Rozdział trzeci
•SEBASTIAN•
Szczęka mi opadła, gdy utknąłem wzrok w tej zjawiskowej kobiecie, która właśnie wkroczyła do salonu. Miała jaskrawoczerwone włosy, niezwykle długie i gęste, zgrabny nos i naturalnie czerwone usta, które aż prosiły się o pocałunek. Kolczyk w przegrodzie nosowej nadawał jej wygląd prawdziwej buntowniczki. Dolną wargę również miała przebitą z boku kółeczkiem.
Miała na sobie spodnie cargo, zwykły biały T-shirt i botki za kostkę. Sądząc po tym, jak ubrała się na takie spotkanie, od razu wiedziałem, że ma głęboko gdzieś opinię innych. Biła od niej pewność siebie, a aura, którą roztaczała, mówiła mi jedno: będę miał z nią pod górkę, jeśli faktycznie dojdzie do tego ślubu.
– Cześć wszystkim. Mam nadzieję, że nie za późno – powiedziała, żując gumę i siadając obok rodziców.
– W samą porę, kochanie. Idealnie – odpowiedziała moja mama z uśmiechem.
– To jest ten mój przyszły mąż? – zapytała, mierząc mnie wzrokiem od stóp do głów, a ja poczułem się nieswojo pod intensywnym spojrzeniem jej elektryzująco błękitnych oczu.
– Tak, to on jest tym, za którego wyjdziesz – odpowiedział pan Holloway, a ona zmierzyła mnie wzrokiem pełnym pogardy.
– Nie podoba mi się. Jest za przystojny, a ja nienawidzę przystojniaków. Zazwyczaj są chamscy, lekceważący i zbyt zadufani w sobie – stwierdziła, na co przewróciłem oczami.
– Cóż, uczucie jest obustronne. Nie pasujesz do typu kobiet, z którymi się zadaję. Gdybym miał cię ocenić w skali od jeden do dziesięciu, dałbym ci jedynkę – odparowałem, a ona zapałała gniewem.
– Jesteś palantem! – rzuciła obelgę, a ja się zaśmiałem.
– Często to słyszę, więc to żadna nowość – odparłem. Chciała coś dodać, ale jej rodzice, którzy w milczeniu przyglądali się naszej wymianie zdań, uciszyli ją.
– Dosyć tego! Dopiero co się poznaliście, a już skaczecie sobie do gardeł. Tak to ma wyglądać, jak weźmiecie ślub i zamieszkacie razem? – zapytała po chwili pani Holloway, a ja parsknąłem.
– Na pewno nie wyjdę za tego dupka. Jest bezczelny i arogancki – powiedziała dziewczyna, na co uśmiechnąłem się chłodno.
– A ja na pewno nie ożenię się z taką suką jak ty – rzuciłem i zaczęliśmy mierzyć się nienawistnym wzrokiem.
– Dość! Przestańcie zachowywać się jak dzieci, zacznijcie jak dorośli! – wrzasnęła moja matka, gdy straciła cierpliwość.
– Dokładnie, bierzecie ślub, więc wypadałoby wykazać się dojrzałością i wzajemną tolerancją. Na tym właśnie polega małżeństwo – dodała pani Holloway, a ja nieświadomie prychnąłem.
– Czy naprawdę muszę się z nią żenić? Jeśli upieracie się przy małżeństwie, na pewno znajdziecie mnóstwo innych, ułożonych panien, które będą o niebo lepsze od niej. Ta jest nienormalna! – wypaliłem, a ona wywróciła oczami.
– Jeśli ja jestem nienormalna, to ty jesteś psychopatą! – odcięła się, a ja syknąłem z obrzydzeniem.
– Ożenisz się z nią, czy ci się to podoba, czy nie. Poza tym, nie robimy tego tylko dla was, ale także po to, by wzmocnić nasze więzi biznesowe i wznieść nasze firmy na wyższy poziom – oznajmił mój ojciec, a ja westchnąłem. Oczywiście. Biznes! Jak mogłem być tak głupi, żeby o tym nie pomyśleć?
Westchnąłem zrezygnowany, bo dla naszej firmy zrobiłbym wszystko; rodzice doskonale o tym wiedzieli. Jeśli muszę ożenić się z wiedźmą, żeby wzmocnić interes, niech i tak będzie.
– Ożenię się z nią. Jesteście już szczęśliwi? – rzuciłem cicho, ale wszyscy usłyszeli. Na ich twarzach wykwitły uśmiechy, z wyjątkiem mojej wiedźmowatej narzeczonej, która gapiła się na mnie, jakby chciała mnie udusić.
– Tylko nie cieszcie się za bardzo. Robię to wyłącznie ze względu na dobro firmy. Jeśli jednak ona przegnie pałę, nie zawaham się wziąć rozwodu – zastrzegłem, na co moi rodzice przewrócili oczami jednocześnie, jakby to zaplanowali.
