Szukanie lokalu na piekarnię okazało się dłuższym procesem, niż planowałam. Chciałam znaleźć miejsce idealne. Miałam ograniczony budżet, więc nie mogło być zbyt duże ani znajdować się w drogiej dzielnicy. Musiało być w dobrej lokalizacji, gdzie ludzie naturalnie spacerują lub spędzają czas, i w końcu – musiało do mnie przemówić. Z Kaelenem w roli szofera spędziłam większą część dnia na oglądaniu różnych miejsc. Nigdy nie znajdowałam tego, czego szukałam. Została nam ostatnia lokalizacja z listy agentki nieruchomości. Na papierze wyglądało to dobrze. Mniejsza kawiarnia położona przy popularnej promenadzie wzdłuż kanału przecinającego miasto. Kiedy dotarliśmy na miejsce, przeszliśmy się z Kaelenem dookoła. Musiałam się powstrzymywać przed piskiem radości, gdy na to patrzyłam. To było wszystko, czego kiedykolwiek pragnęłam. Od strony promenady lokal miał dwa duże okna zajmujące większość ściany. Były tam przeszklone drzwi i mniejsze okno. Okna zaczynały się mniej więcej na wysokości kolan, a pod nimi znajdował się mur z cegły z ozdobnym zielonym żelaznym płotkiem. Dawna kawiarnia była wolnostojącym, parterowym budynkiem z uroczym, spadzistym dachem, wciśniętym między dwa czteropiętrowe budynki.
– Czyż to nie jest urocze? – zapytałam Kaelena. Uśmiechnął się i przeczesał dłonią swoje dłuższe, czarne loki na czubku głowy.
– Jest – przyznał.
– Chodźmy dookoła, żeby spotkać się z agentką. Chcę zajrzeć do środka – powiedziałam, ciągnąc go za rękę. Zaśmiał się i poszedł za mną. Wnętrze było niemal tak idealne jak fasada. W przednim pomieszczeniu stała mała witryna na ciasta, niewielki kontuar na kasę oraz kilka regałów i blatów za nim. Między kasą a oknami było sporo wolnej przestrzeni.
– Poprzedni właściciel miał tu ustawionych około pięciu stolików – powiedziała nam Daphne, moja agentka. Wskazała na pustą przestrzeń. Za nic w świecie nie mogłam pojąć, jak to było możliwe. To miejsce nie było wystarczająco duże na pięć stolików. Przeszliśmy do kuchni. Była świetna do pieczenia. Piece były nieco przestarzałe, ale Daphne zapewniła mnie, że wszystkie są sprawne. Blaty robocze wykonano ze stali nierdzewnej, co bardzo mi odpowiadało. Łatwe do utrzymania w czystości. Chłodnia i zamrażarka działały i wyglądały na czyste. To samo dotyczyło magazynu.
– Dlaczego to miejsce jest takie tanie? – zapytałam w końcu. W moich oczach miało wszystko, czego można chcieć, wliczając w to świetną lokalizację w dobrej części miasta.
– Wynika to z metrażu w połączeniu z przeznaczeniem lokalu pod gastronomię. Szczerze mówiąc, te pięć stolików, które postawił poprzedni właściciel, było niemal niefunkcjonalne z powodu ciasnoty. Ale przy mniejszej liczbie miejsc obrót nie był rentowny. Lokal jest też zbyt blisko promenady, by móc wystawić stoliki na zewnątrz. Większość osób szukających miejsca na kawiarnię czy restaurację uzna go więc za niewystarczający. Kuchnia zajmuje większość powierzchni. Z kolei przekształcenie tego miejsca w sklep lub coś podobnego kosztowałoby zbyt wiele. Naprawdę nie wiem, co myślał pierwotny właściciel, decydując się na taką formę – wyjaśniła Daphne. Właśnie dlatego z nią współpracowałam – była brutalnie szczera.
