Powietrze między nami zgęstniało od niewypowiedzianego rozpoznania, a ta niemożliwa więź napięła się mocno jak cięciwa łuku. Król Theodore wypełniał ramy drzwi niczym żywa ściana, a blask księżyca rysował srebrem kontury jego sylwetki. Czułam, jak moja wilczyca rwie się do przodu tuż pod moją skórą, zdesperowana, by spotkać swojego partnera, podczas gdy mój ludzki umysł cofał się w cienie wspomnień i strachu. Dwa zwalczające się instynkty, dla których moje drżące ciało stało się polem bitwy.
Żadne z nas nie drgnęło, zupełnie jakby jeden krok mógł zburzyć kruchą magię lub okrutny żart, jakim zagrał z nami wszechświat. Jego zapach, cedr i kamień, miód i błyskawica, kontynuował swój nieustępliwy szturm na moje zmysły, omijając każdy mur obronny, nad którego budową spędziłam lata. Moje palce zaciskały się na balustradzie za mną, szukając zakotwiczenia przed niewidzialnym prądem, który ciągnął mnie ku niemu.
W końcu postąpił naprzód, a jego ruchy były wyważone i celowe, jak u kogoś zbliżającego się do zranionego zwierzęcia. Światło księżyca ukazywało go teraz w pełnej okazałości, szerokie ramiona pod oficjalnym strojem w odcieniu nocnego nieba, platynową koronę chwytającą blask gwiazd, te bursztynowe oczy nieopuszczające moich. Z bliska widziałam w nich drobinki głębokiego złota, niczym żar płonący w prastarych lasach.
– Jestem Theodore Lykoudis. – Jego głos był niższy, niż się spodziewałam, a subtelny akcent stanowił aluzję do stuleci królewskiego rodowodu. Dźwięk jego słów otarł się o moją skórę niczym aksamit o stal.
– Wasza Wysokość. – Mój własny głos wydobył się cienki i łamliwy. Próbowałam dygnięcia, właściwego protokołu przy zwracaniu się do króla, ale moje nogi zamieniły się w wodę, a gest załamał się w niezgrabnym ukłonie.
Coś przemknęło przez jego twarz – rozbawienie, a może czułość. – Theo – poprawił łagodnie. – Jeśli ktokolwiek w tym królestwie ma prawo używać mojego imienia, to jest to moja przeznaczona.
Słowo zawisło między nami, będąc zarazem potwierdzeniem i pytaniem. Puls skakał mi dziko w gardle.
– Czy tym właśnie jestem? – szepnęłam, a słowa wymknęły się, zanim zdążyłam je powstrzymać. – Twoją przeznaczoną?
– Wiesz o tym równie dobrze, co ja. – Zrobił kolejny krok, pozostawiając między nami może dwie stopy odległości. – Nasze wilki rozpoznały prawdę, zanim nasze umysły zdołały ją przetworzyć. Poczułem twój zapach w chwili, gdy tylko wszedłem do tej sali.
Przełknęłam ciężko ślinę, mając boleśnie zaschnięte gardło. – To jest... niemożliwe. – Ale nawet gdy to mówiłam, moja wilczyca zawyła z protestem, drapiąc moje wnętrzności. Rozpoznała go, rościła sobie do niego prawo, pragnęła go z zaciekłością, która mnie przerażała.
– A jednak tu stoimy. – Jego oczy nie opuszczały moich, śledząc każde drgnienie emocji, których nie potrafiłam ukryć. – Czy mogę poznać twoje imię?
– Emeline Maxwell – powiedziała, a formalne przedstawienie wydało mi się absurdalnie nieadekwatne, biorąc pod uwagę to, co właśnie odkryliśmy. – Emma.
– Emmo – powtórzył, a w sposobie, w jaki moje imię spłynęło z jego języka, było coś, co sprawiło, że moja skóra zaiskrzyła ciepłem. – Ze stada Krwawego Księżyca. – To nie było pytanie.
Skinęłam głową, na moment tracąc słowa. Moja dłoń pozostała przyklejona do balustrady, jakby puszczenie jej mogło strącić mnie w przepaść własnego pomysłu.
Theo powoli uniósł dłoń, sygnalizując swój ruch, gdy sięgał ku mojej twarzy. – Mogę?
Zanim mój umysł zdołał przetworzyć jego prośbę, jego palce musnęły powietrze w pobliżu mojego policzka, a ja wzdrygnęłam się w gwałtownym, instynktownym odruchu, który sprawił, że cofnęłam się gwałtownie do kamiennej balustrady. Oddech uwiązł boleśnie w moich płucach, a moje ciało zareagowało na zagrożenie, którego nie było.
Zamarł, z dłonią zawieszoną w powietrzu pomiędzy nami. Bursztyn jego oczu pociemniał do barwy polerowanego złota, a jego wyraz twarzy zmienił się z czułej ciekawości na coś ostrzejszego, bardziej skupionego.
– Kto cię skrzywdził? – Pytanie padło tak cicho, że mogłabym pomylić je z nocną bryzą, gdyby nie niebezpieczny podtekst, który sprawił, że włosy na karku stanęły mi dęba.
