Korytarz ciągnął się przed nami, a nasze kroki uderzały miękkim rytmem o marmurowe podłogi, gdy wracaliśmy do apartamentu Theo. Jego palce były splecione z moimi, ciepłe i pewne; stały się stałym punktem, który jakimś cudem w ciągu zaledwie tygodnia zyskał miano niezbędnego. Za nami nasi gwardziści zachowywali pełen szacunku dystans — na tyle blisko, by móc nas chronić, ale na tyle daleko, byśmy m






