Obserwowałem, jak jej palce zaciskają się na nóżce kieliszka do wina. Każdy ruch był delikatny, a zarazem celowy, jak wszystko, co jej dotyczyło. Moja przeznaczona. Ta myśl wciąż posyłała błyskawice przez moje żyły, prąd niedowierzania i zachwytu, który krążył we mnie od chwili, gdy po raz pierwszy skrzyżowaliśmy spojrzenia. Bogini Księżyca wreszcie wysłuchała modlitw, których wypowiadania niemal już zaprzestałem. Dwieście lat czekania, a teraz stała przede mną – Emeline Maxwell, z jej czujnymi, zielonymi oczami i powściągliwym uśmiechem. Przeznaczona mi Królowa. Gdybym tylko mógł ją przekonać, by zaakceptowała to, co zapisał nam los.
Wzięła wyważony łyk wina, a jej wzrok przemiatał salę balową, jakby katalogowała wyjścia i potencjalne zagrożenia. Nawet w tym rzekomym momencie relaksu pozostawała czujną gammą. Coś ścisnęło mnie w klatce piersiowej – duma zmieszana ze smutkiem. Duma z jej siły, smutek z powodu okoliczności, które ją ukształtowały.
– Twoja ochrona jest niezwykle dyskretna – zauważyła, przenosząc uwagę z powrotem na mnie. – Naliczyłam czternastu strażników, ale dobrze się wtapiają. Dobre szkolenie.
Skinąłem głową, zadowolony z jej oceny. – Niezbędna umiejętność, gdy trzeba chronić, nie tworząc atmosfery paranoi.
Kącik jej ust uniósł się nieznacznie – nie był to do końca uśmiech, ale może jego daleki kuzyn. Marmurowy blat baru między nami lśnił w świetle żyrandoli, które rzucały na jej rysy złote światło, łagodząc ostrożność, jaka zdawała się być w nie na stałe wpisana. Staliśmy na spokojniejszym końcu baru, na małej wyspie względnej prywatności w morzu dyplomatycznych gierek, jakim był ten szczyt.
– Opowiedz mi o swojej roli jako gamma – powiedziałem, starannie dobierając słowa. – To nietypowa pozycja dla siostry alfy.
Coś błysnęło w jej oczach – może ostrożność – zanim odpowiedziała. – Wataha Krwawego Księżyca ceni kompetencje wyżej niż konwenanse.
– Jak my wszyscy powinniśmy – odparłem, unosząc lekko kieliszek w geście toastu.
Studiowała mnie przez chwilę, jakby oceniając, czy moje słowa były szczere. Cokolwiek zobaczyła, musiało ją usatysfakcjonować, bo jej ramiona odrobinę się rozluźniły.
– Nadzoruję bezpieczeństwo na całym terytorium – wyjaśniła, a jej głos nabrał bardziej pewnego rytmu. – Programy szkoleniowe, harmonogramy patroli, ocenę zagrożeń, protokoły reagowania w sytuacjach kryzysowych.
– Poważna odpowiedzialność.
Skinęła głową. – Odpowiada mi. Wdrożyłam nowy system szkoleniowy dla naszych młodszych wojowników, który łączy tradycyjne metody walki z nowoczesnym podejściem taktycznym.
– To znaczy? – zapytałem szczerze zaintrygowany. Struktury watah zawsze mnie fascynowały, w szczególności to, jak ewoluowały, zachowując swój zasadniczy charakter.
Gdy Emma opisywała swój reżim treningowy, cała jej postawa uległa zmianie. Jej dłonie poruszały się z elegancką precyzją, gdy nakreślała formacje bojowe, oczy jaśniały, gdy szczegółowo opisywała postępy swoich młodszych podopiecznych, a w jej głosie brzmiała ukryta duma, kiedy wspomniała, że ich czas reakcji w sytuacjach kryzysowych skrócił się w ubiegłym roku o trzydzieści procent.