– Cóż, dla mnie byłoby to w sam raz – powiedziałam. Chciałam otworzyć piekarnię; oczywiście miło byłoby mieć miejsce, gdzie klienci mogliby usiąść, ale nie potrzebowałam takiej rotacji gości jak kawiarnia. – Czy możemy się jeszcze raz rozejrzeć? – zapytałam.
– Proszę bardzo, będę tutaj w kuchni, gdybyście mieli pytania – odparła. Kaelen poszedł za mną do części sprzedażowej.
– O czym myślisz? – zapytał. Jego łagodne brązowe oczy błyszczały, bo znał mnie na tyle dobrze, by wiedzieć, że mam pewien pomysł.
– Gdybym zrobiła porządne witryny wystawowe, straciłabym trochę miejsca na podłodze, ale nie za dużo. Mogłabym wtedy postawić jeden wysoki stolik barowy wzdłuż okna – myślę, że zmieściłoby się przy nim pięć lub sześć hokerów. Następnie mogłabym pociągnąć lady chłodnicze wzdłuż całej wewnętrznej ściany, z regałami i blatami z tyłu. Myślę, że starczyłoby nawet miejsca na mały stolik i trzy krzesła przy ścianie. Mogłabym tam siadać i rozmawiać z klientami, którzy składają zamówienia – opisywałam mu swoją wizję. Kaelen wodził wzrokiem za moją wskazującą dłonią i mruknął z aprobatą.
– Podoba mi się. Klienci, którzy zdecydują się zostać i usiąść przy barze, mieliby ładny widok na promenadę i kanał. I wciąż będzie tu czuć przestrzeń – zgodził się.
– Czy to jest to? – zapytałam.
– Nie pytaj mnie, to ty musisz zdecydować. Ale to jedyne miejsce, które rozpaliło ten ogień w twoich oczach. Dawno go nie widziałem, pasuje ci, siostra – powiedział. Wróciliśmy do kuchni.
– Podoba mi się, ale muszę zrobić pewne obliczenia dotyczące potrzebnych remontów i tak dalej. Czy mogę zadzwonić jutro i dać znać? – zapytałam.
– Oczywiście, ale jeśli ktoś inny powie „tak” przed tobą, nie będę czekać – zastrzegła Daphne.
– To uczciwe – zgodziłam się. Uścisnęłyśmy sobie dłonie, a ona zapytała, czy chcemy wyjść frontem. Przystaliśmy na to i wypuściła nas na promenadę. Odwróciłam się i spojrzałam na budynek. – Już to widzę, wszystko wykończone i gotowe na wielkie otwarcie – powiedziałam do Kaelena, robiąc dwa kroki w tył, by mieć lepszy widok. Wpadłam na ścianę, a przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki ta ściana się nie poruszyła. Straciłam równowagę i już miałam upaść do tyłu, gdy silne dłonie chwyciły mnie w talii. Odzyskałam grunt pod nogami i odwróciłam się.
– Tak strasznie przepraszam, ja po prostu… – zaczęłam, ale reszta zdania zamarła gdzieś między mózgiem a ustami, gdy napotkałam oczy o barwie miodu. Należały do starszego mężczyzny, który był potężny – w ten dobry sposób. Ramiona, które zdawały się nie mieć końca, biała koszula i rozpięta czarna skórzana kurtka, która podkreślała jego sylwetkę. Włosy miał zaczesane do tyłu, kruczoczarne z przebijającymi siwymi pasmami. Prawdziwy „srebrny lis”, jeśli kiedykolwiek jakiegoś widziałam. Nawet jego starannie przystrzyżona broda miała w sobie nitki soli i pieprzu. No i te miodowe oczy, które odebrały mi mowę. Patrzyliśmy na siebie przez długą chwilę, aż w końcu odchrząknął.
– Nie ma problemu, wypadki się zdarzają. Cieszę się, że nic ci się nie stało. Miłego dnia – powiedział głosem, który można było opisać tylko jako seksowny.
