynajmniej jesteś konsekwentna. – Spojrzała na mnie ze złością, więc starałam się nie spotkać jej wzroku, mając nadzieję, że nie uzna tego za zniewagę. – Jak chcesz darmową paszę, to musisz poczekać.

Skinęłam głową w milczeniu, cofając się, gdy kolejka przesuwała się naprzód. Choć moje ciało protestowało, a żołądek burczał, domagając się karmienia, zignorowałam to wszystko i cierpliwie czekałam na swój lunch.

Obserwowałam, jak kucharka i jej pomocnicy krzątają się, obsługując uczniów. Dzwonek dopiero co wybrzmiał, więc mieli ręce pełne roboty. Cerulean Crest było publicznym liceum, więc jedzenie w kafeterii nie zasługiwało na pięć gwiazdek Michelin, ale wyglądało wystarczająco apetycznie, zwłaszcza to, za które uczniowie płacili. Mieli wszystko, o czym uczeń może marzyć – burgery, frytki, szejki, nachosy, skrzydełka…

Żołądek znów mi zakręcił i robiłam co mogłam, by nie zwracać uwagi na narastający ból, stojąc tam niezręcznie i czekając na swoją kolej. Naprawdę nie jadłam dziś śniadania. Tylko kromkę tosta i trochę soku pomarańczowego, bo wiedziałam, że Leo rośnie i potrzebuje pożywienia bardziej niż ja.

W końcu ruch zelżał i kucharka mogła mi podać tacę z resztkami, na które mogła sobie pozwolić – kilka krakersów i bochenek suchego chleba. – Dziękuję – powiedziałam, ale ona już na mnie nie patrzyła.

Z westchnieniem odwróciłam się, mając nadzieję, że znajdę jakiś cichy kąt, by dokończyć posiłek. Może było jakieś wolne miejsce przy -

Ale nie dane mi było dokończyć myśli, bo gdy się odwróciłam, wpadłam na najgorszą osobę, z jaką mogłam się zderzyć w tym momencie. Sloane Dax.

Moja taca upadła na podłogę w wyniku kolizji, wywołując głośny brzęk, który ściągnął na nas wzrok wielu osób. Patrzyłam na tę scenę z przerażeniem, widząc, jak wszystko spada na ziemię w zwolnionym tempie, jedzenie rozbryzguje się na posadzce i na naszych ciałach, podczas gdy Sloane wydała z siebie mrożący krew w żyłach wrzask i odskoczyła z gracją właściwą kapitance cheerek.

Dla mojego żołądka była to wielka strata, ale dla Sloane było to coś zupełnie innego… bo ku mojemu przerażeniu, Sloane tuliła teraz swoją torebkę do piersi, oglądając ją, jakby była to najcenniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek trzymała… i być może… tak właśnie było.

Ustawienia czytania

Rozmiar czcionki

17px
Obecny rozmiar

Motyw

Wysokość linii

Grubość czcionki