Po raz kolejny przyłapałem się na tym, że rozpraszają mnie myśli o błękitnych oczach, które zdawały się zaglądać wprost w moją duszę. Potrząsnąłem głową, by oczyścić umysł. Muszę się cholernie starzeć, skoro pozwalam, by kobieta, która na mnie wpadła, odciągała mnie od pracy. Ale było w niej coś szczególnego. Tyle że miała o jakieś dwadzieścia lat za mało na swoim liczniku, pomyślałem i skupiłem się z powrotem na arkuszu kalkulacyjnym na ekranie. Zadzwonił telefon, odebrałem.
– Ryker Vane – rzuciłem do słuchawki.
– Ryker, co słychać? – usłyszałem głos starego kumpla z marynarki. Po odejściu z korpusu on poszedł do policji, ja wybrałem sektor prywatny. Wciąż utrzymywaliśmy kontakt i pomagaliśmy sobie w razie potrzeby.
– Brecken, u mnie w porządku. Wiesz, jak jest, starzenie się jest do bani – odparłem. – Czym zasłużyłem na ten telefon? – Zachichotał, ale po moim pytaniu spoważniał. To nie był dobry znak.
– Dzwonię z grzeczności, po prostu żeby cię ostrzec – powiedział Breck.
– Doceniam to. Przed czym mnie ostrzegasz?
– Przed Garrickiem. – Żołądek mi się zacisnął. W co znowu wpakował się mój syn? – To nie wygląda dobrze. Sprawa jest gruba i śmierdzi na kilometr – dodał Brecken.
– Mogę zobaczyć akta? – zapytałem. Wiedziałem, że to duża prośba, ale chodziło o mojego syna.
– Dałbym ci je, gdybym mógł. Ale to naprawdę poważna sprawa. Wszyscy patrzą mi na ręce, nie mogę popełnić błędu.
– Rozumiem – powiedziałem.
– Posłałem kilku chłopaków, żeby porozmawiali z jego żoną. Nie wiedziałem, że się ożenił – rzucił Brecken.
– Tak, parę lat temu. – Nie mogłem mu się przyznać, że nie zostałem zaproszony. Dowiedziałem się o tym tylko dlatego, że jego matka próbowała obarczyć mnie rachunkiem. Gdybym został zaproszony, albo gdyby Garrick chociaż przedstawił mi kobietę, z którą się żeni, nie miałbym nic przeciwko. Do diabła, wpompowałbym w to każdy grosz, jaki miałem. A miałem ich sporo. Ale mój syn nie zrobił ani jednego, ani drugiego. Odmówiłem więc – to był pierwszy raz, kiedy odmówiłem, gdy moja była lub nasz syn prosili o pieniądze. Zabolało mnie to, jak niewiele dla niego znaczyłem. W moich myślach jego żona była kopią mojej byłej żony, jego matki. Kimś napędzanym przez status i dochody. Pewnie jakąś jędzą. To był początek mojej odmowy dalszego finansowania syna. Był dorosły i musiał stanąć na własnych nogach. Widocznie te nogi zaprowadziły go prosto w kłopoty. – Wysłaliście kogoś do Garricka? – zapytałem.
– Nie możemy go namierzyć, zapadł się pod ziemię.
– Kurwa. – Było źle. Albo Garrick przewidział kłopoty i zniknął, zostawiając żonę na lodzie, albo jego zniknięcie nie było dobrym wyborem. Tak czy inaczej, musiałem go dorwać, bo siedział w tym po uszy. Kochałem syna tak, jak ojciec powinien kochać swoje dziecko, ale nawet ja musiałem przyznać, że nie był najostrzejszym nożem w szufladzie i nie należał do typów, którzy potrafią się obronić. Potrzebował mnie, a ja zamierzałem tam być. – Dzięki, Breck. Doceniam cynk – powiedziałem przyjacielowi.
– Od czego są przyjaciele? Mogę ci ufać, że niczego nie schrzanisz? – zapytał Breck.
– Przecież mnie znasz.
– Właśnie dlatego pytam – odparł.
– Będę niesamowicie grzeczny i nie zabiję nikogo tylko dlatego, że ścigają mojego syna – obiecałem.
– Myślę, że lepszej deklaracji od ciebie nie usłyszę. Uważaj na siebie. – Rozłączyliśmy się, a ja zadzwoniłem do Maddoxa, mojego wspólnika i najlepszego przyjaciela.
– Muszę wziąć parę dni wolnego, Garrick ma kłopoty – powiedziałem.
– Jedź. Poradzę sobie. Są jacyś klienci, o których powinienem wiedzieć?
– Nie, nie mam nic na biurku, co byłoby pilne w tak krótkim czasie.
– Dobrze. To załatw to i może wbij mu do głowy trochę rozumu – poradził Maddox.
– Uwierz mi, zrobię co w mojej mocy – mruknąłem. Po zakończeniu rozmowy wstałem i chwyciłem marynarkę. Wkładałem ją, wychodząc z gabinetu.
– Breanno, potrzebuję adresu Elary Thorne – powiedziałem do asystentki, mijając jej biurko. – Potrzebuję go w ciągu dziesięciu minut. – Będąc w windzie, wysłałem z telefonu e-mail do moich ludzi, informując ich, by na razie kontaktowali się z Maddoxem. Gdy otwierałem samochód, dostałem SMS-a.