Złapałem się na tym, że byłem urzeczony nie tylko jej słowami, ale też tym przebłyskiem kobiety skrywającej się pod staranną fasadą. Była w tym pasja, inteligencja i oddanie – cechy, które uczyniłyby z niej nie tylko odpowiednią partnerkę, ale i wyjątkową królową. Gdyby tylko potrafiła dostrzec coś więcej poza koroną i zobaczyć mężczyznę, który ją nosił. Gdyby tylko potrafiła uwierzyć, że nie jestem w niczym podobny do wilka, który ją wcześniej skrzywdził.
– Zamilkłeś – zauważyła, a te wnikliwe oczy badały moją twarz. – Zanudziłam cię szczegółami administracyjnymi?
– Wręcz przeciwnie – zapewniłem ją. – Podziwiałem twoje metodyczne podejście. Większość gamm skupia się wyłącznie na treningu fizycznym, ale ty stworzyłaś kompleksowy system bezpieczeństwa.
Na jej policzki wypełzł delikatny rumieniec. Mój wilk poruszył się na ten widok, zadowolony, że wywołał ten drobny objaw przyjemności.
– A co robisz, kiedy nie chronisz Krwawego Księżyca? – zapytałem. – W wolnym czasie.
Zaśmiała się, a ten cichy dźwięk zdawał się zaskoczyć nawet ją samą. – Głównie śpię.
Odpowiedziałem uśmiechem. – Luksus, którego zawsze brakuje, w pełni rozumiem.
– Ale też... – zawahała się, jakby wyjawiała sekret. – Maluję.
– Oleje? Akwarele?
– Zazwyczaj akryle. Czasem techniki mieszane. – Lekko zakołysała winem, patrząc, jak bordowy płyn osiada na szkle. – Przede wszystkim krajobrazy. Na wschodnim krańcu naszego terytorium jest grań, z której widać trzy doliny. Światło o zachodzie słońca...
Urwała, ale dostrzegłem to w jej wyrazie twarzy – chwilową ucieczkę w miejsce, które przynosiło jej spokój.
– Chciałbym kiedyś zobaczyć twoje prace – powiedziałem, a słowa te padły, zanim zdążyłem przemyśleć ich konsekwencje.
Jej wzrok momentalnie wrócił do mnie, a zaskoczenie było ewidentne. – Nie jestem szczególnie dobra.
– Nie dlatego chciałbym je zobaczyć.
Przeszło między nami zrozumienie – chciałem ją poznać, spojrzeć na świat jej oczami. Prawda zawisła w powietrzu, niewypowiedziana, lecz dostrzeżona. Wzięła kolejny łyk wina, wykorzystując tę chwilę, by się opanować.
– A ty? – zapytała. – Co robi groźny Król Likanów, kiedy nie rządzi królestwem?
– Śpi – zawtórowałem jej wcześniejszej odpowiedzi, usatysfakcjonowany, gdy wywołało to kolejny drobny uśmiech. – Ale tak szczerze? Czytam. Głównie historię.
– Jakiś konkretny okres?
– Fascynuje mnie Era Migracji. Czas, gdy nasze gatunki po raz pierwszy ustanawiały terytoria i struktury zarządzania. – Przysunąłem się nieco bliżej, ściszając głos. – Relacje historyczne są żałośnie niekompletne. Większość oficjalnych tekstów sugeruje naturalny rozdział gatunków, ale źródła pierwotne opowiadają zupełnie inną historię.
Jej brew powędrowała w górę. – Polityczny rewizjonizm? Jestem zszokowana.
Zaśmiałem się z jej oschłego tonu. – Dokładnie. Gromadzę historie mówione zarówno od starszyzny Likanów, jak i wilkołaków. Prawda jest znacznie bardziej zniuansowana niż to, czego uczą w szkołach.