Odwróciłam wzrok, nie w stanie znieść tego przenikliwego spojrzenia. W dole rozciągało się Królewskie Miasto w koncentrycznych pierścieniach światła i cienia, nieświadome dramatu rozgrywającego się na tym cichym balkonie. Jak miałam to wyjaśnić? Jak w ogóle ubrać w słowa ten zawiły splot wstydu i ulgi, jaki towarzyszył mojemu odrzuceniu więzi z pierwszym partnerem?
– Jesteś moją drugą szansą – powiedziałam w końcu, głosem tak cichym, że z trudem rozpoznałam go jako własny. – Odrzuciłam mojego pierwszego, ponieważ... – Słowa uwięzły mi w gardle, ale zmusiłam się do ich wypowiedzenia. – Ponieważ mnie uderzył.
Trzy proste słowa, które w żaden sposób nie mogły oddać rosnącej kontroli, izolacji, subtelnej degradacji, jaka poprzedziła tamten pierwszy gwałtowny wybuch. Trzy słowa, które nie potrafiły oddać tego, jak zbyt długo ignorowałam własny instynkt, wierząc, że więź z przeznaczonym po prostu nie może być zła.
Głuche warczenie przetoczyło się przez klatkę piersiową Theo, a w jego oczach błysnęło niebezpieczne, złote światło. Wzdrygnęłam się ponownie, odsuwając się wzdłuż balustrady, tworząc dystans między nami.
Wyraz jego twarzy zmienił się natychmiast, a warkot gwałtownie ustał. W tych niezwykłych oczach pojawiło się zrozumienie, a po nim coś, co wyglądało podejrzanie na wstręt do samego siebie.
– Emmo – powiedział, a moje imię zabrzmiało niczym modlitwa. – Nigdy bym... – Zamilkł, a następnie wyciągnął otwartą dłoń w moją stronę; nie dotykając, po prostu ją oferując. – Nigdy bym cię nie skrzywdził. Nigdy.
Ta żarliwa obietnica zawisła w powietrzu między nami. Wpatrywałam się w jego wyciągniętą dłoń – dużą, silną, zdolną zarówno do przemocy, jak i czułości. Więź przeznaczonych pulsowała między nami, natarczywa niczym bicie serca.
Powoli, z ociąganiem, położyłam palce na jego dłoni. Dotyk posłał falę uderzeniową ciepła wzdłuż mojego ramienia, wcale nie nieprzyjemną, ale przytłaczającą w swej intensywności. Jego palce lekko się zagięły, kołysząc w swym wnętrzu moją dłoń, nie zaś ją chwytając.
– Wiem – szepnęłam, chociaż nie wiedziałam, nie tak naprawdę. Chciałam wierzyć, ale zaufanie stało się luksusem, na który nie mogłam sobie pozwolić zbyt hojnie. – Wiem to z logicznego punktu widzenia.
Jego kciuk musnął moje knykcie leciuteńko niczym piórko. – Logika i emocje często stają ze sobą w sprzeczności, szczególnie w kwestii więzi z przeznaczonymi.
Zrozumienie w jego głosie omal mnie nie załamało. Cofnęłam dłoń i odwróciłam się, znów zwracając twarz ku miastu. Oparłam się obiema rękami o chłodny kamień, pozwalając głowie opaść do przodu w próbie zebrania strzępków opanowania.
– To niemożliwe – powtórzyłam, bardziej do siebie niż do niego. – Jesteś Królem Likanów. Ja jestem tylko wilkołakiem. Same tylko implikacje dyplomatyczne...
– Emmo... – zaczął, lecz dźwięk otwieranych drzwi balkonowych przerwał mu w pół słowa.
Elijah i Elena wpadli na balkon, z troską wypisaną na twarzach. Oboje zatrzymali się gwałtownie, a ich oczy rozszerzyły się, gdy zarejestrowali obecność Króla.
– Wasza Wysokość – powiedzieli chórem, z szacunkiem pochylając głowy.
Te formalne zwroty spowodowały natychmiastową zmianę atmosfery. Poczulam, jak Theo prostuje się obok mnie, przybierając bardziej królewską postawę, choć wciąż pozostawał bliżej mnie, niż dyktowałby to protokół.
– Alfo Maxwell. Luno – skinął z lekka Theo.
Wzrok Elijaha przenosił się ze mnie na niego i z powrotem, oceniając sytuację ostrym instynktem przywódcy stada. – Emmo? – spytał cicho. – Wszystko w porządku?
Niezdecydowanie wzruszyłam ramionami, nie ufając własnemu głosowi. Moje dłonie wciąż opierały się na balustradzie, a głowa pozostawała zwieszona, jakby ciężar tego odkrycia był fizycznym brzemieniem, z którym ciężko mi się było mierzyć.
– Theo – powiedziała w końcu, a ta poufałość sprawiła, że brwi Eleny nieco powędrowały w górę. – To mój brat Elijah, Alfa stada Krwawego Księżyca, i jego Luna, Elena.
Czułam ich zmieszanie i niepokój niczym namacalną siłę. Powietrze wokół nas pulsowało od niezadanych pytań.
– Król jest twoją drugą szansą, Em? – W głosie Elijaha pobrzmiewała mieszanka podziwu i alarmu, a jego dyplomatyczna maska zsunęła się w obliczu tego niespodziewanego obrotu spraw.
Skinęłam głową bez podnoszenia wzroku, przyciskając palce tak mocno do kamienia, że moje knykcie zbielały. – Wygląda na to, że wszechświat ma poczucie humoru.






