Rozdział czwarty
•SEBASTIAN•
Ten dzień w końcu nadszedł. Dzień, w którym miałem poślubić wiedźmę w ludzkiej skórze.
Minął miesiąc, odkąd Vivienne odwiedziła mnie w biurze, twierdząc, że musimy się lepiej poznać, i faktycznie dowiedziałem się o niej kilku rzeczy. Dowiedziałem się, że kocha czytać i robić zakupy, między innymi. Była też świetną kucharką i uwielbiała eksperymentować w kuchni; byłem niemal w stu procentach pewien, że nigdy nie tknę jej jedzenia. Nie ufałem jej na tyle, by wierzyć, że mnie nie otruje, byle tylko uwolnić się z tego małżeństwa.
Pukanie do drzwi wyrwało mnie z rozmyślań.
– Proszę! – zawołałem do kogokolwiek, kto stał za drzwiami, i dalej zapinałem guziki białej koszuli.
Drzwi otworzyły się i do pokoju hotelowego wszedł Xavier. Był moim drużbą i miał już na sobie garnitur.
– Hej, stary, jeszcze się nie ubrałeś? – zapytał, podchodząc do mnie.
– Już prawie. Jeszcze minuta – odparłem.
– Powinieneś się pośpieszyć. Goście już się schodzą – oznajmił, a ja westchnąłem.
– To ich problem. Będziemy na miejscu, kiedy będę gotowy – rzuciłem.
Chwyciłem marynarkę smokingową i narzuciłem ją na ramiona. Wziąłem muchę i ją poprawiłem. Gdy skończyłem, założyłem złoty zegarek. Spryskałem się też perfumami i przejrzałem w lustrze. Przystojny jak zawsze.
– Skończyłeś już? Zawsze spędzasz wieki na strojeniu się – skomentował Xavier, wywracając oczami.
– No ba, facet musi zawsze dobrze wyglądać – zachichotałem, dalej podziwiając swoje odbicie.
– Przestaniesz się już zachwycać sobą? Musimy iść – powiedział niecierpliwie Xavier, a ja, po jeszcze minucie napawania się własnym wyglądem, odpowiedziałem:
– Tak, możemy iść.
– Trochę ci to zajęło – mruknął z kwaśną miną.
Opuściliśmy pokój i zjechaliśmy windą do lobby. Poza recepcjonistką nie było nikogo, bo wynajęliśmy cały hotel dla zachowania prywatności. Przeszliśmy do garażu, gdzie czekała już limuzyna.
Otworzono nam drzwi i wsunęliśmy się do środka. Po kilku sekundach szofer ruszył w stronę miejsca ceremonii, które nie było daleko od hotelu.
Po piętnastu minutach jazdy dotarliśmy na miejsce.
y szofer wjechał na parking, zobaczyłem gości wchodzących na teren wystawnej posiadłości. Mówiłem matce, że nie chcę tłumów na ślubie, ale ona nigdy nie słucha. Założę się, że zaprosiła całe Los Angeles.
Główne wejście zapierało dech w piersiach – potężna brama ozdobiona kwiatami i pnączami prowadziła na ogromny dziedziniec. Otaczały go wysokie kolumny z kunsztownie wyrzeźbionymi motywami liści i winorośli. Miękkie, ciepłe światło zalewało przestrzeń, nadając wszystkiemu złoty blask i tworząc atmosferę czaru i luksusu.
Ojciec kazał mi wcześniej sprawdzić to miejsce i nie byłem zawiedziony. Mogłem nie chcieć tego ślubu, ale na pewno zależało mi, by oprawa była z najwyższej półki – coś, co trafi na nagłówki lokalnych i międzynarodowych wiadomości.
Na końcu dziedzińca znajdowało się centrum wydarzeń: ślubne podium. Scena, na której miałem przypieczętować pakt z kobietą, która przerażała mnie do szpiku kości. Było to eleganckie arcydzieło z wysokimi białymi kolumnami, misternie zdobionymi złotymi motywami i kaskadami białego jedwabiu. Podium tonęło w kwiatach, których zapach wypełniał powietrze nutą radości i miłości. Piękno tej sceny wcale jednak nie ukoiło moich nerwów. W głowie miałem tylko jedną myśl: za kilka minut będę nazywany żonatym mężczyzną. Kto by pomyślał?
– Idziemy, stary – odezwał się Xavier i ruszyliśmy w stronę budynku bocznym, ustronnym przejściem, innym niż to dla gości. Po drodze wpadliśmy na moją matkę, która praktycznie wciągnęła mnie w głąb budynku w stronę podium, a Xavier biegł tuż za nami.
– Gdzieś ty był? Szukałam cię wszędzie – powiedziała zdyszana, wciąż mnie ciągnąc. Nawet nie próbowałem prosić, by mnie puściła, bo i tak by nie posłuchała.
– Przecież właśnie szedłem, to chyba jasne – odpowiedziałem z obojętną miną.
