*Rory*
Świt powoli wsuwał się między drzewa, miękkie pasma złota rozdzielały cienie. Tym razem nie obudziły mnie łańcuchy ani krzyki. Obudziło mnie ciepło.
Ramię Xandera stanowiło ciężką obręcz wokół mojej talii, jego klatka piersiowa przylegała do moich pleców, a jego oddech ogrzewał krzywiznę mojej szyi. Leżałam nieruchomo, bojąc się, że ruch złamie to kruche zaklęcie. Bicie jego serca miarowo d