– Nawzajem – udało mi się w końcu wykrztusić. Odwrócił się i odszedł. Po pięciu krokach obejrzał się, nasze oczy spotkały się raz jeszcze, a on uśmiechnął się do mnie, założył ciemne okulary przeciwsłoneczne i ruszył dalej. Dlaczego to proste spotkanie podnieciło mnie bardziej niż cokolwiek od… wieków?
– Ziemia do Elary – powiedział Kaelen. Spojrzałam na niego i zobaczyłam, że podśmiewał się pod nosem.
– Co? – zapytałam, usiłując zebrać się w sobie i przestać ślinić się na widok faceta jak nastolatka na widok boysbandu.
– To był niezły ciacho w typie dojrzałym – zauważył.
– Ach, tak. To znaczy, nie zauważyłam – skłamałam.
– Jasne. Mam go dogonić i dać mu twój numer? Bóg wie, że przydałoby ci się trochę niezobowiązującej zabawy – droczył się.
– Weź przestań, nie jestem aż tak zdesperowana. Nie muszę ganiać za facetami po ulicach – odparłam. Ale kiedy wracaliśmy do samochodu, nie mogłam się powstrzymać i zerknęłam w stronę, w którą poszedł ten mężczyzna. Oczywiście już go nie było.
Te miodowe oczy prześladowały mnie przez całe popołudnie. Próbowałam robić wyliczenia dotyczące kosztów remontu piekarni i tego, czy mieszczą się w moim budżecie. Ale co chwila te oczy pojawiały się w moich myślach. Najwyraźniej byłam bardziej zdesperowana, niż przyznawałam to nawet przed sobą, skoro nieznajomy tak na mnie podziałał. Na zewnątrz było już ciemno, gdy pukanie do drzwi sprawiło, że odłożyłam iPada i wyjrzałam przez wizjer. Na klatce stało dwóch mężczyzn w garniturach. Nie wyglądali na kogoś, kto chciałby głosić słowo boże, więc otworzyłam drzwi, ale nie zdejmowałam łańcucha zabezpieczającego.
– Tak?
– Pani Thorne? Jestem detektyw Castillo, a to detektyw Hawkins – powiedział blondyn stojący za drzwiami. Obaj wyciągnęli odznaki detektywistyczne i pokazali mi je. Wyglądały na autentyczne.
– Teraz już panna Vance, w czym mogę pomóc? – zapytałam. Wróciłam do panieńskiego nazwiska tak szybko, jak tylko mogłam.
– Szukamy pani męża, Garricka Thorne’a – powiedział detektyw Hawkins.
– Byłego męża. Nie wiem, gdzie jest. Nie widziałam go ani z nim nie rozmawiałam, odkąd sfinalizowaliśmy rozwód w sądzie. Wszelkie kontakty przejął mój prawnik – wyjaśniłam, zastanawiając się, w co Garrick znowu się wpakował.
– Czy moglibyśmy dostać dane kontaktowe do pani prawnika? – zapytał detektyw Castillo.
– Oczywiście, chwileczkę – odparłam, przymykając drzwi. Może i byłam trochę paranoiczką, ale byłam samotną kobietą mieszkającą w dużym mieście. Zachowywałam środki ostrożności. Wyjęłam jedną z wizytówek mojego prawnika i podałam ją detektywom.
– Czy wie pani, gdzie pani mąż mógłby się udać, gdyby próbował się ukryć? – zapytał detektyw Hawkins.
– Do domu rodziców albo do jednej z ich posiadłości, tak przypuszczam – odpowiedziałam. Skinął głową i zrobił notatki.
– Czy słyszała pani o człowieku nazwiskiem Zoltan Volkov? – zapytał detektyw.
– Nie, kto to taki?
– Nikt istotny – uciął detektyw Hawkins.
– Czy wiedziała pani o jakichkolwiek nielegalnych działaniach, w które angażował się pani mąż? – zapytał detektyw Castillo.
