Rozdział 3: Świątynne pokusy
Po tym, jak zostałam poturbowana przez tego faceta, Kavrosa, wybiegam z siłowni i próbuję znaleźć jakieś schronienie. Ląduję w jadalni, jedząc coś wyszukanego o nazwie „ceviche”. Smakuje jak ocet i ma konsystencję surowego kurczaka. Udaje mi się przełknąć kilka kęsów, gdy odzywa się mój telefon. Na ekranie miga wiadomość od Kaelara.
Kaelar (13:45): Spotkajmy się przy 450 E Peak Hwy o 14:00. Nie spóźnij się.
To brzmi złowieszczo, ale jednocześnie bardzo w stylu Kaelara. Zawsze był wobec mnie oschły. Może to jego pogarda wobec mnie i mojej matki za zniszczenie idealnego małżeństwa tatusia, a może po prostu taki już jest. Mimo że wiadomość jest niejasna i dziwna, pamiętam o obietnicy Alarica. Powiedział mi, że Kaelar będzie się mną opiekował w LunisRiver. Dopilnuje, bym się zaaklimatyzowała i tak dalej. Jak na razie, zrobiłam wszystko, tylko nie to. Z drugiej strony, nasze drogi z Kaelarem rozeszły się w chwili, gdy postawiłam stopę w tym przeklętym miejscu. Może rzeczywiście zamierza na mnie zerkać.
Albo może to pułapka.
Niezależnie od tego, wyrzucam ceviche i ruszam przez kampus. Telefon mówi mi, że to dziesięć minut spacerem, co oznacza, że będę na miejscu punktualnie, o ile się nie zgubię.
Kampus jest przepiękny, muszę to przyznać. Roślinność o tej porze roku jest w pełnym rozkwicie. Wielkie wierzby wyginają się w łuki nad ścieżkami wijącymi się między budynkami. Sale i akademiki wyglądają jak gotyckie zamki – ciemny kamień i groźne czarne gargulce zwisające z okapów dachów.
Telefon kieruje mnie do mniejszego budynku. Znajduje się nieco poza głównym kampusem i wygląda na nowszy i ładniejszy niż reszta budowli. Czarny marmur przypomina ten z piramidy Valkarów, ale całość bardziej kojarzy się z kościołem niż z zabłąkaną egipską budowlą. Rozglądam się i widzę, że wszyscy opuścili tę część kampusu.
Powoli podchodzę do drzwi. Próbuję zawołać Kaelara, ale nie słyszę odpowiedzi. Wchodzę do środka i ponownie wykrzykuję jego imię.
– Kaelar? Halo?
Drzwi za mną zatrzaskują się z hukiem. Słyszę serię kliknięć i natychmiast wpadam w panikę. Próbuję szarpnąć za klamkę, ale jest zamknięte. Świetnie. Kontynuuję powolny spacer przez kościół. W środku jest tak ciemno, że ledwo widzę, gdzie idę. Słyszę przytłumione odgłosy za rogiem i ostrożnie wychylam głowę, by sprawdzić, czy to Kaelar.
Młoda para jest spleciona w uścisku pod ścianą. Głowa dziewczyny jest odchylona w ekstazie. Jej długie brązowe włosy opadają kaskadą na ramiona i piersi. Koszulkę ma podciągniętą wysoko pod brodę. Ręka mężczyzny z furią ugniata jej piersi, podczas gdy on sam przysysa się do jej odsłoniętej szyi. Jego własna koszula leży rzucona na podłogę, a mięśnie pleców falują w nikłym świetle świec.
Natychmiast ogarnia mnie zawstydzenie, ale stoję jak wryta, patrząc, jak jego dłoń przesuwa się po jej skórze. Zsuwa ją niżej, odsłaniając jej pełny biust. Czuję, jak rumieńce oblewają mi policzki. Jego ręka wędruje między jej nogi, a dziewczyna wydaje z siebie lubieżny jęk. Przykładam dłoń do ust i gapię się na nich, sparaliżowana. Mężczyzna obraca dziewczynę tak, by to on opierał się plecami o ścianę, cały czas nie przerywając pocałunku. Ona napiera na niego, gdy jego dłoń pracuje pod jej spódnicą. Noga znajdująca się bliżej mnie oplata jego biodro. On przesuwa usta z jej warg na szyję i to wtedy nasze spojrzenia się spotykają.
– Co do kurwy? – syczy.
– Nie przestawaj – jęczy dziewczyna, poruszając biodrami przy jego dłoni. – Proszę, kochanie.
– Kim jesteś? – warczy mężczyzna. – To prywatny budynek!