– Powinieneś tu być pół godziny temu. Ślub zaczyna się za dwie minuty – oznajmiła.
– Nieważne. Miejmy to już z głowy – wymruczałem, ale nie zwróciła na mnie uwagi.
Wkrótce dotarliśmy do podium, a matka ustawiła mnie po lewej stronie. Urzędnik stał już na środku, a Xavier i pozostali drużbowie, na których twarze nawet nie zerknąłem, stanęli za mną.
Goście siedzieli w rzędach białych krzeseł na trawniku, zwróceni w stronę łuku udekorowanego różami i wstążkami. Muzyka zaczęła grać cichą melodię i wszyscy odwrócili głowy, by zobaczyć wchodzące dziewczynki z kwiatami. Były to dwie urocze siostry, córki jakiejś ciotki, ubrane w różowe tiulowe sukienki, niosące koszyczki z płatkami. Szły powoli i z gracją, rozsypując płatki na trawie. Uśmiechały się nieśmiało do ludzi, którzy gruchali z zachwytu i klaskali. Gdy dotarły do końca alejki, usiadły obok rodziców, którzy promienieli z dumy. Muzyka zmieniła ton, sygnalizując przybycie panny młodej. Wszyscy wstali i spojrzeli za siebie, spragnieni jej widoku – wszyscy poza mną. Robiłem, co w mojej mocy, by ukryć grymas na twarzy.
Vivienne szła w moją stronę dumnym krokiem, mając ojca u boku. Po kilku sekundach dotarła do mnie, a jej ojciec przekazał mi jej dłoń. Położyła ręce na moich i stanęliśmy twarzą do urzędnika.
Po chwili wymieniliśmy przysięgi, założyliśmy obrączki i nadszedł czas na to, co nieuniknione.
– Możesz teraz pocałować pannę młodą – powiedział urzędnik, a ja o mało się nie zakrztusiłem. Cóż, raz kozie śmierć.
Podniosłem jej welon i w końcu mogłem wyraźnie zobaczyć jej twarz. Wyglądała uroczo w delikatnym, ładnym makijażu, a nie w tym mrocznym i przerażającym, który zwykle nosiła.
– Zamierzasz mnie pocałować, czy będziesz się tak gapił, jakbyś nigdy nie widział nic równie pięknego? – zapytała szeptem, a ja prychnąłem.
– Proszę cię. Nie pochlebiaj sobie. Wcale nie jesteś aż tak piękna – skłamałem bez mrugnięcia okiem.
– Wiem, że jestem. W zasadzie to jestem olśniewająca. Nie potrzebuję twojego potwierdzenia – odparła z drwiącym uśmieszkiem.
Miałem już coś odpowiedzieć, gdy urzędnik głośno odchrząknął i wtedy zauważyłem, że wszyscy goście wpatrują się w nas z pytającymi minami.
– Możesz teraz pocałować pannę młodą – powtórzył, a ja westchnąłem.
– Teraz albo nigdy – wymruczałem, biorąc jej twarz w dłonie, a ona zamknęła oczy. Złączyłem nasze usta na ułamek sekundy i natychmiast się odsunąłem. To było bardziej muśnięcie ustami niż prawdziwy pocałunek, ale goście zdawali się tego nie zauważyć – wszyscy wstali, zaczęli klaskać i składać nam gratulacje.
Gdy cały ten harmider nieco ucichł, byłem już w drodze do limuzyny, byle tylko uciec od tego hałasu, kiedy zatrzymał mnie ojciec.
– A ty dokąd się wybierasz? – zapytał, stając przede mną i blokując mi przejście. Cóż, mógłbym go popchnąć, gdyby naprawdę próbował mnie zatrzymać...
– Do siebie, to chyba oczywiste – odparłem, wywracając oczami. – Gdzie niby mam iść? Do sierocińca?
Byłem nieuprzejmy, ale na to zasłużył, zmuszając mnie do małżeństwa, którego nie chciałem.
– Nie wiem... Może do tych swoich dziwek, z którymi masz romanse – odparował, na co jęknąłem.
– Po prostu zejdź mi z drogi, proszę. Mam już dość tego cyrku – rzuciłem.
– Cóż, synu, dzisiaj nie wracasz do domu – oznajmił, a ja spojrzałem na niego skonsternowany.
– Co? Odwaliłem już ten przeklęty ślub, który na mnie wymusiłeś. Czego jeszcze ode mnie chcesz? Mojego życia? – zapytałem wściekły.
– Nie, synu, życie możesz sobie zostawić. Nie jest mi potrzebne – odpowiedział, ignorując całą resztę moich pretensji.
– Więc czego chcesz? – zapytałem raz jeszcze.
– Jedziecie w podróż poślubną ze swoją świeżo upieczoną żoną, Vivienne – oświadczył.
– Co to ma, do jasnej cholery, być?!