– Były mąż. I nie. Czy powinnam zadzwonić do prawnika? – zapytałam.
– To nie będzie konieczne. Dziękujemy za rozmowę. Proszę nas powiadomić, jeśli pani mąż, były mąż, skontaktuje się z panią w jakikolwiek sposób – powiedział detektyw Hawkins, wręczając mi wizytówkę.
– Dobrze – odparłam i zamknęłam drzwi. Cała ta rozmowa zostawiła we mnie fatalne przeczucie. W co Garrick mógł się wpakować? Jego rodzina była zamożna, on sam był odnoszącym sukcesy biznesmenem, po co miałby ryzykować uwikłanie w coś nielegalnego? Wstawiłam czajnik na herbatę, gdy usłyszałam kolejne pukanie do drzwi. Ponownie wyjrzałam przez wizjer i zobaczyłam kolejnych mężczyzn w garniturach. Kolejni detektywi? Otworzyłam drzwi jak wcześniej, ale gdy tylko to zrobiłam, ktoś na nie naparł. Wyleciały z impetem, dopóki nie zatrzymał ich łańcuch zabezpieczający. Z drugiej strony dobiegło stęknięcie. – Co panowie wyprawiają?! – krzyknęłam, próbując zatrzasnąć drzwi. Ale te jakby utknęły w pozycji otwartej, nie mogłam ich ruszyć.
– Otwieraj te pieprzone drzwi! – wrzasnął ktoś z zewnątrz. Przez szparę wsunęła się dłoń, próbując mnie pochwycić, podczas gdy ja starałam się trzymać z daleka i jednocześnie napierać na skrzydło drzwi. Wierzch dłoni pokrywał tatuaż przedstawiający czaszkę z kwitnącą winoroślą wyrastającą z oczodołów. Był piękny, ale przerażał mnie.
– Odejdźcie, bo wezwę policję! – odkrzyknęłam.
– To byłaby ostatnia rzecz, jaką zrobisz. Gdzie są nasze pieniądze?
– Nie wiem, o czym mówicie, nie mam żadnych pieniędzy. Pomyliliście osoby. Odejdźcie!
– Doprawdy? Twój mąż powiedział nam, że oddał wszystko tobie, Elaro Thorne. Oddawaj nam to teraz! – Zamarłam na chwilę. Znał moje imię i wyglądało na to, że rozmawiał z Garrickiem. Po wizycie detektywów sprzed kilku minut byłam przekonana, że mówi prawdę. Łańcuch zatrzeszczał pod napięciem. Ponownie naparłam na drzwi.
– Nie wiem, co wam nagadał Garrick. Nie dał mi żadnych pieniędzy i jest moim byłym mężem! – Wpadałam w desperację. Jak długo zdołam ich powstrzymywać? Co się stanie, gdy mi się to nie uda? Nacisk na drzwi z drugiej strony nagle ustał, a ja rzuciłam się, by je zamknąć. Prawie mi się udało, gdy poczułam uderzenie – ktoś rzucił się na drzwi całym ciałem. Odskoczyłam w tył, a łańcuch znów zaprotestował. Ponownie rzuciłam się do drzwi.
– Co tam się dzieje? Co to za hałasy? Dzwonię na policję! – Nigdy nie byłam tak szczęśliwa z faktu, że mieszkam naprzeciwko pani Kravitz, mojej wścibskiej sąsiadki, jak w tamtym momencie. Z klatki dobiegło kilka głośnych przekleństw.
– Wrócimy tu. Jeśli piśniesz psom, tylko pogorszysz swoją sytuację – powiedział facet po drugiej stronie. Potem usłyszałam oddalające się kroki i w końcu mogłam zamknąć drzwi. Przekręciłam wszystkie zamki, upewniając się, że są zabezpieczone. Dla pewności przysunęłam pod nie komodę.






