Zwyczajowy moment szacunku dobiegł końca i głowy zaczęły się unosić. Moja wciąż pozostawała opuszczona, ciało znieruchomiało, gdy walczyłam o kontrolę. Serce tłukło się o moje żebra niczym uwięziony ptak, a każde jego uderzenie posyłało ten odurzający zapach głębiej w moją świadomość.
*Przeznaczony.*
Moja wilczyca poruszyła się we mnie, rwąc się naprzód z rozpaczliwą radością, z głodem, z rozpoznaniem tak głębokim, że groziło to przytłoczeniem mojej ludzkiej świadomości. Odepchnęłam ją, tłumiąc z dyscypliną wypracowaną przez lata. Nie tutaj. Nie teraz.
Gdy w końcu zdołałam unieść wzrok, moje oczy poruszyły się same, przyciągnięte przez salę, jakby pociągane niewidzialnymi nićmi. Odnalazły go natychmiast, jakby każdy inny człowiek rozpłynął się w cieniu.
Król lustrował tłum, a jego bursztynowe oczy były pełne determinacji. Jego nozdrza nieznacznie się rozszerzyły i wiedziałam z głęboką do szpiku kości pewnością, że podążał za tym samym zapachem, który kilka chwil wcześniej wywrócił mój świat do góry nogami. Jego spojrzenie omiotło salę raz, drugi, a potem skrzyżowało się z moim ponad połacią polerowanego marmuru i zgromadzonymi dygnitarzami.
Czas się zatrzymał. Przestrzeń między nami zdawała się jednocześnie kurczyć i rozszerzać. Jego oczy rozszerzyły się ułamkowo, stanowiąc jedyną wyrwę w jego królewskim opanowaniu. Patrzyłam, nie mogąc odwrócić wzroku, jak w tych bursztynowych głębiach świta zrozumienie.
Jego usta poruszyły się bezgłośnie, kształtując pojedyncze słowo, które zdołałam odczytać nawet z tej odległości: przeznaczona.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Kieliszek wyślizgnął się z nagle pozbawionych czucia palców, a kryształ roztrzaskał się o podłogę w kaskadzie szampana i błyszczących odłamków. Dźwięk ten przełamał czar, przyciągając uwagę. Twarze zwróciły się w moją stronę – ciekawe, zatroskane, kalkulujące.
– Emmo? – Głos Elijaha dotarł do mnie, jakby dobiegał spod wody. Jego dłoń zacisnęła się na moim łokciu, stabilizując mnie. – Co się dzieje?
Nie mogłam wydusić słowa. Sala zaczęła delikatnie wirować, a światła żyrandoli rozciągnęły się w strumienie złota. Po drugiej stronie sali Król zrobił krok w moim kierunku, po czym został przechwycony przez członka swojej rady. Jego oczy nie opuszczały moich.
– Emmo. – Tym razem był to głos Eleny, ostrzejszy z niepokoju. Przesunęła się, by zasłonić mi widok na Króla, a jej twarz wyostrzyła się przede mną. – Zbladłaś niczym twoja wilczyca. O co chodzi?
Przełknęłam ślinę, a w gardle miałam sucho jak na pustyni. – Mój partner drugiej szansy tu jest – zdołałam z siebie wydusić, ledwie słyszalnie.
Wyraz twarzy Eleny zmienił się, a na jej obliczu rozkwitła radość. – Ależ to wspaniale! Kto...
Pokręciłam głową, ucinając jej słowa. Moje nogi wydawały się niepewne, a skóra była jednocześnie zbyt gorąca i zbyt zimna.
– Czy to nie dobrze? – naciskała Elena, a zmieszanie zastąpiło jej uśmiech.
– Nie – szepnęłam. – Nie, nie jest.
Wzrok Elijaha podążył za moim, a jego twarz wyostrzyła się, gdy do jego świadomości dotarła prawda. Nie powiedział nic, ale jego uścisk na moim ramieniu nieznacznie się zacisnął; stanowiło to wsparcie, nie przymus.
