– Nie masz za co przepraszać – powiedział, a jego głęboki głos niósł ze sobą ten subtelny akcent, który zdawał się owijać wokół każdego słowa. – Przeszłaś przez wiele, i to ty jesteś tą skrzywdzoną, a nie na odwrót.
Skinęłam powoli głową, spuszczając wzrok na swoje dłonie. Lekko drżały, więc rozłożyłam je na chłodnym kamieniu, by je uspokoić. – Logicznie rzecz biorąc, wiem o tym – przyznałam. – Ale jest różnica między wiedzą a czuciem.
– Owszem – zgodził się, a jego głos był łagodny. – Umysł leczy się inaczej niż serce.
Zrozumienie zawarte w tych prostych słowach sprawiło, że na niego spojrzałam. Jego profil wyraźnie odznaczał się na tle nocnego nieba, a oczy skupione były na mieście w dole, jakby celowo dawał mi przestrzeń, bym mogła go obserwować bez presji jego spojrzenia.
– Co chcesz zrobić, Emmo? – zapytał po chwili uważnym głosem, napiętym od emocji, w których rozpoznałam surową samokontrolę. – Z tym. – Wskazał nieokreślonym gestem przestrzeń między nami, a ruch ten objął niewidzialne nici więzi przeznaczenia, które wibrowały w powietrzu.
Pytanie zawisło między nami, obciążone stuleciami tradycji, biologicznymi imperatywami i politycznymi implikacjami, których żadne z nas nie mogło zignorować. Ale pod tym wszystkim usłyszałam prawdziwe pytanie – nie o to, co powinniśmy zrobić, ale o to, czego ja pragnęłam. Kiedy ostatnio ktoś zapytał mnie o to w tak fundamentalnej kwestii?
– Chcę spróbować – powiedziałam cicho, a słowa te wydały mi się zarówno przerażające, jak i wyzwalające, gdy tylko opuściły moje usta. – Spróbować cię poznać i dać tobie, nam, szansę.
Jego ramiona minimalnie się rozluźniły, choć dłonie nadal miał luźno splecione przed sobą, a jego postawa wciąż pozostawała ostrożna.
– Ale wiem, że nie będzie gładko – kontynuowałam, zmuszając się do utrzymania jego spojrzenia, gdy odwrócił się w moją stronę. – I nie chcę kazać ci czekać, aż poczuję się komfortowo. Nie wiem, ile to potrwa. Benjamin Thorne bardzo mnie złamał.
Nie zamierzałam wypowiadać jego imienia, nie chciałam sprowadzać tego ducha na nasz balkon. Ale oto był, unosząc się w powietrzu między nami jak trucizna.
Theo wyprostował się wtedy, a jego pełen wzrost budził respekt nawet z odległości kilku stóp. Jednak to jego oczy mnie przykuły – pałały zaciekłą emocją, której nie potrafiłam od razu zidentyfikować.
– Emeline Maxwell – powiedział, a moje pełne imię spłynęło z jego języka z nieoczekiwaną czułością – nie jesteś złamana. Przetrwałaś. – Zrobił jeden powolny, przemyślany krok naprzód, dając mi czas na wycofanie się, gdybym tego potrzebowała. – Owszem, wciąż się leczysz, ale odbudowujesz się silniejsza.
Te słowa uderzyły w coś głęboko we mnie, w jakąś ukrytą komnatę mojego serca, która pozostawała zamknięta nawet dla mnie samej. Moja wilczyca zaskomlała cicho, napierając do przodu, jakby na spotkanie jego deklaracji.
Posłałam mu słaby uśmiech, zaskakując samą siebie szczerą cieplem, które za nim stało. – To chyba najmilsza rzecz, jaką ktoś powiedział mi od bardzo dawna.
Jego odwzajemniony uśmiech odmienił jego twarz, łagodząc królewskie rysy w coś bardziej przystępnego, bardziej ludzkiego. Na ten widok lekko zaparło mi dech w piersiach.
– Napijemy się czegoś? – zapytał, a to proste pytanie oferowało drogę naprzód – nie żądanie, nie deklarację, a jedynie zaproszenie do zrobienia jednego, małego kroku.
Skinęłam głową, a ten maleńki uśmiech wciąż igrał na moich ustach. – Z przyjemnością.
Zaoferował mi ramię, a gest ten był formalny, lecz ciepły. Zahałam się tylko przez chwilę, po czym lekko położyłam dłoń na jego przedramieniu. Kontakt przesłał uderzenie ciepła przez moją dłoń i ramię, osadzając się gdzieś za żebrami. Moja wilczyca znów wyrwała się do przodu, a jej radość stanowiła jasny kontrapunkt dla mojej wciąż obecnej, ludzkiej ostrożności.
Gdy Theo prowadził mnie w stronę drzwi balkonowych, byłam boleśnie świadoma jego ciepła obok mnie, subtelnej gry mięśni pod moimi palcami i jego zapachu, który otulał mnie niczym obietnica. Więź między nami pulsowała potencjałem i komplikacjami w równej mierze.
Drzwi otworzyły się na nasze zbliżenie, jakby za sprawą magii, choć kątem oka dostrzegłam królewskiego służącego, który dyskretnie odsunął się na bok. Sala balowa przed nami lśniła złotym światłem, a muzyka przybrała na sile, gdy przekroczyliśmy próg. Rozmowy urywały się, a głowy odwracały w naszym kierunku. Ciekawość i spekulacje przetaczały się przez tłum niczym wiatr przez wysoką trawę.
Moja dłoń mimowolnie zacisnęła się na ramieniu Theo. – Wszyscy patrzą – szepnęłam, walcząc z chęcią wycofania się w głąb siebie.
– Niech patrzą – odparł, zniżając głos tylko dla moich uszu. – Nie zobaczą nic poza swoim królem, który eskortuje do baru wybitnego gościa.
Spojrzałam na niego, dostrzegając w jego bursztynowych oczach najdelikatniejszy ślad psoty. – Tym właśnie jestem? Wybitnym gościem?
Jego spojrzenie złagodniało, gdy spotkało się z moim. – Jesteś tym, kim zechcesz być, Emmo. To zależy wyłącznie od ciebie.
Ta prosta deklaracja otuliła mnie niczym ciepły płaszcz. Wyprostowałam ramiona, czerpiąc z siły, o której odzyskanie tak ciężko walczyłam, i pozwoliłam, by Theodore Lykoudis, Król Likanów i przeznaczony mi w ramach drugiej szansy druh, poprowadził mnie przez rozstępujący się tłum w stronę lśniącego baru na drugim końcu sali balowej.
Jeden krok. Potem kolejny. Podróż licząca tysiąc mil zaczynała się właśnie tutaj, w tej chwili, z moją dłonią na jego ramieniu i możliwościami rozciągającymi się przed nami niczym nieodkryte terytorium – piękne, niebezpieczne i należące wyłącznie do nas.