– To brzmi jak niebezpieczne badania dla króla – zauważyła, ale jej ton ocieplił się, a ciekawość zastąpiła ostrożność.
– Być może. Ale jak mógłbym poprowadzić nas ku lepszej przyszłości, jeśli nie rozumiem prawdziwej przeszłości?
Przemyślała to, lekko przechylając głowę. – Czy dlatego zainicjowałeś ten szczyt? Żeby naprawić historyczne nierówności?
– Częściowo – przyznałem. – Choć kłamałbym, twierdząc, że kieruje mną wyłącznie tak szlachetna motywacja. Zjednoczone królestwo jest silniejsze niż podzielone. Własny interes i sprawiedliwość czasami idą w parze.
– Pragmatyczny idealizm – wymamrotała. – Interesująca kombinacja.
– Czy to aprobata w twoim głosie, Gammo Maxwell?
– Nazwijmy to ostrożną intrygą, Wasza Wysokość.
Sięgnąłem po butelkę wina, by dolać jej do kieliszka, a mój ruch był szybszy, niż zamierzałem. Wzdrygnęła się – drobne, ledwo zauważalne spięcie ramion, chwilowe rozszerzenie oczu. Moja ręka zamarła w powietrzu, a w klatce piersiowej poczułem ucisk na widok jej strachu.
Kontynuowałem ruch powoli, rozmyślnie, nalewając wino z wyważoną ostrożnością, po czym delikatnie odstawiłem butelkę. Chwila przeciągała się między nami, krucha jak dmuchane szkło.
– Przepraszam – powiedziała cicho, spuszczając wzrok na kieliszek. – Jestem nerwowa. Po prostu...
– Emmo – przerwałem, a jej imię zabrzmiało jak łagodny rozkaz, który przywrócił jej wzrok na moją twarz. – Nie masz za co przepraszać. Nie za to. Nigdy.
Coś bezbronnego przemknęło przez jej twarz – może wstyd, a może duch starych, wciąż gojących się ran. Chciałem sięgnąć po jej dłoń, by zaoferować fizyczne wsparcie, ale wiedziałem, że taki gest tylko by pogorszył sprawę. Zamiast tego trwałem w bezruchu, oferując jedynie pewne spojrzenie i niezachwianą obecność.
– Minęły lata – powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała frustracja. – Powinnam już z tego wyjść.
– Nie ma żadnych ram czasowych dla leczenia – odparłem. – I z pewnością żadnego „powinnam”.
Jej oczy przeszukiwały moje w poszukiwaniu protekcjonalności lub litości, nie znajdując żadnego z nich.
– Przeszkadza ci to? – zapytała, a pytanie to było tak ciche, że mógłbym je przegapić, gdyby nie mój wyostrzony słuch.
Moje serce ścisnęło się na dźwięk niepewności w jej głosie. – Twoja ostrożność? Nie. Przeszkadza mi to, że ktoś sprawił, iż stała się konieczna.
Napięcie w jej ramionach nieznacznie zelżało. Uśmiechnąłem się, mając nadzieję, że rozproszę ciężar, który między nami osiadł. – Poza tym powiedziano mi, że poruszam się z onieśmielającą determinacją nawet w nieformalnych sytuacjach. Moi doradcy zasugerowali, bym poćwiczył sprawianie wrażenia bardziej... przystępnego.
– Trudne dla kogoś twojego wzrostu i postury – zauważyła, a w jej głosie powróciła odrobina wcześniejszego ciepła.
– Dyplomatyczna niedogodność – zgodziłem się z powagą. – Być może wszystkie spotkania powinienem prowadzić na siedząco.
To przyniosło mi szczery uśmiech, drobny, ale prawdziwy. Zalało mnie poczucie zwycięstwa, nieproporcjonalne do tego małego osiągnięcia. Mój wilk puszył się z satysfakcji, że zadowolił naszą przeznaczoną, choćby na krótką chwilę.






