Nocne powietrze osuszyło wilgoć na moich policzkach, chłodząc rozgrzaną skórę. W dole miasto toczyło się swoimi nocnymi rytmami, nieświadome naszego prywatnego dramatu. Wewnątrz sali balowej szczyt trwał w najlepsze, a dyplomaci i dygnitarze tkali swój ostrożny taniec słów i władzy.
A gdzieś w tym lśniącym tłumie czekał król – król, który był także moim przeznaczonym, bez względu na to, czy byłam gotowa zaakceptować tę rzeczywistość, czy nie.
– Nie wiem, czy dam radę – przyznałam, a mój głos brzmiał teraz pewniej.
– Nikt nie wymaga, żebyś rzucała się na głęboką wodę – powiedział Elijah. – Może po prostu daj mu szansę, siostrzyczko. Nawet jeśli na początku nie sama. – Przerwał, zastanawiając się. – Zawsze możemy wyskoczyć z nim na drinka albo zjeść kolację, dać ci szansę na poznanie go w mniej stresującej sytuacji.
Była to tak zwyczajna propozycja jak na te absolutnie niezwykłe okoliczności, że prawie wybuchłam śmiechem. Pójść na drinka z Królem – zupełnie jakby był tylko kolejnym kandydatem na partnera do prześwietlenia.
A jednak ta sugestia oferowała koło ratunkowe, środek drogi między odrzuceniem a akceptacją. Sposób na uszanowanie zarówno pewności mojej wilczycy, jak i mojej ludzkiej ostrożności.
Skinęłam głową oparta o ramię Elijaha, wdychając kojący zapach stada i rodziny po raz ostatni, zanim się wyprostowałam. – Brzmi nieźle.
Słowa te były ciche, ale stanowcze – stanowiły niepewny krok w stronę jakiejkolwiek przyszłości, jaka mnie czekała. Więź przeznaczonych tętniła pod moją skórą, nieodrzucona, lecz też nie do końca przyjęta. Początek, nie zobowiązanie.
Elijah uśmiechnął się, a wyraz ten ocieplił jego oczy. – Tylko o taką szansę ktokolwiek może prosić.
– Elijah – powiedziałam, z głosem wciąż szorstkim od emocji – czy mógłbyś ich tu z powrotem przyprowadzić? – Wytarłam wilgotne policzki wierzchem dłoni, zawstydzona swoim załamaniem, a jednak o wiele lżejsza dzięki temu, że pozwoliłam łzom płynąć. Nocne powietrze wysuszyło mokre ślady na skórze, pozostawiając uczucie ściągnięcia, które korespondowało ze skurczem w klatce piersiowej; oba niekomfortowe, ale zarazem niezbędne by mi przypomnieć, że wciąż tu jestem, wciąż oddycham i potrafię coś jeszcze czuć po tym wszystkim.
Mój brat przyglądał mi się przez chwilę, uważnie szukając czegoś w moich oczach z oceniającym spojrzeniem, które wypracował, odkąd został Alfą. – Jesteś pewna, Em?
Skinęłam głową, biorąc głęboki, wyrównujący oddech, który niósł ze sobą odległy zapach kwitnących nocą kwiatów z ogrodów poniżej. – Jestem pewna. Muszę... – Przerwałam, zbierając słowa, które wydawały się jednocześnie nazbyt ciężkie i zbyt kruche. – Muszę przynajmniej spróbować.
Twarz Elijaha złagodniała. Złożył na moim czole delikatny pocałunek, a jego znajomy zapach igieł sosnowych i skóry – oznaczający dom i bezpieczeństwo – opulił mnie na krótką chwilę. – Moja dzielna siostra.
Jego oczy nieco zaszły mgłą, gdy skupił się na czymś odległym, inicjując telepatyczne połączenie z Eleną. Ta cicha komunikacja pomiędzy przeznaczonymi kiedyś budziła we mnie zazdrość; teraz przeszła mnie przez nią fala obaw. Czy Theo będzie oczekiwał ode mnie takiej natychmiastowej otwartości? Sama myśl o obecności kogoś innego w moim umyśle, po intruzjach Benjamina, wywoływała dreszcze ze strachu wyciągniętego z zakamarków pamięci.