Dziewczyna w końcu odwraca się w moją stronę. Piszczy i natychmiast odskakuje od chłopaka. Szarpnięciem poprawia koszulkę i wybiega drugą stroną sali. Mężczyzna, wciąż bez koszuli, rusza w moją stronę.
Cofam się gwałtownie. – Przepraszam… mój… ja… mój brat…
– Nie będę pytał drugi raz – ucina. – Kim. Do. Kurwy. Jesteś?
Facet wygląda przerażająco znajomo. Ma miodowo-złote oczy i falujące brązowe włosy. Uderza mnie to jak pociąg ekspresowy – on wygląda dokładnie jak Kavros. Cofam się o kolejny krok, podnosząc ręce w obronnym geście.
– Tak mi przykro… Nie chciałam…
– Musisz być nowa – warczy mężczyzna. – Ta posiadłość należy do Valkarów. Jest przeznaczona wyłącznie dla braci Valkar i nikogo więcej.
– Cholera – szepczę. – Kazano mi tu przyjść. Drzwi były otwarte i…
– Przez któregoś z braci? – Lustruje mnie wzrokiem i parska drwiąco. – Nie mam pojęcia, który z moich braci miałby ochotę zadawać się z kimś tak obrzydliwym jak ty.
– Nie, nie! – krzyczę.
Natychmiast dociera do mnie, że mam przerąbane. Ten człowiek to brat Valkar, przyszły król alfa. A ja właśnie wtargnęłam do jego tajnej kryjówki i przerwałam mu schadzkę z jakąś dziewczyną. On kipi złością, a ja znów się cofam. Moje plecy uderzają o ścianę. Jestem w potrzasku.
– Kaelar! – wrzeszczę. – Mój przyrodni brat Kaelar kazał mi tu przyjść!
Mężczyzna zatrzymuje się. Marszczy brwi. – Kaelar? Kaelar Thorne?
– T-tak! – jąkam się. – To mój przyrodni brat. Jestem Vespera Thorne!
Mężczyzna zerka przez ramię. – Thorne! – szczeka. Z cienia wyłania się mój przyrodni brat. Wygląda na skonsternowanego moją obecnością.
– Vespera?
– Kaelar! – wołam. – Powiedz im, że kazałeś mi tu przyjść. Nie chciałam… nie chciałam przeszkadzać!
– O czym ty mówisz? – mówi powoli Kaelar. Patrzy na tamtego mężczyznę. – To jest Sanktuarium Valkarów. Nigdy bym ci nie kazał tu przychodzić.
Czuję, jak żołądek podchodzi mi do gardła. To był podstęp. Wiedziałam.
– Zavros, tak mi przykro – mówi Kaelar i kręci głową. Patrzy na mnie z niedowierzaniem. – Ona nie jest przyzwyczajona do takich luksusów. Pewnie weszła tu, bo ładnie wyglądało. Przepraszam.
– Typowa łowczyni nagród, co? – zauważa z chichotem brat Valkar, Zavros. – Pchasz się tam, gdzie twoje miejsce nie jest.
– Dokładnie jak jej matka – dodaje Kaelar, wciąż kręcąc głową. Przestaje i spogląda na mnie. Mam ochotę wydłubać mu oczy. – Mówiłem ojcu, że posyłanie jej tutaj to zły pomysł. Będą z nią tylko kłopoty.
Odwracam głowę i widzę, że Zavros idzie w moją stronę. Odejmuje mi mowę, gdy bierze moją twarz w dłonie. Jego dotyk jest delikatny, mimo jadu, z jakim do mnie przemawiał. Obraca moją twarz w stronę słabego światła świec, a potem zmusza, bym spojrzała mu w oczy. Mają ten sam miodowy ogień, co oczy Kavrosa. Przełykam ciężko ślinę.
– No, no – mruczy. – A ja uwielbiam kłopoty. Zazwyczaj smakują najsłodziej.
Przesuwa językiem po dolnej wardze. Mimowolnie wydaję z siebie cichy jęk. Usta Zavrosa wykrzywiają się w uśmiechu kota z Cheshire. Patrzę przez jego ramię na Kaelara, którego wargi rozciągnięte są w szyderczym uśmieszku. Krew we mnie wrze, ale wciąż stoję jak sparaliżowana. Zavros przesuwa kciukiem po moich ustach, a mój wzrok natychmiast wraca do niego.
– Chłopaki! – woła. – Chodźcie zobaczyć małego króliczka, którego złapałem nam do zabawy.
W drzwiach pojawiają się trzy kolejne postacie.