Zrobiłam krok w tył, potem kolejny. Zapach wciąż mnie spowijał, stając się silniejszym w miarę, jak wzrastała moja jego świadomość. Moja wilczyca niespokojnie drapała na obrzeżach mojej świadomości, popychając mnie ku niemu, zamiast pozwalać odejść.
– Potrzebuję powietrza – powiedziałam zdławionym głosem. Nie czekając na odpowiedź, odwróciłam się i ruszyłam w stronę najbliższych drzwi balkonowych, prześlizgując się przez nie w błogosławiony chłód nocy.
Balkon ciągnął się w pełnym gracji łuku, a jego biała, marmurowa balustrada lśniła w świetle księżyca. W dole Królewskie Miasto rozciągało się w koncentrycznych kręgach światła i cienia, a jego architektura była zarazem piękna, jak i obca dla moich przyzwyczajonych do lasu oczu. Chwyciłam chłodny kamień obiema dłońmi, pochylając się do przodu i wciągając do płuc głębokie hausty nocnego powietrza.
To nie pomogło. Jego zapach podążył za mną, osadził się w moich zmysłach w sposób, który mówił mi, że żaden dystans już go nie osłabi. Więź zaczęła się formować w chwili, gdy tylko poczułam jego woń, wbrew wszelkim murom obronnym, które budowałam przez lata.
– To nie może dziać się naprawdę – szepnęłam do uśpionego miasta w dole. – Nie on. Każdy, tylko nie on.
Konsekwencje tego uderzały we mnie falami. Król Likanów. Władca gatunku, który przez wieki spoglądał na wilkołaki z góry, jak na poślednie stworzenia. Monarcha, którego pozycja polityczna była już i tak niepewna z powodu jego postępowego stanowiska wobec mojego rodzaju. I ja, wilkołak, siostra alfy stada, związana obowiązkiem i lojalnością wobec mojego ludu.
To było politycznie niemożliwe. Kulturowo bezprecedensowe. A w wymiarze osobistym – przerażające.
A jednak moja wilczyca wiedziała to z niezachwianą pewnością: to mój przeznaczony. Najrzadszy z darów w naszym świecie; druga szansa na więź, którą utraciłam przed laty. Dopełnienie, na które moja dusza przestała już liczyć.
Zamknęłam oczy, walcząc o opanowanie. Jeden wdech. Drugi. Trzeci.
– To nie będzie miało znaczenia – powiedziała sobie stanowczo. – Możemy to zignorować. Ludzie już wcześniej odrzucali więzi z przeznaczonymi. – Słowa te smakowały w moich ustach jak popiół, gdy je wypowiadałam.
Za mną drzwi balkonowe otworzyły się bezszelestnie. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, kto tam stoi. Zapach przybrał na sile, owijając się wokół mnie niczym uścisk. Moja wilczyca znów wyrwała się do przodu i tym razem ledwie nad nią zapanowałam.
Odwróciłam się powoli, opierając się plecami o balustradę, jakby ta mogła w jakiś sposób podtrzymać ciężar tej chwili.
Król Theodore stał w obramowaniu drzwi, a światło księżyca srebrzyło końcówki jego ciemnych włosów. Jego oczy, te niezwykłe, bursztynowe oczy, wpatrywały się w moje z intensywnością, która odbierała mi te resztki tchu, jakie udało mi się odzyskać. Z bliska dostrzegałam złote plamki w ich głębi, potrafiłam wyczytać złożone emocje walczące za maską jego królewskiego opanowania.
Przez długą chwilę żadne z nas nie odezwało się słowem. Nocne powietrze wibrowało między nami, naładowane w równej mierze potencjałem, co niemożnością.
– Mój przeznaczony – szepnęłam w końcu, a słowo to było jednocześnie pytaniem i niechętnym potwierdzeniem.
Jego ramiona wyprostowały się, a podbródek uniósł nieznacznie. Kiedy przemówił, jego głos był niższy, niż sobie wyobrażałam, dźwięczny od pewności siebie i ledwie tłumionych emocji.
– Moja przeznaczona – zawtórował mi, a to pojedyncze słowo niosło ze sobą ciężar przekonania, które wstrząsnęło posadami mojego starannie uporządkowanego świata.