Wygładziłam dłońmi jedwabny materiał sukni – był to nerwowy gest, z którego nigdy do końca nie zrezygnowałam. Delikatna tkanina haczyła o zrogowacenia na moich dłoniach, będące dowodem lat spędzonych na treningach, walce, i żmudnym odbudowywaniu z siebie osoby, którą w ogóle mogłabym rozpoznać. Kogoś, kto już nigdy nie pozwoli się złamać.
Drzwi balkonowe otworzyły się niemal bezszelestnie, a oni oboje wyłonili się, jak zjawy wyczarowane przez myśli – najpierw Elena, w której miodowym blond włosach odbijało się światło księżyca, a za nią wyższa sylwetka Theo, a jego ramiona blokowały ciepły blask rzucany przez salę balową za nim. Zapach cedru i kamienia, miodu i błyskawic – znów mnie oplótł, a moja wilczyca wyskoczyła naprzeciw niego, pełna ochoczości i rozpoznania. Przycisnęłam dłonie mocniej do ud, kotwicząc się w obronie przed tym magnetycznym przyciąganiem.
Oczy Eleny, pełne troski, przenosiły się z Theo na mnie, po czym zatrzymały się na Elijahu. Pewien niewypowiedziany komunikat przeszedł między nimi – nie poprzez mentalną wieź, lecz poprzez cichy język przeznaczonych, którzy nauczyli się bezbłędnie czytać swoje najdrobniejsze gesty.
– Czy moglibyście zostawić nas na chwilę samych z Theo? – spytałam mocniejszym głosem, niż się spodziewałam.
Kącik ust Eleny uniósł się w lekkim uśmiechu, gdy sięgnęła po dłoń Elijaha. – Oczywiście. Zadbamy, żeby nikt wam nie przeszkadzał.
Elijah ścisnął delikatnie moje ramię. – Pewnie, mała. – Złożył kolejny pocałunek na moim czole – opiekuńczy, na wskroś dobrze znany gest, od którego poczułam ścisk w gardle – po czym powrócił z Eleną z powrotem do środka.
Drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem, które zdawało się nieść echem po niespodziewanej ciszy, jaka zapadła. Stałam oparta o balustradę; moje palce wciąż zwijały się wokół zimnego kamienia, i tam czerpały odwagę do stawienia mu czoła. Odległe odgłosy dobiegające z miasta w dole – słaba muzyka, sporadyczny zew nocnych ptaków, i szept wiatru we wspaniałych drzewach ozdobnych – wypełniały przestrzeń, która nas dzieliła.
W końcu się odwróciłam i zastałam Theo dokładnie w tym samym miejscu. Stał wysoki i budzący postrach, a jednocześnie promieniujący jakąś cierpliwością. Patrzył na mnie swoimi bursztynowymi oczami z taką mocą, że znów przyspieszył mi puls, jednak nawet nie drgnął, aby do mnie podejść. W tym bezruchu widać było skrupulatnie powstrzymywaną energię, która przypominała burzę, decydującą o tym, czy za moment uderzy w dół.
– Przepraszam, że tak spanikowałam – zaczęłam, a słowa wylewały się ze mnie, zanim mogłam ubrać je w coś bardziej dostojnego. – Moje poprzednie... to nie było łatwe. Myślałam, że już się z tym pogodziłam, ale gdy moja wilczyca z zaskoczenia rozpoznała partnera drugiej szansy, nagle wróciło całe zło.
Theo wreszcie się poruszył, lecz nie w moją stronę; podszedł do balustrady, zatrzymując się na kilka stóp ode mnie. Oparł się o zimny kamień ze swobodną, stanowczo niezagrażającą sylwetką. Księżyc posrebrzył obrzeża jego ciemnych włosów i padł blaskiem na platynową koronę.