B: Brak adresu dla Elary Thorne. Pogrzebałam trochę, jej nazwisko panieńskie to Vance. Pod tym nazwiskiem widnieje aktualny adres.
Spojrzałem na adres i zastanawiałem się, dlaczego, do diabła, Garrick miałby mieszkać w tej części miasta. To nie były slumsy, ale niedaleko im było do tego miana. I dlaczego jego mieszkanie figurowało pod panieńskim nazwiskiem żony? Miałem mnóstwo pytań do syna, kiedy go już znajdę. Przebicie się przez korki w centrum do tego kompleksu mieszkalnego zajęło mi dwadzieścia minut. To był stary budynek, zaniedbany. Fasada była popękana i wyblakła. Markiza nad wejściem była rozdarta, a jej długi fragment łopotał na wietrze. Wszedłem do środka – brak ochrony, nawet cholernego zamka w drzwiach wejściowych. Po co Garrick miałby tu mieszkać? Spojrzałem na windę i uznałem, że cztery piętra schodami będą bezpieczniejszą opcją. Z satysfakcją odnotowałem, że mój oddech ledwo przyspieszył, gdy dotarłem na czwarte piętro. Może i się starzałem, ale z moją kondycją fizyczną wszystko było w porządku. Znazłem drzwi z tabliczką „Elara Vance” i zapukałem. Brak odpowiedzi, więc nasłuchiwałem, czy ktoś jest w domu. Jeśli ludzie Brecka już tu byli, ta cała Elara mogła wahać się przed otwarciem drzwi komukolwiek innemu. Nic nie słyszałem, więc zapukałem ponownie, tym razem mocniej.
– Idźcie stąd. – Z wnętrza mieszkania dobiegł kobiecy głos. Brzmiała na przerażoną, a ja zastanawiałem się, jak mocno chłopaki Brecka ją przycisnęli. To, że mieli być tymi dobrymi, nie oznaczało, że czasem nie działali zbyt brutalnie.
– Chcę tylko porozmawiać z Garrickiem – zawołałem do niej.
– Nie ma go tutaj. Proszę odejść. – Drzwi za moimi plecami otworzyły się i wyjrzała z nich starsza ode mnie kobieta. Zmierzyła mnie wzrokiem, a ja westchnąłem.
– W takim razie chciałbym porozmawiać z tobą, Elaro. Czy mogłabyś otworzyć, zanim twoja urocza sąsiadka wezwie na mnie policję? – spróbowałem.
– Nie mam panu nic do powiedzenia. Pani Kravitz, wszystko w porządku, nie trzeba wzywać policji. – Ta sytuacja zaczynała mnie poważnie irytować. Wziąłem głęboki oddech; naprawdę nie chciałem, by moja pierwsza interakcja z synową polegała na wrzeszczeniu na siebie przez zamknięte drzwi.
– Nie skrzywdzę cię, nie będę nawet nalegał na wejście do środka. Czy mogłabyś po prostu otworzyć, żebym nie musiał rozmawiać z kawałkiem drewna? – Próbowałem mówić łagodnym głosem i brzmieć jak najmniej groźnie.
– Dlaczego miałabym panu ufać? – Czy ona naprawdę myślała, że jestem tak złym ojcem, by skrzywdzić własnego syna? Wtedy mnie tknęło. Jak ostatni idiota nie przedstawiłem się. Oczywiście, że mi nie ufała.
– Przepraszam, powinienem zacząć od przedstawienia się. Nazywam się Ryker Vane – zawołałem, rzucając groźne spojrzenie wścibskiej sąsiadce, która teraz już wiedziała, kim jestem.
– Czy to ma dla mnie coś znaczyć? Nie może pan po prostu odejść? Nie miałam dzisiaj najlepszego dnia. – Ostatnie zdanie wypowiedziała z lekkim drżeniem w głosie. Byłem o krok od doprowadzenia jej do płaczu i czułem się z tym fatalnie. Ale jednocześnie byłem wściekły, że nie wie, kim jestem.
– Jestem ojcem Garricka.
– Nie, poznałam ojca mojego byłego męża i to nie jest pan – odkrzyknęła. Ta rozmowa wymykała się spod kontroli, zbyt wiele rzeczy mnie tu konsternowało.
– Otwieraj te cholerne drzwi, albo je wyważę! – Resztki mojej cierpliwości wyparowały, a po drugiej stronie drzwi usłyszałem gwałtowny wdech.
– Dobrze. Ale niech pan nic nie próbuje, jestem uzbrojona i nie zawaham się użyć broni – zawołała. Zastanawiałem się, czy ma pistolet, czy nóż i jak sprawnie się nimi posługuje. Usłyszałem szczęk zamków, a potem drzwi powoli uchyliły się na jakieś dziesięć centymetrów. Wyjrzały zza nich błękitne oczy, kradnąc mi dech i przeganiając wszystkie myśli. – To pan. – Brzmiała na tak samo zaskoczoną, jak ja się czułem. Po raz pierwszy w życiu pozazdrościłem synowi.