– Co tylko chcesz, synu. Bylebyście tylko wzięli ten ślub – powiedziała matka.
– E... Nie przypominam sobie, bym zgodziła się na ślub z tym idiotą. Ja też mam tu coś do powiedzenia, pamiętacie? – odezwała się wiedźma, ale matka skarciła ją wzrokiem, zanim zdążyła dodać coś więcej.
– Wyjdziesz za niego. Jeśli nie chcesz tego zrobić dla siebie, zrób to dla naszej podupadającej firmy. Wiesz, że tego potrzebujemy – powiedział jej ojciec, a ona mruknęła coś pod nosem.
– Mam gdzieś ten wasz biznes i nie chcę mieć z nim nic wspólnego – wymruczała do siebie z drwiną.
– Dobra, wyjdę za niego, ale tylko dlatego, że wy i tata jesteście zdesperowani. Ale najpierw on musi mi coś obiecać – powiedziała, patrząc mi prosto w oczy.
No pięknie! Jeszcze nie jesteśmy małżeństwem, a ona już chce obietnic. Czego może ode mnie chcieć? Nie mam czasu ani ochoty na dotrzymywanie jakichś obietnic.
– Czego chcesz? – zapytałem, wywracając oczami. Miałem dziwne przeczucie, że poprosi o coś, co będzie dla mnie trudne do spełnienia.
– Słyszałam, jaką masz opinię... że jesteś męską dziwką, która puka wszystko, co nosi spódnicę... – zaczęła, ale przerwałem jej, wcinając się w słowo.
– Stoję tuż przed tobą, więc mów mi to w twarz. I tak, to prawda, ale ciebie bym nie tknął. Mój fiut jest zarezerwowany dla seksownych kobiet z biustem, tyłkiem i krągłościami tam, gdzie trzeba, a ty nie łapiesz się do żadnej z tych kategorii. Jesteś bardziej chłopem niż kobietą – rzuciłem, a ona wykrzywiła twarz w grymasie.
Wszystko, co właśnie powiedziałem, było kłamstwem prosto z czeluści piekielnych. Była piękniejsza niż jakakolwiek kobieta, z którą dotąd byłem, a to już coś znaczyło, bo obracałem się wśród topowych modelek, choć niektóre z nich miały w sobie więcej plastiku niż ciała.
– Ja też bym cię nie tknęła. Założę się, że masz małego i dlatego nie potrafisz zostać przy jednej kobiecie. Boisz się, że po pierwszym razie zobaczą, jaki jest mikry – odparowała, a na moją twarz wypłynął drwiący uśmieszek.
– Doprawdy? Może podejdziesz i sama sprawdzisz, jak bardzo się mylisz? – zapytałem dwuznacznie, wykonując gest w stronę krocza, gdzie mój członek nie mógł powstrzymać się od poruszenia w spodniach na myśl o tej małej potyczce.
– Dosyć! Czy wy nie macie żadnych hamulców? Tylko przekleństwa wam w głowach – skarciła nas pani Holloway. Spuściłem wzrok na podłogę, udając skruchę, ale uśmieszek wciąż błąkał się na moich ustach.
– Dzisiejsza młodzież. Nie potrafią sklecić zdania bez klnięcia – dodał pan Holloway.
– Zostawmy to – odezwał się mój ojciec. – Vivienne, mówiłaś coś o warunku...
– Tak, to, co chciałam powiedzieć, zanim przerwał mi ten idiota... – rzuciła, mierząc mnie wzrokiem, ale tym razem milczałem, nie chcąc już bardziej urażać starszyzny.
– Chciałam powiedzieć, że nie życzę sobie, by sprowadzał do domu jakiekolwiek swoje zdziry. Poza domem może z nimi robić, co chce, ale nigdy w środku. Nie mam zamiaru oglądać tych maszkaronów, z którymi sypia.
– O, to proste. Jestem pewien, że na to przystanie. W zasadzie to w ogóle nie powinien sypiać z innymi kobietami – stwierdził mój ojciec, a ja spojrzałem na niego z zaskoczeniem.
– Nie ty o tym decydujesz – warknąłem.
Odwróciłem się do Vivienne i posłałem jej szeroki uśmiech. – Nie będę sprowadzał kobiet do domu, ale nie słuchaj tego, co mówi mój ojciec, bo nie zamierzam się do tego stosować. Chyba że on sam chce się z tobą ożenić.
– Dla mnie bomba. Możesz wkładać swojego ptaka w jakie tylko chcesz dziury, byle nie w moją – odparowała. – To co, zaczynamy ten teatrzyk zwany ślubem?






